100 tysięcy to nie problem

Pan Marek miał pewien sprytny sposób, który miał go chronić przed spłukaniem się. Gdy wychodził z domu rozkładał pieniądze po różnych kieszeniach, były pogrupowane: te dla dzieci w lewej kieszeni, te na zakupy i do domu z tyłu, na ewentualne pogranie po prawo. Jak wychodził z kasyna wszystkie były puste.

 

Mróz za oknem ściska, ryje na szybach fikuśne, cienkie wzory. Na szczęście siedzę w ogrzewanej uniwersyteckiej sali. Pani doktor miękkim głosem rozjaśnia w naszych głowach pojęcie „estetyki” w dziele sztuki. Dla Romana Ingardena źródłem przeżycia estetycznego jest spotkanie. Spotkanie podmiotu z przedmiotem. Dzieło sztuki staje się wtedy częścią nas, zaczyna ponownie istnieć, tworzy się na nowo. Dostaję telefon. Dzwoni pan Marek. „Oczywiście, że możemy się spotkać – spokojnie odpowiadam – Dobrze. W poniedziałek”.

Pan Marek przypomina mi profesora, który na egzaminie pyta nas o lirykę sentymentalną i „Sofiówkę” Trembeckiego. Pogodny, z figlarnymi, małymi oczkami przy atakach śmiechu zasłanianych przez czerwone, nabrzmiałe policzki. Ale to nie kwestia poezji czy filozofii sprowokowała nasze spotkanie. Nie system wersyfikacyjny i liryki Horacego, chociaż w wyobraźni widzę głowę pana Marka na pomniku najtwardszym z twardych. Może każdy, kto zmaga się z materią życia powinien taki pomnik sobie wybudować? Jako przestroga dla następnych pokoleń?

Pan Marek zechciał mi opowiedzieć swoje życie. Postanowił powierzyć mi swoje zagadki i arkana, zakątki głowy i zakamarki duszy. Gdyby mój wiek pomnożyć przez dwa, o parę lat i tak zostaję za nim w tyle. Czuję bagaż wszystkiego: jego wspomnień i retrospekcji, praktyki, doświadczenia, wprawy i rutyny. Jedno słowo krąży mi po głowie: zaufanie. Zamiast napisać o jego życiu mogłabym zająć się sprawą zawierzenia tajemnicy własnego życia drugiej osobie, spotkaniu dwojga obcych ludzi, których łączy jedynie cel, ale taki wywód mógłby rozczarować pana Marka. Zostawił mnie z tym węzłem gordyjskim, zawiłościami historii i osób, które łączą się i rozpadają, tworząc jedno życie. Spotkaliśmy się na kawę, a zdążylibyśmy wypić z pięć.

 

man-9.JPGfot. Katarzyna Pawlica

 

 

Długie lata

W połowie listopada minęło 6 lat i 8 miesięcy abstynencji. Pan Marek był hazardzistą i alkoholikiem. Choruje na trombozę, zakrzepicę żył. Mówi, że to wada genetyczna.

Na pytanie o początek uzależnienia zaczyna opowiadać swoje dzieciństwo: „Gdy miałem 1,5 roku ojciec poszedł siedzieć, wychowywała mnie tylko matka. Dbała o to, żebym miał gdzie spać, co jeść i w co się ubrać. Zawsze mówiła, że ojciec jest kryminalistą i nie mogę powielać jego błędów. Dlatego dużo się uczyłem i dostawałem w szkole same piątki. Raz wziąłem udział w olimpiadzie matematycznej i polonistycznej. Chciała syna, którym mogła się chwalić. Ale nigdy nie mogłem podzielić się z nią radościami, nie mówiłem o problemach, smutkach. Zawsze był krzyk, kara albo cisza. Nie miałem partnera do rozmowy, byłem zalękniony. Przez to, że byłem półsierotą dokuczali mi w szkole, przezywali, popychali. Sam musiałem o siebie dbać. A że nie miałem wzorca to dbałem jak potrafiłem” – opowiada pan Marek.

Pierwszy alkohol wypił gdy miał 14 lat. „Odszedł ode mnie lęk i strach, przestałem się bać, poczułem się ważny, no, rewelacyjny środek! Lubiłem siebie po alkoholu” – tłumaczy. Z biegiem czasu alkoholu było coraz więcej i częściej. Ale to już nie wystarczało.  „W ‘78 poleciliśmy z chłopakami na dyskotekę do Bristolu. Wtedy pierwszy raz zagrałem na jednorękich bandytach. Przypadek chciał, że wygrałem główną wygraną – prawie trzy moje wypłaty, a zarabiałem niemało, bo 7,5 tysiąca – pracowałem w zakładach telewizyjnych. Automat zaczął brzęczeć i dzwonić, dwóch facetów w garniturach biegło w moją stronę, myślałem że go zepsułem – uśmiecha się pan Marek. – Wzięli mnie na zaplecze i wypłacili główną wygraną, bo w automacie nie było tyle pieniędzy. Wydałem wszystko na alkohol. Dlatego że zawsze brakowało mi pieniędzy, gdy już je miałem kupowałem coś, co sprawiało, że przez chwilę cieszyłem się życiem”.

Od tamtego czasu przez kilka lat nie grał. W latach 90-tych zaczął jeździć na Węgry. Był to okres kiedy Polacy obudzili się i rozpoczęli handlowanie, sprzedawanie, zakupy wszystkiego na czym można było ubić interes. Dla pana Marka wyjazdy były ucieczką z domu: nie miał obowiązków, zmartwień, nie musiał myśleć o innych. Wieczorami doskwierała mu nuda, więc siadał w bistro, zamawiał piwo i grał. Na początku dla zabicia czasu, a potem żądza wygranej nie pozwalała przestać. Im więcej przegrywał, tym więcej wkładał w grę. „Czasami wracałem do domu bez pieniędzy. Mówiłem, że ktoś mnie okradł albo celnik mi zabrał. Żona nie podejrzewała, że gram” – dodaje. Żona pana Marka dowiedziała się o jego uzależnieniu po 16 latach, małżeństwem są od 28.

 

Niepokojące wzrosty

Słowo hazard powstało z arabskiego „az-zahr” co znaczy „kostka” i „gry w kości”. W słowniku języka polskiego znajdziemy: „ryzykowne przedsięwzięcie, którego wynik zależy od przypadku”, „gry lub zakłady, w których stawką są pieniądze” oraz „przypadek, traf”. Psycholog kliniczny, psychoterapeutka, doktorantka na Uniwersytecie “Babeş Bolyai” w Rumunii Izabela Ramona Todiriţǎ przeprowadziła w 2011 roku badania dotyczące uzależnienia od hazardu w Europie Środkowej i Wschodniej. Za hazard uznała: loterie, zakłady wzajemne i o stałych stawkach, gra w kasynie, automaty do gry, bingo w salonach gier, bingo organizowane przez stacje telewizyjne. Jak zaznaczyła ta forma uzależnienia staje się coraz częstszą rozrywką napływają zazwyczaj z Zachodu. Kraje, w których do 2009 roku nie było niemal żadnych danych dotyczących hazardu to: Bułgaria, Czechy, Grecja, Luksemburg, Polska.

W 2009 roku premier Donald Tusk zareagował na niepokojące doniesienia o wzrastającej liczbie uzależnionych i powołał Fundusz Rozwiązywania Problemów Hazardowych, który w znacznym stopniu delegalizował hazard w Polsce. Co złośliwsi dopatrują się w ustawie (anty)hazardowej ekspresowego poprawiania wizerunku rządu po aferze hazardowej z udziałem polityków PO, którą w 2009 roku nagłośnił dziennikarz „Rzeczpospolitej” Cezary Gmyz. Jednak niezaprzeczalnym faktem były dane z ośrodków odwykowych, na podstawie których w piorunującym tempie przybywało uzależnionych. W latach 2006 – 2009 liczba nałogowców, którzy poddali się leczeniu wzrosła trzykrotnie.

Według danych NFZ w 2013 roku z uzależnienia od hazardu leczyło się 3140 osób. Jedynie w ciągu pierwszego półrocza bieżącego roku na terapię zgłosiło się 2385 osób. Specjaliści alarmują, że uzależnionych może być nawet pół miliona osób, a miejsc do grania wciąż przybywa.

 

man-10.JPGfot. Katarzyna Pawlica

 

Granice

Pan Marek jest oazą spokoju. Nic nie zdradza tych kłębiących się myśli, prób i wyrzeczeń, o których opowiada. Przed opowieścią o manii grania robi krótką przerwę, wzdycha i kontynuuje: „Jak zaczynałem grać, dostawałem obsesji, grałem bez opamiętania. Byłem w amoku, przegrywałem wszystko co miałem”. Ale miał pewien sprytny sposób, który miał go chronić przed spłukaniem się. Gdy wychodził z domu rozkładał pieniądze po różnych kieszeniach, były pogrupowane: te dla dzieci w lewej kieszeni, te na zakupy i do domu z tyłu, na ewentualne pogranie po prawo. Jak wychodził z kasyna wszystkie były puste.

Po maratonie grania i pijaństwa następuje czas potężnych wyrzutów sumienia, tak zwany kac moralny. Za wszelką cenę chce się wtedy przywrócić siebie samego do łask domowników. Pan Marek przysiągł żonie, że już nigdy więcej. „Kiedy poszła do pracy chciałem pokazać, że się zmienię i zrobiłem kopytka z sosem, uwielbia je. Ale pomyślałem, że w międzyczasie wyskoczę na piwo. Wróciłem po 23:00, przegrałem też sporo pieniędzy. Na drugi dzień nie miałem za co jechać do pracy, a nie mogłem powiedzieć żonie, że nic nie mam. Od tej pory nigdy nie zostawiali mnie samego w domu” – dodaje.

„Pewnej soboty poszedłem grać, zabrakło mi pieniędzy, więc wyczyściłem konto żony” – opowiada następną historię. Ale wspomina też, że gdyby chciał opowiedzieć wszystko musielibyśmy zarezerwować stolik na tydzień, na całe dnie i noce. Niestety musi być dziś w domu. Wracając do historii, pan Marek wybrał wszystkie pieniądze z konta swojej małżonki. Oczywiście nie zrobiłby tego, ale była to sobota i wiedział, że w poniedziałek dostanie wypłatę. Wtedy bezszelestnie przeleje forsę na konto żony i po krzyku. Wiedział też, że w niedziele żona nie robi zakupów. Ale tamtej niedzieli pech chciał, że czegoś jej zabrakło i musiała iść do sklepu. „Szedłem z nią 800 metrów do bankomatu i pomyślałem, że gdyby samochód teraz ją potrącił i zabił nie wydałoby się, że wyczyściłem jej konto” – kwituje.

Twierdząco odpowiada na pytanie czy hazardzista w obsesji zdolny byłby kogoś zabić, aby zdobyć pieniądze. „Musiałem zwrócić dług, grożono mi. Z lęku pojechałem do lombardu z aktem notarialnym mieszkania i chciałem zaciągnąć pożyczkę na ten akt. Pan wyjaśnił mi, że cały proces będzie trwał około miesiąca, a potrzebowałem gotówki na już. Dlatego zrezygnowałem. Byłem w stanie zastawić mieszkanie z rodziną za 3 tysiące złotych. Boję się pomyśleć co by było, gdyby dawano pożyczkę od ręki” – opowiada.

 

Huba

W 2008 roku zaczęły przychodzić listy z windykacji, telefony, w domu pana Marka pojawiali się ludzie i dopominali się o pożyczone pieniądze. Wtedy wydało się ze ma kilka kredytów do spłacenia. Żona postawiła mu ultimatum: albo przestanie grać albo wyrzuci go z domu. Dodatkowo od paru lat chorował na trombozę, krzepną mu wszystkie żyły. Czuł się jak w pułapce. „Chciałem gdzieś uciec i zdecydowałem się na 6-tygodniową zamkniętą terapię. Miałem tam spokój, nikt nie chciał ode mnie pieniędzy. Podpisałem kontrakt, że nie będę pił ani grał. Spotykaliśmy się codziennie w grupach z różnymi terapeutami i przerabialiśmy zagadnienia z zakresu uzależnienia, potem czas wolny, pisaliśmy na kartkach historie ze swojego życia. Myślałem, że terapia zdziała cuda i zacznę normalnie funkcjonować, a dowiedziałem się, że jestem uzależniony” – mówi bez emocji. Mimo że od tamtego czasu nie gra i nie pije terapia sprawiła, że stał się zalękniony.  „Miałem rozpoznawać swoje uczucia i je nazywać. Ale co z tego, że wiedziałem, że jestem wściekły jak nie potrafiłem nic z tym zrobić. Złość wyładowywałem na innych. Gdy grałem i piłem byłem draniem grającym i pijącym, kiedy przestałem grać i pić draniem pozostałem”.

Kolejną terapią była terapia pogłębiona półtora roku później – kontynuacja poprzedniej. Miała ugruntować fundament zdrowienia. Ale pan Marek zdążył już siebie poznać, zdał sobie sprawę, że świetnie manipuluje ludźmi i wykorzystywał tę umiejętność, jak myślał, przeciwko terapeutom. „Gdy terapeutka oczekiwała czegoś ode mnie, mówiłem to, co chciała usłyszeć, ona odpowiadała: jaki ty masz wgląd w siebie, wiesz wszystko, dasz sobie radę. A w środku miałem tornado. Mówiono mi: jeżeli nie będziesz chodził w te miejsca, nie będziesz się spotykał z ludźmi, nie będziesz oglądał telewizji, nie będziesz myślał, nie będziesz chodził na imprezy i wesela, zero znajomych, jeśli wyrzucisz wszystkie butelki i karty kredytowe będziesz żył szczęśliwie. Pomyślałem: więc co to za życie?”

– W kwietniu zeszłego roku minęło 5 lat abstynencji od hazardu i alkoholu. Byłem wtedy w pracy, usiadłem, piłem kawę i nie widziałem sensu życia, chciałem umrzeć. Długi spłacałem, relacje z rodziną były poprawne, nie zaciągałem nowych kredytów, a mi nie chciało się żyć. Wszyscy polecali mitingi, więc chodziłem na nie i czułem się coraz gorzej. Gdy posłuchałem historii tych chorych ludzi to zamiast coś zrobić ze swoim życiem porównywałem się, wmawiałem sobie, że ze mną jeszcze nie jest tak źle – mówi.

Pan Marek zauważył u siebie wadę: brak samodyscypliny. Bardzo lubił przebywać w szpitalach, w ośrodkach terapeutycznych, gdzie nic nie musiał robić. Ktoś mu powiedział: masz wstać o 8, przyjść na zajęcia, zrobić gimnastykę – dostosowywał się.  „Byłem jak huba – dodaje. – Przyczepiałem się do kogoś i się żywiłem. Nie byłem samodzielny, mimo że miałem rodzinę, dzieci, pracę, ale to wszystko było sztuczne”.

– Od początku 2013 roku przygnębienie stało się u mnie wprost proporcjonalne do dni mojej abstynencji. Im więcej abstynencji, tym mniej radości. Myślałem, że się wykończę.

Frustracja narastała. Terapie pomogły utrzymać trzeźwość, ale mentalnie pan Marek wciąż był chory – nie czuł się szczęśliwy. Porzucił wszelkie nadzieje.

 

Najfajniejsza sala w mieście

Ochrona przed patologicznym hazardem jest niewielka, a możliwości grających ogromne. Badania CBOS z 2012 roku pokazały jak łatwo przegrać wysokie kwoty w krótkim czasie i przy niskich stawkach: „W jednym z obserwowanych lokali grający w ruletkę przegrał w ciągu 20 minut 1200 zł, a inny 500 zł w ciągu 5 minut przy stole z minimalną stawką 2,50 zł” – pokazują badania. Patologii tej sprzyja ogólna dostępność lokali. Kasyna i salony gier są czynne codziennie, najkrócej 12 godzin, niektóre 16-18, są też całodobowe. Wyjątkiem są wyścigi, które otwarte są sezonowo tylko przez 8 miesięcy w roku, i wyłącznie w weekendy. Według CBOS: „Kasyna są ulokowane z reguły w bardziej prestiżowych budynkach. Salony gier mogą mieścić się wszędzie, zarówno w solidnym, dobrze prezentującym się budynku, jak i w starej zniszczonej kamienicy”.

W każdym kasynie zagra się w ruletkę amerykańską, Black Jacka oraz różne odmiany pokera, natomiast w hotelu Sofitel Victoria dodatkowo oferowano baccarata (według pracowników obsługi, jest to gra typu „wojna”). Kasyna różnią się ofertą cenową. W Hotelu Marriott znajduje się sala VIP, w której aby zagrać trzeba postawić 50 lub 100 złotych. W sali głównej ceny wynoszą: 1 zł (1 stół), 2,50 zł (7 stołów) lub 50 zł (1 stół).

Ważny jest wygląd kasyna. Czystość i estetyka przyciągają wyrafinowaną klientelę i można się poczuć jak James Bond w Casino Royale. Motyw mężczyzny w idealnie skrojonym garniturze oraz kobiety – czerwonoustej piękności z dekoltem i sznurem pereł na obojczykach towarzyszy niektórym pokazom odbywającym się w kasynach. Raz przy takiej okazji w Hotelu Marriott puszczono muzykę z filmu o agencie 007. Za najlepsze kasyno uchodzi to w Katowicach w Altusie: jedną ze ścian zdobi mapa wszechświata w trójwymiarowej technice, a na środku lokalu stoi duże sztuczne drzewo (tzw. drzewo szczęścia), na którym obok liści wiszą owoce granatu.

Jednak najpopularniejszą rozrywką są automaty. Niektórzy uważają je za szczególne wciągające, ponieważ między kolejnymi grami nie ma przerwy, automaty działają non stop. Poza tym, według badań, dźwięk maszyn wydawany podczas gry w sposób „magnetyzujący” oddziałuje na graczy.

Zerkając na liczbę osób grających statystyki nie wyglądają optymistycznie. W ciągu 12 miesięcy poprzedzających badanie prawie co czwarty Polak powyżej 15 roku życia grał w jakieś gry na pieniądze. To 23,5 procent społeczeństwa. Najpopularniejszy jest Totalizator Sportowy. Niepokojące są informacje, mówiące że odsetek graczy mających problem z hazardem jest wysoki zwłaszcza w najmłodszej grupie, do 18 roku życia. Im młodszy, tym większe zagrożenie uzależnienia.

Charakterystyka przeciętnego gracza wyglądałby mniej więcej tak: jest mężczyzną mieszkającym w mieście. Ma wykształcenie średnie i zarabia powyżej 2000 tys. złotych. Raz w tygodniu chodzi do kościoła. Prawie 46 procent graczy to robi.

 

Od nowa

Pan Marek wiedział, że musi spróbować czegoś nowego, ale brakowało mu sił. Czekał trzy miesiące na wizytę u terapeutki w Instytucie Psychologii. Pani po dwóch sesjach nie widziała rozwiązania. Wysłała go do psychiatry. „Pan zapytał się czy mam myśli samobójcze. Nie? To on nic nie może poradzić. Wróciłem do terapeutki. Po wysłuchaniu mojej historii powiedziała, że gdyby miała takie życie jak ja już dawno poszłaby pi”.

Pewnego dnia dostał od przyjaciela z Zielonej Góry książkę, taki dodatek do Warty. Była to relacja z warsztatów sponsoringu, czyli terapii 12 kroków. Przeczytał i nadzieja wróciła.

Od prawie roku pracuje i żyje programem 12 kroków i nadrabia zaległości. Przez 59 lat trochę się ich narobiło. Uczy się języka węgierskiego. Jak mówi jest, jest bardzo trudny, bo to ugrofiński – tylko 1,5 miliona ludzi na świecie się nim posługuje. Uczy się też odpoczywać. Kiedyś wyjeżdżał, po to żeby pić i grać. W zeszłym roku pierwszy raz w życiu byli żoną na wakacjach we dwoje. Teraz jest szczęśliwy.

 

man-15.JPGfot. Katarzyna Pawlica

 

Nie taki Bóg straszny

 „Dopóki nie przyznamy i nie zaakceptujemy, że hazard nas pobił, że nie ma sposobu, by z nim wygrać, będziemy się szamotać. Musimy zrozumieć, że jesteśmy bezsilni wobec nałogu, że przestaliśmy kontrolować nasze życie” – głosi definicja uzależnienia na stronie internetowej anonimowych hazardzistów. Aby naprawdę wyzwolić się z nałogu trzeba dojść do stanu rozpaczy i bezsilności, trzeba poczuć, że dalsze trwanie w nim oznacza pasmo porażek, że nie ma się wyboru, a jedynym ratunkiem jest wspólnota. Trzeba osiągnąć swoje dno. Bez uczucia jego doświadczenia, nie ma się od czego odbić. To pierwszy krok.

Terapia „12 kroków AH” jest programem duchowym, ale udział w niej mogą wziąć również ateiści czy agnostycy. Osoby zdrowiejące z nałogu spotykają się mitingach, które ustalają według własnych potrzeb. Zasady programu nie odwołują się do religijności, lecz do „Siły Wyższej”, czyli Boga „jakkolwiek pojmowanego”. Terapia zakłada duchowe uzdrowienie chorego myślenia i działania: należy poznać siebie, swój charakter oraz to, co go ukształtowało, a następnie dążyć do zmiany tych wzorców i postaw.

„Jeśli nie potrafię zrobić szklanki – idę do specjalisty, nie umiem zrobić okularów, więc idę do optyka – jest on dla mnie siłą większą, zwracam się do niego o pomoc” – opowiada pan Marek. W tym czasie chwyta moją filiżankę i obraca w rękach. Jest wyraźnie w lepszym nastroju niż na początku rozmowy. Podczas terapii ważne jest, aby codziennie robić obrachunek moralny. „Każdego dnia pytam siebie czy byłem egoistyczny, nieuczciwy, czy miałem do kogoś urazę, lęk – tłumaczy. – Psycholog Ewa Woydyłło opowiedziała kiedyś anegdotę: jakiś gość jechał windą i czuł, że mu ktoś wsadzał kij w plecy z całej siły. Wyzwoliły się w nim złe emocje i pomyślał, że jak wyjdzie z windy odwróci się i go zaatakuje. Wychodzi z tą myślą, odwraca się, patrzy, a to niewidomy z laską. Złość od razu przerodziła się we współczucie. To jest właśnie mój obrachunek moralny. Moje emocje są do wieczora rozładowane, spokojnie kładę się spać. A jak idę do pracy wszystkim mówię dzień dobry”.

Kolejnym fundamentem zdrowienia jest modlitwa. Pan Marek nie modlił się 40 lat. „Bóg był dla mnie tyranem, despotą. Gdy na pogrzebie małego dziecka usłyszałem, że Bóg tak chciał, pomyślałem, że nie chcę takiego Boga znać – mówi z lekkim oburzeniem. – Z domu wyniosłem obraz Boga każącego, złego. Mama zawsze mówiła, że jak nie odrobię lekcji, to Bozia przyjdzie i nakrzyczy”.

– Kiedyś dystansowałem się do Niego i szukałem wad u katolików. Bo co to za katolik, który idzie do Kościoła, a oszukuje pracowników albo oczernia innych, albo ksiądz, który żyje w celibacie, a ma kochankę. Cztery razy przeczytałem Pismo Święte. Jak chory mówił mi na mitingu, że poszedł do spowiedzi i dostał łaskę cytowałem mu Dzieje Apostolskie: „Bóg nie mieszka w świątyniach ręką zbudowanych” i pytam się: do kogo ty chodzisz? Przecież tam nie ma Boga, budynek wznieśli ludzie – dodaje.

Teraz modli się codziennie.

Przez cały program adept prowadzony jest przez osobę starszą, która dłużej zdrowieje we wspólnocie. „Zacząłem wyrabiać w sobie samodyscyplinę – opowiada – Przez okres pracy na programie miałem dzwonić do sponsora o tej samej godzinie. Raz zadzwoniłem trzy minuty wcześniej, sponsor odebrał, ale się rozłączył, bo umawialiśmy się na 12:00. Dopiero wtedy zobaczyłem, żeby coś zmienić trzeba działa”.

 

100 tysięcy

„Byłem kłamcą i złodziejem. Sprawiłem ból wielu osobom – wyraźnie akcentuje pan Marek. Gorzkie słowa przychodzą mu niezwykle łatwo. Jeden z kroków zakładał osobiste pogodzenie się ze wszystkimi ludźmi, których się skrzywdziło. – Ale niektóre sprawy trudno naprawić – kontynuuje – Córka dostała przeze mnie nerwicy natręctw. Do tej pory ma z tym problem. Napisała do mnie na terapię list, każdy członek rodziny miał taki list napisać (u mnie zgodziła się tylko żona z córką, synowie nie chcieli). Jedno zdanie wyryło mi się w pamięci: Tato, nie mogłam przygotowywać się do matury. Wieczorami, gdy leżałam w łóżku modliłam się, żebyś cało wrócił i żeby nie było awantury. A teraz czasami prosi mnie, żebym zajął się jej dzieckiem. To dla mnie największy dowód zaufania, największa nagroda”.

Po siedmiu latach spłacania kredytów ma jeszcze 100 tysięcy długu. Negocjuje z firmami zwrot pieniędzy, ale odsetki są coraz większe. W biurze porad prawnych właśnie przygotowywana jest opinia prawna, aby mógł łatwiej spłacić kredyty. Wczoraj prawnik zadzwonił i powiedział, że jego opinia wynosi 30 stron papieru podaniowego.

Wie, że długi są najmniejszym problemem, hazard najmniejszym, alkohol też. Istotą wszystkich problemów są wady charakteru. „Wówczas nie wiedziałem, że byłem chory nie wtedy, kiedy grałem, ale wtedy, kiedy nie grałem. Nie potrafiłem sobie poradzić ze sobą, ze swoim nieprzystosowaniem do rzeczywistości i emocjami. Stworzyłem własny świat, w którym czułem się bezpiecznie” – mówi.

– Użalałem się nad sobą. Zastanawiałem się czego nie mam, czego mi brakuje, nic mi się nie podobało. Teraz widzę jaki byłem niewdzięczny: kiedyś wchodzę na Gdańskim do toalety, mróz kilkadziesiąt stopni, a młody chłopak, miał może ze 20 lat, stoi na bosaka przed umywalką i pierze rzeczy pod kranem. Stał na lodowatej podłodze. Myślę sobie: Marek jaki ty powinieneś być wdzięczny, że masz dom, masz gdzie uprać swoje rzeczy, jest ciepło, masz szafę, gdzie możesz je schować. To mi pokazało, że od rana do wieczora spotykają mnie same dobre rzeczy. Teraz wiem, że mam fajnie w życiu.