Zmiany na YouTube – kolejna afera w polskim Internecie

Początek stycznia 2014 roku miał stać się przysłowiowym „czarnym czwartkiem” dla autorów filmików na YouTube, zwiastującym znaczne uszczuplenie ich zarobków. Wszystko przez nowy regulamin serwisu. Zmiany te wywołały niemałą burzę w Internecie. Jednakże każde wydarzenie ma swoje plusy i minusy, a niewiedza ludzka często zagłusza zdrowy rozsądek. Jak więc jest naprawdę?

 

4481461680_845dd529ca_o.jpgCzy YouTube przetrwa i tą próbę? / źródło www.flickr.com

 

Od umowy partnerskiej do sieci partnerskiej

Wcześniej każdy użytkownik mógł podpisać umowę partnerską z tym serwisem, która pozwalała publikować treści, o ile udowodnił, że jest ich właścicielem. Z czasem YouTube postanowił wprowadzić do serwisu tzw. grube ryby czyli firmy lub wydawnictwa takie jak Agora, Machinima, Magnolia Network, GameInside, 9cloud, TGN itd. Ich zadaniem było tworzenie profesjonalnego contentu i publikowanie go na swoich kanałach za co dostawały pieniądze od potencjalnych reklamodawców. Ogromnym przywilejem, jaki otrzymały powyższe firmy od YouTube, było to, że ich produkcje nie były weryfikowane pod kątem posiadania praw autorskich. Działało to na zasadzie zaufania – wrzucany materiał z założenia był legalny (przywłaszczanie praw tzw. claim).

Okazało się jednak, że „grubym rybom” nie opłaca się tworzyć tych materiałów, ponieważ nie miały one zbyt dużej oglądalności, co przekładało się na niewielką ilość zainteresowanych reklamodawców. Fakt ten zmusił wspomniane firmy do zmiany strategii. Postanowiły przekształcić się w sieci partnerskie, rekrutując w swoje szeregi głównie tzw. let’s playerów, czyli osoby, które zamieszczają materiał wideo z gry komputerowej, którą sami przechodzą, komentując i opisując wydarzenia, które mają miejsce na ekranie. Publikowane przez nich treści są najczęściej nieautorskie, a motywy w ich filmach  wielokrotnie powtarzane(jedna gra ma niekiedy setki let’s playów na całym świecie).

Sieci partnerskie zaoferowały im więc swobodne wrzucanie filmików, na zasadzie „przywłaszczania” praw autorskich, w zamian za procent od uzyskanych przez nich dochodów z ich monetyzacji, czyli np. z zamieszczanych w publikacjach reklam. Innymi słowy autor filmów, oddając przykładowo 40% przychodów pochodzących z komercyjnego contentu dodawanego do jego materiałów, miał wolną rękę w procesie tworzenia i udostępniania. Nie musiał, tak jak inni youtuberzy, przejmować się pozwoleniami od producentów gier. Wystarczyło tylko, że kliknął przycisk „Claim”, a YouTube nie miał roszczeń, bo jego filmy publikowane były z ramienia sieci partnerskiej, która cieszy się „zaufaniem” serwisu.

 

Kwitnący biznes

Wraz z upływem czasu, tak chronieni let’s playerzy, publikowali coraz więcej treści. Ci bardziej charyzmatyczni stali się bardzo popularni, przez co częściej oglądani. Przełożyło się to na wzrost ich przychodów z reklam, czyli większe zyski sieci partnerskich. Rozwój całego tego procederu doprowadził do powstania szeregu absurdalnych sytuacji. Youtubowe kanały wytwórców gier np. EA Games, czy Ubisoftu, publikując materiał wideo ze swojej produkcji, dostawały ostrzeżenia od YouTube, że ich film narusza prawa autorskie jakiejś sieci partnerskiej, która ma zrobiony Let’s Play z tej gry i muszą udowodnić, że mają pozwolenie na udostępnianie od twórcy. Lawinowo zaczęły napływać maile do Google (właściciel YouTube) ze skargami i roszczeniami wobec powyższych sieci. I to prowadzi do obecnej sytuacji.

YouTube postanowił wprowadzić zmiany w regulaminie serwisu. Zlikwidować przywileje sieci partnerskich, które od tej pory nie mogą przywłaszczać sobie praw. Ponadto informatycy YouTube udoskonalili Content ID, czyli mechanizm sprawdzający prawa autorskie w treściach publikowanych w serwisie. Od stycznia weryfikuje on nie tylko ścieżkę dźwiękową w celu porównania jej z innymi w swojej bazie, ale również wycina losowe kadry z filmu i sprawdza czy nie występują one w materiałach pozostałych użytkowników. W przypadku wykrycia naruszenia praw autorskich w publikacji, ogranicza do niej dostęp – do czasu potwierdzenia jej legalności lub całkowicie ją usuwa – na polecenie prawdziwego autora – w tym przypadku twórcy gry. Content ID ma przyjrzeć się w szczególności monetyzowanym treściom wrzucanym przez członków sieci – podobno wszystkim. Te, które będą łamały prawa autorskie, stracą zdolność monetyzacyjną, a o ich losie zadecyduje prawdziwy posiadacz praw. Może on przejąć część lub całość przychodów z reklam zamieszczonych w tym filmiku i tym samym zostawić go w serwisie, albo zażądać jego usunięcia.

Wprowadzone zmiany głównie wymierzone są przeciwko osobom wstawiającym na YouTube pełnometrażowe produkcje polskiego i światowego kina. Jednakże najbardziej zaszkodziły one interesom let’s playerów.

 

Co oznaczają zmiany w serwisie dla użytkowników?

Dla popularniejszych let’s playerów jest to koniec z wrzucaniem wszystkiego bez większego wysiłku. Teraz będą musieli starać się o pozwolenia od producentów, przed publikacją materiału komercyjnego z ich gry. Oczywiście ci popularniejsi będą mieli łatwiej. Poza tym dla producentów gier takie filmy są darmową reklamą, która dociera bezpośrednio do zainteresowanej grupy odbiorców. Dlatego też wielu z nich m.in. Blizzard, Ubisoft, Paradox, Code Masters czy Deep Silver, jeszcze przed końcem ubiegłego roku zadeklarowało chęć współpracy z let’s playerami. Lecz są też takie, jak Telltale Games, które nie życzą sobie tego typu materiałów z ich produkcji, a zmiany na YouTube przywitali z radością. Ponadto autorom filmów z grami nie opłaca się już być członkami sieci partnerskich – dla których nadal musieliby płacić, a nie mieliby z tego tytułu żadnych korzyści. Warto również dodać, że Content ID będzie sprawdzał wrzucane filmy wybiórczo i z różną intensywnością. Im częściej materiały będą naruszały prawa autorskie, tym więcej wizyt będzie składał użytkownikowi program. I na odwrót – im rzadziej tym mniej.

Co zmiany oznaczają dla widza? Niektóre serie z grami mogą zniknąć z YouTube z racji tego, że ich autorzy będą musieli szukać innego źródła zarobkowania. Filmy na serwisie ukazywać się będą w większych odstępach czasu, bo wydłużeniu (do 48 godzin) uległ proces weryfikacji filmów. Jedno jest pewne, każdy właściciel kanału z filmami tego typu będzie miał na to własne rozwiązanie.


Co tak naprawdę się zmieniło? Praktycznie nic. Użytkownik nadal musi udowodnić, że jest autorem publikacji lub ma pozwolenie na udostępnienie materiału (jak chce zarabiać – dodatkowo z prawami do wykorzystania komercyjnego). O taką zgodę będzie trudniej, bo przed sobą, w kolejce do producentów gier, będzie miał najpierw elitarne grono popularnych let’s playerów. Czemu więc taka afera w Internecie? Może dlatego, że każda ogłoszona zmiana, która ogranicza czyjeś przywileje, odbierana jest w sieci jako targniecie się na wolność internautów. Nikt nic konkretnie nie wie, a wszyscy złorzeczą i panikują. Czasami trzy głębokie oddechy i kwadrans lektury regulaminu mogą zapobiec masowej histerii.

 

Poniżej filmik od YouTube odnosnie praw autorskich. 

http://youtu.be/OQVHWsTHcoc