Hamlet: Tragedia na wesoło

Maciej Englert sięgnął po największe i najtrudniejsze z arcydzieł Szekspira, odtwarzając je „z estymą”, scena po scenie, nie omijając nic z oryginalnego tekstu. Takie klasyczne realizacje są dziś rzadko spotykane. Przez samo to powinny mieć swoją wartość, dając widzowi Hamleta nieudziwnionego, w jego pełnym, niezatartym blasku. Szekspir powinien przecież bronić się sam.

 

„Hamlet” to przede wszystkim historia żałoby i gniewu młodego człowieka, który, dowiadując się, że jego ojciec został zamordowany, nie może zdobyć się na dokonanie oczekiwanej od niego zemsty. Tak go pamiętamy, czytamy i wystawiamy. Englert postanowił ukazać też wszystkie wątki poboczne dramatu: sceny, postaci i dialogi ignorowane przez innych reżyserów.

thumb_3012__lightbox.jpegGrzegorz Daukszewicz (Rozenkranc) Borys Szyc (Hamlet,syn poprzedniego,a synowiec teraźniejszego króla) Jakub Kamieński (Gildenstern)/fot. Magda Hueckel. Zdjęcie ze strony wspolczesny.pl

 

Zamiast błyskotliwej sztuki otrzymujemy jednak przedstawienie przypominające ekranizację szkolnej lektury. W „Hamlecie” Englerta nie ma żadnej interpretacji dramatu; są za to sceny niepotrzebne lub niezrozumiałe, jak dywagacje bohaterów nad stanem „dzisiejszego teatru” – nieaktualne od ponad czterystu lat. Zupełnie jakby reżyser tworzył z myślą o gimnazjalistach, którzy „wolą obejrzeć niż przeczytać książkę”.

 

Aktorzy grają poprawnie, nie dodając granym postaciom niczego od siebie, za to wiele im ujmując – bohaterowie zdają się drewniani, pozbawieni osobowości. Ich śmierć nie robi na widzu wrażenia. Litość, szok, przerażenie? Przeciwnie, cała ta masakra jest bardzo zabawna. Biegający po scenie Poloniusz (w tej roli Sławomir Orzechowski) tworzy zgodny tandem z Hamletem, z którego Borys Szyc wyciska jego cały – zaskakująco duży – komediowy potencjał.

 

Rola Hamleta przerosła możliwości aktorskie Szyca. W jego grze nie widać rozterek czy cierpienia młodego księcia. Opowiadające o nich monologi przechodzą niezauważone. Słynne „Być… albo nie być?” zagrane jest tak, że wydaje się marudzeniem małego chłopca. Brakuje też typowo hamletycznego ociągania się, odwlekania momentu zabójstwa. Hamleta rozsadza energia. Jest w każdej chwili gotowy do czynu, niecierpliwy i przede wszystkim – śmieszny. Tonem, gestem i celnymi uwagami, których treść jest tak naprawdę gorzka, wywołuje na widowni gromkie salwy śmiechu.

thumb_3001__lightbox.jpegScena zbiorowa, na pierwszym planie Katarzyna Dąbrowska (Gertruda, królowa duńska, matka Hamleta) Andrzej Zieliński (Klaudiusz, król duński) fot. Magda Hueckel. Zdjęcie ze strony wspolczesny.pl

 

Wątpliwość budzi też osadzenie Katarzyny Dąbrowskiej w roli Gertrudy. Dąbrowska dobrze sobie radzi – jej monolog opisujący śmierć Ofelii to najmocniejsza scena spektaklu, jedyna, która rzeczywiście porusza. Nie o braki talentu tutaj chodzi. Nie, problem jest znacznie bardziej podstawowy. Szczególnie w trakcie „poufnej rozmowy” z Hamletem widać wyraźnie, że królowa matka chyba już urodziła się w ciąży, a właściwie – wydała syna na kilka lat przed tym, jak przyszła na świat. Polska nie cierpi na deficyt aktorek powyżej lat trzydziestu. Czy aż tak boimy się przedstawiania starości, że teatralne matki muszą być młodsze od swoich synów? Wszechobecna młodość – nie da się nie zauważyć, że i Andrzej Zieliński jako Klaudiusz jest o pokolenie młodszy od zamordowanego brata – wprowadza nas w poetykę serialową.

 

Starsze pokolenia reprezentuje jedynie Janusz Michałowski. Ten wyróżnia się spośród obsady nie tylko wiekiem. W trakcie kilku minut, które spędza na scenie, Michałowskiemu udało się nadać granej przez niego postaci Ducha Ojca Hamleta głębię i osobowość. Stary król jest gniewny; mówi jednak powoli, prawie z wysiłkiem, i dostojeństwem niedawnego władcy. Jednocześnie wydaje się, że byle podmuch mógłby zwalić go z nóg – czy to śmierć tak dotknęła ducha? Oglądając Michałowskiego, nie można oprzeć się wrażeniu, że patrzy się na aktora „w starym stylu” – aktora, w którego grę wpisana jest danina czci dla uprawianej przez niego sztuki.

 

Tak spójny i przekonujący, jak w momencie spotkania Hamleta ze zmarłym ojcem, spektakl jest już tylko w scenie Kowalewskiego (Grabarz Pierwszy). Ten jednak nie wprowadza nas, jak Michałowski, w misterium teatru. Krótka scena rozmowy dwóch grabarzy, a potem rozmowy jednego z nich z księciem Danii, pełni w dramacie rolę przerywnika, ułatwiającego nieco odbiór przygnębiającego przedstawienia. W tej realizacji, choć brawurowo zagrana, powiększa tylko wesołość widowni. To nie jest teatr dla starych, poważnych ludzi.

 

hamlet1_0574.jpg

Ten „współczesny” styl zderza się z dziewiętnastowiecznym językiem tekstu – w klasycznym przekładzie Józefa Paszkowskiego. Czy Englert chciał dać swoim widzom widowisko uwspółcześnione, z twarzami znanymi z telewizji i awanturniczą grą aktorską, do której łatwo się odnieść? Czy też chciał przenieść spektakl na koturny „wysokiej sztuki”, sięgając po nienaturalne już dziś wyrażenia, odrealniające księcia Danii i wprowadzające dystans między nim a widzem? Wydaje się, że reżyser nie przemyślał dokładnie swoich wyborów. Wprowadza to chaos, spłycający sztukę i odbierający jej intensywność oryginału. W tym chaosie „Hamlet” staje się komedią, a przez kontrast między grą aktorską i patetycznymi monologami – nieomal farsą.

 

thumb_5297__lightbox.jpeg

Hamlet

Autor: William Shakespeare

Przekład: Józef Paszkowski

Opracowanie tekstu i reżyseria: Maciej Englert

Premiera: czerwiec 2012 w Teatrze Współczesnym