Nimfomanka część II – show von Triera bez aplauzu

Drugą część Nimfomanki otwiera obrazoburcza sekwencja, w której małoletnia Joe leżąc na łące doznaje orgazmu. Na oczach widza unosi się kilka metrów nad ziemią, a obok niej pojawiają się postacie… świętych. Na szczęście chwilę później narrację Joe przerywa Seligman okrzykiem niedowierzania. W ten sposób reżyser niedyskretnie pokazuje widowni znak „aplauz!”, niczym w marnym telewizyjnym show.


Analogia ta jest zresztą, niestety, adekwatna dla całego filmu. Tam, gdzie pierwsza część „Nimfomanki” zaskakiwała świeżością podejścia do tematu, zgrabnością w balansowaniu pomiędzy farsą, a liryką, część druga mierzi, nudzi i obrzydza zarazem. Von Trier natomiast, świadom płytkości swojego obrazu, próbuje go przykryć warstwą offowych mrugnięć okiem i żarcików tym bardziej męczących, im bardziej widz orientuje się, że reżyser nie ma tak naprawdę nic do powiedzenia.

Nymphomaniac 02 photo by Christian Geisnaes.jpgCharlotte Gainsbourg

Historia jest utrzymana w tym samym tonie, co w części pierwszej. Joe dalej opowiada swoją historię pomagającemu jej Seligmanowi. Tym razem opowiada o latach późniejszych – świetnie wyglądającą na ekranie Stacy Martin niemal zupełnie zastępuje więc starsza Charlotte Gainsbourg. To nie tylko zmiana estetyczna. To już jest bowiem historia innej Joe, nie – poszukującej i zagubionej, ale świadomej i zdecydowanej. W pewnym sensie bohaterka wciąż poszukuje, ale o ile w pierwszej części poszukiwania te były naznaczone jakąś ulotną nadzieją, że Joe zdoła znaleźć swoje miejsce w społeczeństwie, w drugiej części filmu ułuda ta zniknęła. Joe akceptuje więc w pełni fakt swojej ułomności i staje się bezwzględna i nieokrzesana.

Jej poszukiwania dotyczą teraz głównie nowych wrażeń seksualnych. Świadomie porzucając miłość na rzecz swojej fizyczności, Joe schodzi teraz do podziemia erotycznych przyjemności. Widz, niestety, musi podążyć za nią i stać się świadkiem licznych scen ocierających się o pornografię sado-maso – związywanie, bicie, masturbacja do krwi… Von Trier skutecznie umie zohydzić widzowi nie tylko postać Joe, ale i całe swoje dzieło, i to – o zgrozo – niewątpliwie zamierzenie.

Nymphomaniac 25 photo by Christian Geisnaes.jpgCharlotte Gainsbourg, Jamie Bell

Nie uderzając w tony chrześcijańskiego zgorszenia i tak należy jednak zadać sobie pytanie: po co to wszystko? Spełnia się bowiem najgorszy scenariusz, który można było przewidzieć dla drugiej części po obejrzeniu pierwszej. Łącznie 4-godzinne dzieło von Triera dąży ostatecznie do miałkiej konkluzji, że kobiety mają w życiu gorzej.

Cała filozofia „Nimfomanki” ubrana jest w bogate szczegóły, które rzeczywiście mogą przykuć uwagę. Takim szczegółem jest choćby nihilizm pierwszej (wspomnianej wyżej) sceny połączony z religijnym przeżyciem, którego von Trier wcale przecież nie odrzuca. Albo cały konflikt na linii racjonalizm-seksualność, uosabiany oczywiście przez zupełnie metaforycznego Seligmana (świetnie zresztą zagranego przez Skarsgarda) oraz Joe. Ale chociaż konflikt ten ciągnie się przecież przez cały film, to w konstrukcji von Triera umniejsza się on właśnie do rangi szczegółu. Reżyser bowiem bezczelnie kończy go zakończeniem rodem z filmów klasy B, dając widzowi do zrozumienia, że w gruncie rzeczy jego dzieło nie aspiruje do niczego więcej. I to nie jest w tym przypadku zaleta.

Nymphomaniac 28 photo by Christian Geisnaes.jpgWillem Dafoe, Charlotte Gainsbourg


Meritum „Nimfomanki” okazuje się być nie analiza uzależnień, nie psychologia postaci czy nawet z dawna wyczerpany dialog oświeceniowej filozofii z chrześcijańską moralnością, a farsa na temat gatunku ludzkiego. I to najbardziej na temat jego konkretnych przedstawicieli, to znaczy tych, którzy przyszli do kina, zapłacili za bilet (podwójnie!) i zmarnowali 4 godziny życia, by w ostatniej minucie dowiedzieć się, że zostali potraktowani niepoważnie. Czego innego oczekuje się od reżysera tej klasy, co Lars von Trier. No chyba, że on sam już dawno przestał traktować się poważnie.  

Recenzja Nimfomanka część I 

%d bloggers like this: