E(g)alitarne chamstwo

W.okładka.png

„Pogwałciłeś standardy nie tylko dziennikarskie, ale po prostu koleżeńskie. Zwykłe, ludzkie. Fajnie Ci z tym ?”- zwrócił się w liście otwartym Kuba Wojewódzki, do redaktora naczelnego „Newsweeka” Tomasza Lisa. Źródłem zarzutów, okazał się być spór o okładkę. Konflikt o to, kogo okładka przedstawiała, a właściwie kogo nie przedstawiała.

Rzeczona okładka miała bowiem być ilustracją tekstu, który Wojewódzki napisał na potrzeby tygodnika, z kolegą po fachu, Mikołajem Lizutem. Tekstu o chamstwie właśnie. O chamstwie niezwyczajnym, bo medialnym. Tekstu autorstwa znawcy tematu, specjalisty rzec można.

I trzeba przyznać, że po części celebryta bije się w pierś pisząc o medialnych chamach. W bliżej niesprecyzowaną część ciała, bije też Lisa, pisząc: „Artykuł o chamstwie w mediach zyskał dodatkowy epilog oraz nowego bohatera. Ja, pisząc o medialnych chamach, zacząłem od siebie. Może teraz czas na Ciebie ?”.  „Czy w pogoni za sprzedażą naprawde warto dymać starych kolegów?”. A nie warto? Poprzez publikację, Wojewódzki dowodzi swojej świadomości istnienia mechanizmów nakręcających współczesne media. Mechanizmów „odwoływania się do najniższych instynktów”, jak sam je nazywa w rozmowie z Lizutem. Powstaje pytanie, do czyich najniższych instynktów odwołują się media? Odbiorcy, czy autora? A może jednego i drugiego?

Wojewódzki piszę w liście o ignorancji Lisa, nazywając go handlarzem. W kolejnym zdaniu dopisuje nawet epitet „mały”, żeby rozwiać wszelkie wątpliwości dotyczące mocy pogardy jaką odczuwa. Zarzuca redakcji „Newsweeka” brak profesjonalizmu, brak kreatywności, braki w ogóle. Tygodnik odpowiada, że kontakt z dziennikarzem był utrudniony i zgrabnie wtrąca, że dziennikarz pojawił się na sesji zdjęciowej z osobistym stylistą fryzur.

Słowne przepychanki, zyskują rzesze fanów, wyrażonych w liczbach „lajków” pod publikacjami. Gawiedź zacierając ręce pod stołem, przewraca oczami wyrażając znużenie kolejnym „obrzucaniem się błotem przez celebrytów”. Chamstwo „rozsiada się”, na skórzanych fotelach Ferrari oraz na skórzanych kanapach przed odbiornikami telewizyjnymi.