Nadciąga Melancholia

Pierwsze – długie – minuty filmu, przepełnione muzyką, to obrazy, zapowiedzi tego, co ma za chwilę nadejść. Są jak uplastycznione wizje, urojenia, twory wyobraźni przedstawione w niezwykle patetyczny sposób. Doniosłość przełamana zostaje jednak początkiem „właściwej” części filmu.

melancholia_koniec_swiata.jpg

Ślubna limuzyna z państwem młodymi próbuje przecisnąć się przez wąską dróżkę prowadzącą do willi, w której ma odbyć się, zaplanowane w każdym szczególe, wesele. Przyjęcie, od zaślubin, przez krojenie tortu, aż po odjazd gości stanowi pierwszy akt filmu. Nic nie jest tu dopowiedziane, mamy wrażenie, że coś się przed nami ukrywa, że istnieje jakaś tajemnica. Bohaterów możemy poznać tylko dzięki ich słowom i zachowaniu w tych dość szczególnych okolicznościach. Jako widzowie jesteśmy trochę intruzami, wpraszającymi się na weselną ucztę. Nie wiemy nic o pannie młodej (Kirsten Dunst), jej przyszłym mężu ani rodzinie. Mimo to zasiadamy z nimi do wspólnego stołu, pijemy szampana i wirujemy na parkiecie. Mimowolnie wyrabiamy sobie ocenę nowo poznanych współtowarzyszy zabawy. Jedni, tak jak ojciec świeżo upieczonej mężatki, wzbudzają same pozytywne odczucia i mimo dziwactwa stają się nam bliscy. Inni, choćby siostra panny młodej – Claire (Charlotte Gainsbourg), to zdystansowani perfekcjoniści, którzy trzymają pieczę nad programowym przebiegiem wesela. A sama panna młoda? Z początku beztroska, szczęśliwa i entuzjastycznie nastawiona dziewczyna na naszych oczach, w ciągu kilku godzin trwającego na ekranie przyjęcia, zaczyna popadać w skrajne nastroje. Co chwilę opuszcza gości, aby zdrzemnąć się w zaciszu sypialni, pospacerować po polu golfowym albo zażyć kąpieli w welonie na głowie. Uśmiecha się tylko na prośbę zatroskanej siostry, już w noc zaślubin odrzuca męża. Emocjonalna niestabilność Justine rzuca się w oczy, można ją jednak tłumaczyć na wiele sposobów. Może to strach przed konsekwencjami decyzji o małżeństwie? A może magiczny wpływ nowej gwiazdy, która pojawiła sie na niebie?

Claire. Taki tytuł nosi drugi rozdział filmu. Na pierwszy plan wysuwa się tutaj, usunięta w cień i małomówna w czasie wesela, starsza z sióstr, właścicielka pięknej rezydencji, w której odbyło się przyjęcie. Mimo że towarzyszymy jej w domowej, bezpiecznej przestrzeni, wcale nie wydaje się nam bliższa. Jest przeciwieństwem swojej otwartej, spontanicznej siostry. A przynajmniej jej zdrowej odsłony. Okazuje się, że niedawna panna młoda cierpi na depresję, a jedyną osobą, która ma siłę się nią zaopiekować jest Claire. Normalny bieg życia kobiety, podporządkowany mężowi i synowi, musi zostać przestawiony na czuwanie nad kruchą blondynką. Do tego widmo zbliżającej się katastrofy – początkowo silna i racjonalnie myśląca Claire zaczyna gubić się w ogarniającym ją strachu, podczas gdy, pogrążona w chorobie, Justine w nadchodzącym końcu znajduje ukojenie i równowagę.

Tytuł „Melancholia” intryguje. Druga część filmu mogłaby istnieć bez pierwszej. Tytuł mógłby się odnosić do stanu ducha każdej z sióstr. Katastroficzny koniec mógłby wydarzyć się w pierwszym rozdziale i tym samym dodać całości bardziej dramatycznego wydźwięku. Reżyser–wizjoner postanowił jednak inaczej. Czym jest więc Melancholia, jesli nie smutkiem i zadumą drzemiącą w duszach Justine i Claire? Przed ślubem panna młoda zauważa na niebie jasno świecący punkt. Ta świetlista kropka, którą można pomylić ze zwykłą gwiazdą, w drugiej odsłonie urasta do rozmiarów księżyca i okazuje sie planetą, niebezpiecznie zbliżającą się w kierunku Ziemi. To właśnie Melancholia. Jej piękno zachwyca, ale ciągła obecność na niebie budzi niepokój, który pogłębiony jest przewidywaniami naukowców – Melancholia ma uderzyć w Ziemię.

Lars von Trier rzeczywiście, jak głoszą plakaty, stworzył obraz pięknego końca świata. Zawarł w nim swoje lęki i fobie zasłonięte romantyczną woalką. W dobie niekończących się przepowiedni na temat zagłady ludzkości reżyser przedstawił wizję, która zamiast przerażać wzrusza swoim absolutem i harmonią. Jego film to artystyczne dzieło odarte z motywów typowych dla filmów akcji czy science-fiction. Opiera się na zamyśle, że widz od początku wie, co się wydarzy. W swoim minimalizmie i prostocie, zarówno pod kątem filmowanej przestrzeni, kostiumów, jak i dialogów, obraz jest poruszający i niepokojący. Wzbudza dziwne uczucie trwogi, atmosfera zostaje tutaj zbudowana w mistrzowski sposób, do czego przyczynia się muzyka – sekwencje z „Preludium” do „Tristana i Izoldy” Richarda Wagnera powtarzają się w trakcie całego filmu. Zasługę należy oddać także dwóm świetnym aktorkom – Kirsten Dunst i, znanej z ostatniego projektu von Triera („Antychryst”), Charlotte Gainsbourg – które, mimo że tak różne, potrafiły stworzyć spójny, wiarygodny obraz siostrzanych więzi i portret uzupełniających się osobowości.

„Melancholia”

reż. Lars von Trier

premiera: 27 maja 2011

dystrybucja: Gutek Film