Pogoda dla Wrocławia

Z pisaniem książek historycznych jest trochę jak z prognozą pogody. Interesują tylko tych, których bezpośrednio dotyczą. Rolnik spod Kozienic na informację o froncie niżowym nad Wałbrzychem zareaguje najwyżej ziewnięciem. Podobnie historia Wrocławia nie zainteresuje zapewne studenta z Warszawy. By uatrakcyjnić prognozę, angażuje się długonogą blondynkę. By zrobić to samo z historią, książkę zleca się Normanowi Daviesowi. Jednak tak jak dla blondynki nie zaświeci słońce, tak dzięki brytyjskiemu historykowi dzieje Wrocławia nie staną się koniecznie dreszczowcem.


„Mikrokosmos” nie powstałby, gdyby nie Bogdan Zdrojewski, były prezydent Wrocławia, który poprosił Daviesa o przyjrzenie się dziejom jego okręgu wyborczego. Do pracy zasiadł sztab naukowców, których wkład w powstanie książki był na tyle duży, że główny asystent Daviesa, Roger Moorhouse, został podniesiony do rangi współpracownika. W przedmowie czytamy jednak, że książka była dopieszczana ze wszystkich stron i że to wciąż „stary, dobry Davies”. Chwilami można jednak odnieść wrażenie, że „Mikrokosmos” został „przepieszczony”.

 

Autorzy odżegnują się od dotychczasowego nacjonalistycznego subiektywizmu i roztrząsania, czy Wrocław jest polski, niemiecki, czeski, żydowski, a może po prostu śląski. Namacalnym tego dowodem miało być używanie w odniesieniu do poszczególnych okresów różnych, historycznych nazw miasta, od średniowiecznego „Wyspowego Grodu” przez czeski Presslaw po niemiecki Breslau. Czasem jednak ta żonglerka jest przekombinowana i niewprawny czytelnik zwyczajnie się w niej gubi.

 

Główną jednak intencją Daviesa i spółki było ukazanie dziejów Wrocławia w szerszym, europejskim kontekście. To się niewątpliwie udaje, zwłaszcza, że miasto jest wdzięcznym obiektem do takich zabiegów. Pod Wrocławiem biły się wielkie europejskie armie, rezydowały tu najświetniejsze arystokratyczne rody i przyjeżdżały najsławniejsze osobistości epoki. Napisane z rozmachem podrozdziały ukazujące kontekst historyczny są najmocniejszą częścią książki. Z kolejnymi jednak szczegółowymi opisami gospodarki, struktury etnicznej, religii czy administracji miejskiej z książkowego balonika zaczyna uchodzić powietrze. Paradoksalnie, niektóre fragmenty są tak rzetelne, że aż nudne.

 

Oczywiście Davies stara się urozmaicić opowieść, wplatając w całość teksty źródłowe, fragmenty pamiętników, a nawet wiersze i piosenki. Czasem dość niespodzianie. Pozostając przy pogodynkowych analogiach, Davies przypomina chwilami Jarosława Kreta wkraczającego do studia z grabiami i naręczem liści, by pokazać piękno polskiej jesieni. Efekt bywa groteskowy.

 

Mimo tych zgrzytów portret Wrocławia nakreślony w „Mikrokosmosie” to kawał rzetelnej, historycznej roboty. Wratislavianiści zyskują syntetyczny opis dziejów miasta, a ono samo kronikę godną miana Europejskiej Stolicy Kultury. Przyznajmy to jednak otwarcie – mimo wszystkich zabiegów historia miasta, choćby ukazana w jak najszerszym kontekście i w jak najwymyślniejszy sposób, wciąż jest miejscami nużąca. Potrafimy bowiem pasjonować się rewolucjami, wojnami i gabinetowymi spiskami. Gorzej, jeśli spisek zawiązał się w miejskiej gildii, a wojna toczy się między miejskimi rajcami. Jest to więc książka w trzeciej części pasjonująca, w dwóch pozostałych cokolwiek hermetyczna. Davies napisał majstersztyk dla wybranych.

 

mikro.jpg„Mikrokosmos”

Norman Davies, Roger Moorhouse

Wydawnictwo Znak

Rok wydania: 2011

Ilość stron: 600