Selfpublishing, czyli zrób to sam

„Żeby wydać własną książkę wystarczy mieć trochę drobnych na ksero”. Obecnie by zaistnieć w świecie fotografii nie trzeba mieć kosztownej wystawy. Można stworzyć album, który dotrze do fotografów na drugim końcu świata.

 

Biała książka z wytłoczonym napisem, bez fotografii na okładce. Tak wygląda publikacja BOIKO Jana Brykczyńskiego, który w ramach Sputnik Photos tworzy materiał o życiu na wsi w ukraińskich Karpatach. I nie jest to zwykły dokument, a pewna bajka, zamknięta w białych ramach okładki. Autor powoli przechodził kolejne etapy tworzenia książki, ucząc się rozumienia medium, które mimo długiej historii dziś zostaje odkryte na nowo.

 

Poszukiwanie definicji

Bardzo trudno zdefiniować, czym jest selfpublishing. Nazwa stała się modna i wiele różnych rzeczy się pod to podpina, każdy rozumie przez to coś innego – mówi Piotr Bekas, fotograf. Problem z definicją sprawia, że ciężko okreslić co jest selfpublishingiem, co jest bardzo ważne w przypadku konkursów na tego typu publikacje. Można wyróżnić trzy czynniki, które pomagają w znalezieniu definicji. Pierwszym jest sposób finansowania. Fotograf nie musi sam ponosić wszystkich kosztów, jest wiele sposobów, w jaki może uzyskać fundusze na ten cel np. granty, crowdfounding (w ten sposób Sputnik Photos zebrał pieniądze na książkę „Lost Territories”). To, kto opłaca projekt nie ma tak wielkiego znaczenia jak sam proces twórczy – drugi element definicji. Ania Nałęcka, projektant książek Tapir Book Design, członek grupy Sputnik Photos za “czysty” przykład selfpublishingu uznaje fotografa Nico Baumgardena, który – jak mówi – wydając własną książkę nie dość, że robi zdjęcia, układa je, projektuje całość, to też fizycznie zszywa te kartki. Jednocześnie zaznacza, że nie jest konieczne by wszystko robić samodzielnie. Piotr Bekas – To czy ktoś ci w tym pomógł, skrytykował nie ma takiego znaczenia, bo i tak ma się całkowitą władzę nad efektem końcowym. Skoro książka nie musi być tworzona przez jedną osobę odpowiedzialną za cały projekt i można skorzystać np. z warsztatów 8h (organizowane przez Paper Beats Rock polegające na tworzeniu przez uczestników własnej książki), określenie czy publikacja jest selfpublishingiem opiera się na trzecim – najważniejszym czynniku. Dla mnie selfpublishing oznacza brak wydawcy, brak cenzurującego nadzoru – mówi Piotr Bekas. To najistotniejszy czynnik ze względu na swobodę wypowiedzi, która wydaje się niezbędnym elementem własnej produkcji. Fotograf nie kieruje się komercyjnością projektu, tylko tym, czy ma coś ważnego do powiedzenia, co jest chyba najważniejsze.


Medium dla każdego

Jeśli chodzi o historię, zjawisko to istnieje tak długo jak sama fotografia. Pierwsi fotografowie nie mogli liczyć na projektantów książek czy wydawnictwo, które sfinansowałoby taką publikację. Lepszym początkiem jest odniesienie się do selfpublishingu jako sposobu ominięcia rynku, który selekcjonował publikowane treści. Wszystko zaczęło się od opowiadań science fiction gdzieś na przełomie lat 20., 30. dwudziestego wieku. Nikt nie chciał ich czytać poza miłośnikami, jednak była grupa wizjonerów, tworząca swoje opowiadania, które nigdy nie mogły się przebić do wydawniczego mainstreamu – odnośnie próby osadzenia selfpublishingu w historii mówi Jan Rogało – twórca ruchu Normalizm, członek Paper Beats Rock. Można powiedzieć, że wziął się on z chęci publikowania treści poza głównym obiegiem, w którym to wydawca decydował, co nadaje się do publikacji, również jeśli chodzi o fotografię. To zjawisko jest bardzo świeże i bardzo szybko się zmienia. Jesteśmy w trakcie tego co się dzieje. Teraz możemy tylko obserwować ten ruch i przewidywać w którą stronę pójdzie. – komentuje Ania Nałęcka.

Ważną cechą tego medium jest demokratyczność – każdy może stworzyć ze swojego materiału album fotograficzny. Zdjęć w internecie są miliardy, publikacji książkowych – wiele mniej. Można wydać książkę niezależnie od wiedzy i doświadczenia i książka ta ma szansę być równie dobra jak zawodowego fotografa. To zależy od zrozumienia medium. Selfpublishing jest bardzo egalitarny, nikt go nie cenzuruje, nie decyduje o wartości danego materiału. To niesie za sobą niebezpieczeństwo, że powstaną historie, które są o niczym, bo sam fakt wydania książki nie tworzy z danego materiału czegoś ważnego. Jan Rogało – Jak wydajesz własną publikację nikt ci nie powie, że jest ona beznadziejna na etapie edycji czy makiet. Dowiesz się o tym, jak wydasz 100 zł na druk i pokażesz ją kilku osobom. Miejscem skupiającym publikacje mniej znanych twórców jest organizacja Self Publish Be Happy. Innym sposobem na promocję książki jest blog Mateja Sitara – The Angry Bat’s, który opisuje najciekawsze publikacje. Mówi się, że to środowisko jest bardzo małe i ciężko dotrzeć do odbiorców nie interesujących się fotografią. Jesteśmy zarówno odbiorcami jak i twórcami. Ten świat jest tak mały – świat książek fotograficznych, że wszyscy prawie znamy się albo osobiście, albo chociaż wiemy o sobie – mówi Ania Nałęcka.

 

aaa„Normalizm”

 

Książka lepszym sposobem komunikowania

Warto zastanowić się dlaczego fotografowie decydują się na taki sposób publikacji. Fotoreporterzy mówią, że popularność selfpublishingu po części spowodowana jest malejącą ilością publikowanych zdjęć w prasie. Świeżym przykładem jest książka Adama Lacha „Stigma” (dokument o życiu Romów), która będąc projektem bardziej do prasy stała się też książką. Wśród innych fotografów przede wszystkim chodzi o możliwość komunikowania. – Wszystko działo się w oparciu o jeden głupi pomysł, który okazuje się tak ważny – zróbmy coś z tymi zdjęciami, które albo chowamy do szuflady albo pokazujemy na internetowych forach. – wyjaśnia Jan Rogało. Tak rodzi się ruch Normalizm (grupa ludzi szukająca nudnych kadrów), konsekwencją którego jest publikacja.

Inną przyczyną wyboru tego medium jest to, że książka daje możliwość pozafotograficznego komunikowania, czego w żaden sposób nie można odtworzyć oglądając zdjęcia w sieci. Jest taką małą wystawą, którą można „schować do kieszeni” i zabrać do domu, ma w sobie coś intymnego. To spotkanie odbiorca – fotografie. Ania Nałęcka zauważa jeszcze inny wymiar. – Książkę produkuje się dla samej magii książki. Teraz wszystko ogląda się w komputerze, nawet jeśli fotograf robi zdjęcia na kliszy. Książka przywraca materialność. Jest coś magicznego w papierze, druku – zdjęcia stają się obiektem, jest się w relacji z nimi i to jest takie podniosłe. I inny, bardziej psychologiczno-socjologiczny powód – świat niesamowicie przyśpieszył i potrzebujemy rzeczy, które dzieją się powoli. Książka właśnie na to odpowiada.

Myśląc o tematach publikacji selfpublishingowych można stwierdzić, że obecne są wszystkie obszary wizualne. W selfpublishingu są zarówno historie o konkretnych osobach, projekty dokumentalne, abstrakcyjne. To dobrze, że jest tak szerokie spektrum tematów i nie należy ich odcinać, bo jeżeli jest ktoś kto czuje tak samo, to dla niego warto to zrobić – komentuje Ania Nałęcka. I tak wśród polskich produkcji są pozycje dokumentalne, jak „Boiko” Jana Brykczyńskiego, czy np. „7 rooms”, „The Winners” Rafała Milacha – najbardziej cenionego polskiego fotografa-selfpublishera. Z drugiej strony są książki artystyczne – np. „Dissembly” Bownika, czy projekty portretowe, jak „12 Faces” Filipa Ćwika. A to tylko kilka z wielu pozycji obecnych na polskim rynku selfpublishingu.

 

jpg2projekty książek Ani Nałęckiej; od góry R.Milach, M.Sarełło, Sputnik Photos

 

Od projektu do publikacji

Gdy zaczyna się myśleć o wydaniu własnej książki trzeba uświadomić sobie możliwości jakie daje to medium. Tu możliwe są pewne działania wpływające na odbiór, które nie dają się przenieść do prezentacji w internecie. Są pasjonaci, którzy siedzą i analizują jaki papier, jaki format itd. Jest postrzeganie świadome i nieświadome, poza analizą konceptualną. Gdy weźmie się książkę, która jest mała krucha, papier jest bardzo delikatny, nie analizuje się tego – to działa na poziomie nieświadomym. My jako widzowie po prostu podążamy za tym. – opowiada Ania Nałęcka.

Dróg do ostatecznej publikacji jest wiele. Można usiąść w domu przed komputerem, wybrać zdjęcia, ułożyć sekwencję, zaprojektować wygląd książki i wydrukować na domowej drukarce. To najprostszy wariant. Inną drogą jest znalezienie instytucji, która może w tym pomóc jak np. Paper Beats Rock. Jan Rogało o pracy organizacji- ekipa Paper Beats Rock to w tym momencie pewnie z 10 osób plus grupa przyjaciół i innych osób. U nas każdy jest specjalistą od czegoś, nasza ekipa jest większa i mamy swobodę większej demokracji. Kierujemy się kategorią adekwatności i bardzo dużo rozmawiamy. W takim wypadku nie jest się już zdanym tylko na siebie, ma się możliwość skonfrontowania swoich pomysłów z innymi, wypracowania rozwiązań, do których ciężko dojść samemu.

Inną drogą jest praca z designerem jak np. Ania Nałęcka – Czasami zgłaszają się do mnie ludzie gdy jeszcze nie mają skończonego projektu i wtedy rozmawiamy bardziej abstrakcyjnie – o czym to jest projekt, co ta osoba chce powiedzieć. Często wychodzi z tej rozmowy jakiś inny pomysł i autor dorabia zdjęcia. Uważam, że zdjęcia powinny być traktowane jako przejaw osoby. Nawet jeśli są to jakieś obiektywne, dokumentalne rzeczy to zawsze ta osoba trochę się w tym ujawnia. Jeżeli materiał to bardziej „ja” i moje przeżycia, to staje się bardziej widoczna. Taką historią jest Swell Mateusza Sarełło (projekt przedstawiający morze poza sezonem, ostatecznie będący opowieścią o utraconej miłości) – to jest o nim, więc tam nie ma miejsca na jakąś moją wizję, czy nietypowe rozwiązania. Chodzi o zrozumienie.

Niezależnie od wybranej drogi, każdy fotograf ma te same możliwości i jeśli tylko chce może zrobić książkę na temat ważny tylko dla niego, w kilku egzemplarzach. I to, że twórca może wydać coś, co może być jego życiowym projektem, albo tylko sposobem na podryw jest w selfpublishingu wyjątkowe.