Prof. Marcin Matczak: Jestem dumny z bycia “tatą Maty”

Nie mam problemu z tym, że zacząłem być kojarzony jako ,,tata Maty”. To oznacza, że mój syn robi dobrze to, co robi – mówi prof. Marcin Matczak 

Z prof. Marcinem Matczakiem rozmawiają Urszula Świątek i Ryszard Niziński

Prof. Marcin Matczakradca prawny, konstytucjonalista, filozof prawa, wykładowca UW, ekspert Fundacji Batorego. Ojciec rapera Maty, autor książki „Jak wychować rapera. Bezradnik”.

Co przesądziło o tym, że napisał pan książkę „Jak wychować rapera?”

Prof. Marcin Matczak: Jesienią zeszłego roku zadzwonił do mnie redaktor naczelny wydawnictwa „Znak” Jerzy Illg z pytaniem, czy nie chciałbym napisać książki o tym, jak wychować obywatela.
Poprosiłem o chwilę do namysłu. Im więcej czasu nad tym myślałem, tym mocniej dochodziłem do wniosku, że taka książka byłaby bardzo pouczająca, ale miałaby jedną wadę – niewiele osób chciałoby ją przeczytać. A już na pewno niewiele młodych osób, jeśli jej tytuł miałby właśnie brzmieć w ten sposób.
Jednocześnie od pewnego czasu badam, co powoduje, że ludzie słuchają pewnej komunikacji i chcą się zapoznawać z tym co do nich się mówi czy pisze, a co wywołuje odwrotny efekt?

Już pan wie? 

Aby dotrzeć do odbiorcy, niezbędne jest zawarcie w swojej komunikacji  pewnych elementów osobistych – własnego doświadczenia, przeżycia. To dlatego, że coraz mniej słuchamy samego słowa, a coraz bardziej słuchamy człowieka, który za tym słowem stoi. Uznałem więc, że zamiast pisać książkę o tym, jak wychować obywatela, sięgnę więc po osobiste doświadczenie i napiszę książkę o tym jak wychować rapera. Pomiędzy jednym a drugim jest analogia. 

Na czym ona polega?

To zdolność do buntu, zdolność do nazwania zła i umiejętność mówienia prawdy nawet, gdy człowiek trochę boi się ją mówić.
„Jak wychować rapera” to pół-biografia, pół-wykład. Zawarłem w książce indywidualną historię mojego syna, który przeszedł pewną drogę od wychowania w posłuszeństwie do buntu, aby uzmysłowić czytelnikom, że każdy z nas powinien określić swoją rolę w społeczeństwie. 

Piszę również o tym, co jest warunkiem zdrowego demokratycznego społeczeństwa. Musi być ono społeczeństwem złożonym z ludzi, którzy nie zamykają się w swoich bańkach i nie są wrodzy wobec siebie. Obywatele muszą rozumieć nawzajem swoją odmienność. Nawet jeśli z wieloma rzeczami się wzajemnie nie zgadzają, to powinni być w stanie tworzyć jedną grupę.

Poza tradycyjnymi zajęciami na uczelni nagrywa pan wykłady na You Tube oraz podcasty, w których prowadzi pan słuchaczy przez swoje lektury i przemyślenia. Dlaczego to dla pana ważne? 

MM: Tak, to dla mnie ważne, ale nie mam zamiaru zostać profesorem ze Spotify czy Youtube’a. Przede wszystkim jestem wykładowcą naszego uniwersytetu.
A czemu nowe technologie? Od małego lubiłem zastanawiać się, jak działa świat. Przez lata go obserwowałem, czytałem różne rzeczy, teraz mam chcę podzielić się tym z innymi. Jednym ze sposobów dzielenia się jest praca naukowa. Publikuję książki i artykuły naukowe, ale są rzeczy dość hermetyczne – ile osób przeczyta zaawansowany artykuł z teorii filozofii prawa? Dlatego przynajmniej część tej wiedzy chcę przekazać w innej formie, właśnie jako podcast czy krótki film na Youtube.

Uważam, że współcześnie nauczyciele i naukowcy powinni umieć dzielić swoją komunikację pomiędzy hermetyczne, bardzo profesjonalne komunikaty naukowe a działania popularyzatorskie. To ważne, by nasi uczeni nie zamykali się w wieży z kości słoniowej, gdzie piszą artykuły, które trzeba czytać ze słownikiem. Chodzi o to, aby nauczyciele umieli dzielić się wiedzą w taki sposób, by społeczeństwo chciało nas słuchać. 

A jednak uwagę w mediach dziś kradnie Michał Matczak. Nie ma pan obaw, że powoli staje się pan ,,tatą Maty”, a nie profesorem Marcinem Matczakiem? 

To zwykle pierwsze pytanie, jakie dostaję przy okazji ostatnich wywiadów. 

I jak pan na nie odpowiada?

Jestem tatą Maty od urodzin mojego syna, a nie odkąd stał się sławnym raperem. I to jest więź, której nic nie zmieni. Pytanie, czy to jest podstawowa definiująca mnie więź? 

Jest? 

W pewnym sensie tak. Im człowiek jest starszy, tym lepiej rozumie, że ta jego rola rodzinno-wychowawcza staje się absolutnie podstawową rolą. Jestem dumny z tego, że jestem ,,tatą Maty”. Jeżeli moje życie potoczy się tak, że mój syn będzie cały czas ,,Matczakiem roku” i będzie bardziej popularny ode mnie, to sprawi mi to tylko radość, ponieważ będzie to oznaczało, że dobrze go wychowałem. 

Ale jednak w ,,Hot16challange” była ta nuta żalu. Przypomnijmy fragment: ,,dyskusje w tv, państwowe sprawy, a nie jestem nawet Matczakiem roku”.

Trochę ironii nie zaszkodzi. A tak serio, to cały tekst napisał mi właśnie Michał. Kiedy pokazałem mu swoją propozycję, powiedział: „to jest co najwyżej nisko średnie”. Zostały trzy, może cztery wersy z mojej pierwotnej wersji, m.in. tekst o Jarku i Zbyszku.

Nie mam problemu z tym, że będę kojarzony jako ,,tata Maty”, bo to oznacza, że mój syn robi dobrze to, co robi i ludziom daje to radość. Do niedawna moja aktywość publiczna sprawiała, że czasem, kiedy z rodziną siedzieliśmy przy stoliku w restauracji, to ktoś podchodził i prosił mnie o autograf. Aż w końcu zdarzyła się sytuacja, gdy po podobnej prośbie ja wyciągnąłem długopis, ale młody człowiek proszący o autograf powiedział: ,,Przepraszam, ale chodzi mi o pańskiego syna”. I takie sytuacje są coraz częstsze. Choć zdarzają się też całkiem inne. Otrzymuję np. listy, w których autorzy wzywają mnie do umoralniania mojego syna. 

Wzywają do ugruntowania cnót artysty? 

A ta książka jest właśnie o ugruntowaniu niecnoty artysty, rozumianej jako pewnego rodzaju niezgody. 

Ze zdalnego nauczania wróciliśmy na uczelnię. Czekał pan na tę możliwość, czy przywykł do zajęć online i wolałby pan w tej formule pozostać? 

To było bardzo ważne, by życie uniwersytetu wróciło do normy. Dla wielu ludzi ten kontakt bezpośredni między studentami oraz między studentami a wykładowcami jest absolutnie kluczowy.
Dla mnie ten  rok, gdy wykładałem sprzed swojego komputera, nie był szczególnie kłopotliwy, ponieważ jestem chyba już z innego pokolenia. Rzeczywiście umiałem się bardziej skupić, wiedzieć, co chcę powiedzieć, nikt mnie nie rozpraszał, próbując wejść po cichu do sali.
Ale najważniejsze, aby forma odpowiadała wam, odbiorcom. A wiem, na czym polega różnica.
Pochodzę z pokolenia, które stara się przede wszystkim skupiać na słowie i nie do końca nas zajmuje, kto za tym słowem stoi. Mam za to wrażenie, że pokolenia mojego syna, który zresztą jest studentem UW, stara się przede wszystkim skupić na tym, kto za tym słowem stoi. 

Wiem, że niestety forma zdalna była dla was trudniejsza – część studentów zasypiała, bądź nie mogła się skupić. Powrót do nauki stacjonarnej uważam więc za konieczny. 

A może sprawdziłby się tryb hybrydowy? Wielu studentów jednak również polubiło taką formę komunikacji. 

Zdalna komunikacja stworzyła możliwości, których wcześniej na tę skalę nie mieliśmy. Podam przykład z własnego życia – mogłem brać udział w międzynarodowych wydarzeniach akademickich z udziałem absolutnych gwiazd  mojej dyscypliny, na które normalnie nie miałbym możliwości dotrzeć. Bardzo trudno jest polecieć za ocean na każdą konferencję, natomiast łatwo jest zalogować się na Zooma, posłuchać innych i zadać im pytania. 
Mam nadzieję, że te możliwości z nami zostaną. Przymusowe przejście na tryb online sprawiło, że możemy się komunikować lepiej, szerzej, częściej wymieniać się myślami, niż się to robi przy obecności fizycznej. Akurat to powinniśmy docenić. Bez pandemii nie przełamalibyśmy pewnie przez długi czas tej bariery. Zdaję sobie jednak sprawę, że jeśli chodzi o sprawy dydaktyczne, to po prostu nie da się przez Zooma tak samo skutecznie uczyć.

W lutym br. wystosował pan apel do prezydenta Andrzeja Dudy w sprawie nominacji profesorskich. Otrzymał pan tę nominację, ale ogłosił publicznie, że nie weźmie udziału w jej uroczystym odebraniu w Pałacu Prezydenckim. W ten sposób upomniał się pan o innych uznanych naukowców, którzy czekają na nominacje profesorskie. Czy mógłby Pan to rozwinąć?

W liście do prezydenta Andrzeja Dudy wspomniałem dwie osoby, które oczekują na nominację profesorską od wielu miesięcy, jeśli nie lat. Szczególnie bulwersującym dla mnie przypadkiem jest sprawa Michała Bilewicza, który jest uznawanym naukowcem w kategoriach światowych. Pozbawianie go tytułu profesora to rodzaj cenzury w życiu publicznym. Nie zgadzam się na to, by ktoś był szykanowany ze względu na swoje poglądy.
W liście do prezydenta zapytałem, czy sam prezydent uznałby za stosowne, by jego osiągnięcia naukowe (ma tytuł doktora prawa) oceniać przez przyznam jego poglądów? To niedopuszczalne, ponieważ ocena pracy habilitacyjnej i analogicznie profesury jest oceną dorobku i rzetelności naukowej.
Sam spodziewałem się, że prezydent Duda będzie zwlekać z moją nominacją. Tak jednak się nie stało, za co szczerze jestem mu wdzięczny, ale swoim gestem chciałem pokazać, że powinien rozszerzyć tę normalność.