Oko za oko, Smarzowski za kler

Strzeżcie się fałszywych proroków” – za świętym Mateuszem ostrzega Wojciech Smarzowski w swoim najnowszym filmie. Przed widzami obnaża nie tylko księży, pokazując wprost ich grzechy i przewinienia. Przedstawia trzy środowiska, ukazuje stan społeczeństwa i poddaje go ocenie.

Przepełnione sale kinowe nawet przy kilkunastu seansach dziennie i najlepsze otwarcie weekendu od 30 lat – prawie milion widzów w 3 dni. Smarzowski w wywiadzie z Andrzejem Wróblewskim („Wstajemy z kolan”, Polityka 40/2018) stwierdził, że czuje się osaczony Kościołem. Z tego osaczenia powstał film o podwójnej moralności grupy społecznej, która od lat niezmiennie ma ogromny wpływ na życie polityczne w państwie oraz na życie zwykłych obywateli. Gorycz, która wzbierała w reżyserze od lat w odpowiedzi na bezkarność przedstawicieli stanu duchownego, została przekształcona w fabularną wersję problemów obecnych w polskim Kościele od dawna. Spowodowała także, że temat, który był obecny w rozmowach Polaków od lat, przybrał formę otwartej polemiki.

Oto tajemnica wiary

fot. kadr z filmu

Fabuła Kleru skupia się wokół trzech bohaterów i środowisk, do których należą. Dają się poznać podczas corocznej zakrapianej imprezy, wspominając dzień pożaru kościoła, z którego przed laty cudem uszli z życiem. Po całonocnej libacji każdy z nich wraca do swoich zajęć i codziennego otoczenia. Ksiądz Tadeusz Tryba (Robert Więckiewicz) opiekuje się małą, wiejską parafią. Jego największą słabością są pieniądze, alkohol i miłość do kobiety. Życiem księdza Kukuły (Arkadiusz Jakubik), kapłana w średnim mieście, rządzi głównie słabość do jednego z ministrantów. Odstaje od nich ksiądz Lisowski (Jacek Braciak), karierowicz, który pracuje przy kurii i zajmuje się biznesową stroną Kościoła, często grając w nieczysty sposób. Ponad nimi stoi arcybiskup Mordowicz (zagrany przez Janusza Gajosa), który przygotowuje się do uroczystej mszy w rocznicę swoich święceń kapłańskich.

Filmy Smarzowskiego nie są robione po to, żeby zrewolucjonizować kino. Tym razem reżyser również posługuje się dość prostymi i znanymi z jego poprzednich filmów (Drogówka, Pod mocnym aniołem) rozwiązaniami – przerysowaniem, uwypukleniem i dosadnym realizmem. Jego bohaterowie – jeśli piją alkohol – to na umór. Jak klną – to bez hamulców. Mają zmęczone oczy, ziemiste twarze i ciemne worki pod oczami. Smarzowski nie bawi się metaforami, sprowadza obraz możliwie najbliżej rzeczywistości, chętnie też czerpie ze znanych z powiedzeń i żartów na temat księży i Kościoła – „co łaska, ale nie mniej niż 400” czy „oto tajemnica wiary – złoto, mirra i dolary”. Za sprawą takich rozwiązań obraz momentami niemal przekracza cienką linię groteski, przez co nie do końca ma się pewność, czy takie wydarzenia faktycznie mogą mieć miejsce, czy jest to wytwór wyobraźni twórców.

Czas, który nie dotyka nas

fot. kadr z filmu

Filmowa rzeczywistość nie ma zdefiniowanego wprost czasu akcji. Raz na ekranie pojawia się Jan Paweł II, a chwilę później obecny prezydent wraz z małżonką. Reżyser tym posunięciem wyraźnie podkreśla, że przedstawione problemy były tak samo aktualne za pontyfikatu papieża Polaka jak są za prezydentury Andrzeja Dudy. Retrospekcje wielokrotnie mieszają się z filmową teraźniejszością – także przez brak wyraźnego rozróżnienia scenograficznego. Oldschoolowe butelki wódki, kineskopowe telewizory, a z drugiej strony Playstation, najnowsze modele samochodów i telefonów pokazują przepaść, jaka dzieli przedstawione środowiska. Nie wprowadzając wyraźnego rozgraniczenia teraźniejszości i przeszłości pokazano, że choć czas mija, w niewielkim stopniu zmienia się otoczenie i ludzka mentalność.

Smarzowski Klerem zamieszał nie tylko w środowisku kościelnym, lecz także w społeczeństwie, stawiając mu wyraźną diagnozę i poddając dyskusji style podejścia do przewinień duchownych. W postaci pielęgniarki czy wdowy, która przyszła pochować tragicznie zmarłego męża, przedstawiono bogobojne i ufne podejście do księży, którzy dla wiernych są nieomylnymi półbogami, a jeśli nawet popełnią błąd, łatwo jest on wybaczany. Dzieci ze szkoły księdza Kukuły czy rodzina i znajomi Rysia – ministranta z jego parafii – reprezentują krytyczne, ale przede wszystkim wrogie, często bezrefleksyjne nastawienie do księży.

Świeckie oczyszczenie


Budując postaci duchownych, Smarzowski posługuje się głównie kolorem czarnym i ewentualnie jego odcieniami. Nie ma tam miejsca na żadną fabularną kontrę w postaci dobrych kapłanów – pokazuje jedynie przemiany, które mogą zachodzić w konkretnym człowieku pod wpływem wydarzeń. W pierwszej połowie filmu położono nacisk na ukazanie księży-grzeszników, aby w drugiej połowie stopniowo odsłaniać ich ludzką twarz. Wydarzenia z przeszłości stopniowo wyjaśniają ich zachowania. Niemoralni, zepsuci i butni księża okazują się samotni w walce z demonami, które towarzyszą im przez większość życia. Smarzowski, wprowadzając retrospekcje, rozpoczyna wędrówkę w głąb człowieka, aby dotrzeć do genezy zła. Odsłania karty grzechu, zwracając równocześnie uwagę na pułapkę usprawiedliwiania przez otoczenie błędów członków Kościoła, zgodnie z chętnie powtarzaną myślą „Kościół jest święty, ale tworzą go grzeszni ludzie”.

fot. kadr z filmu

Widać to wyraźnie w scenie, w której ksiądz grany przez Jakubika opowiada po mszy historię, która miała istotny wpływ na jego bohatera. Po doświadczeniu społecznego ostracyzmu i odrzucenia przez parafian, decyduje się na odsłonięcie źródła swojego zachowania. Na twarzach wiernych pojawia się wyraz współczucia i zrozumienia dla spirali zła, której był częścią, a w którą został wrzucony nie z własnej winy. Kolejne wydarzenia, których następstwem będzie finałowa scena, pokazują, o ile ważniejsze dla bohatera – zarówno jako duchownego, jak i człowieka – jest poniesienie kary za swoje czyny niż współczucie i zrozumienie.

Swoim filmem Smarzowski wyrwał do odpowiedzi dwa środowiska: duchownych i społeczeństwo. W stanowczy sposób postawił przed nimi problemy, oczekując reakcji. Z jednej strony otworzył puszkę Pandory, z której zaczęło stopniowo wypełzać wszystko to, co przez lata próbowano głęboko zakopywać pod pretekstem ochrony majestatu Kościoła. Z drugiej zaś strony pokazał bierność, wrogość, bogobojność i naiwność w kontakcie z tymi, od których tak wiele w Polsce zależy. Sam film na pewno nie zmieni sytuacji w państwie, jednak ruszył on już machinę, która być może finalnie doprowadzi do znaczących zmian w kontroli duchownych. Zmian, które mogłyby spowodować katharsis we wzajemnych relacjach, na które był czas po 1989 roku, a których nie zdecydowano się zrobić. Wszyscy więc dostaliśmy Smarzowskiego.