Pocztówka z betonu

Są miejsca na świecie piękne. Są też takie, które piękne były, dopóki nie zaczął upiększać ich człowiek. Mickiewicz nie napisałby Sonetów Krymskich, gdyby na stepy akermańskie czy wybrzeże czarnomorskie wybrał się dzisiaj.

 

P1310488.JPGWielki hotel niedaleko Jałty. (fot. Alicja Skorupko)

 

Lekcje spędzone na czytaniu, recytowaniu, analizowaniu i interpretowaniu Sonetów Krymskich nie mogą ulec zapomnieniu. Niejeden uczeń pod wpływem poezji wieszcza albo wykładu nauczycielki wyobraził sobie piękne nieodkryte tereny, wspaniałe orientalne budowle, niesamowitych przewodników o dziwnych imionach czy widoki, których nie sposób nie pokochać. Krym opisany przez Mickiewicza wydawał się orientalnym rajem, z tajemniczymi kobietami i przystojnymi mężczyznami. Z budowlami i świątyniami zarośniętymi winem czy egzotycznymi roślinami. Powietrze lepkie było od słodkiego zapachu kwiatów i dojrzałych owoców. Nic dziwnego, że Mickiewicz dobrze zniósł zesłanie.

Ile z tego wszystkiego jest tylko marzeniem, a ile tylko ukoloryzowanym wyobrażeniem świata, który od dwóch wieków nie istnieje? Czy może Krym to jednak nie suchego przestwór oceanu, tylko kolejne naznaczone komunistyczną przeszłością miejsce na mapie byłego Związku Radzieckiego?

 

Widok, który nie mieści się w głowie

Granatowa toń morza, ciemnozielone wysokie brzegi, górujące nad plażami, sięgające chmur skaliste szczyty. Widoki zapierają dech w piersiach. Bezchmurne niebo, palące słońce i mieszający się z powietrzem pył wysuszonej gorącym latem ziemi. Obraz jak z widokówki. Oprócz wspaniałego pierwszego planu, jest też drugi, trochę mniej „pocztówkowy”, bardziej ludzki i cywilizowany. Przez lata komunizmu i galopującą industrializację, naturalne krajobrazy musiały ustąpić miejsca wielkim blokowiskom, zakładom pracy, bazom wojennym, czy może nieco współcześniej – monstrualnym hotelom, które poobrastały wysokie brzegi Krymu.

 

P1310592.JPGP1310536.JPGP1310528.JPG

„Zagospodarowane” krymskie wzgórze – widok z brzegu morza, blaszany bazar na szczycie Aj-Petri oraz rozpościerający się stamtąd przepiękny widok z na morze. (fot. Alicja Skorupko)

 

Nie ma co liczyć na małe zaciszne miasteczka, z białymi domkami, tarasami obrośniętymi winem, pięknym widokiem na morze i pustą plażą. To, co zostało na Południu Krymu, to sieć uzdrowisk, kurortów, sanatoriów gruźliczych i dużych szarych miast. Beton zajął miejsce przykrytych południową roślinnością klifów. Kilkunastopiętrowe hoteliska rozsiadły się po wybrzeżu. Trzeba się nieźle nagimnastykować, żeby na zdjęciu było widać tylko wspaniałą skalistą górę, a nie sieć kabli, rurociąg gazowy oraz opuszczony magazyn.

 

Kurort z betonu

Mimo rozczarowania brakiem naturalnego piękna, Krym ma jednak swój urok. Komunistyczne ruiny nadają złowrogiego charakteru pocztówkowym widokom. Na Krymie, jak nigdzie indziej, historia miejsca obecna jest na każdym kroku. Zrozumienie tragicznej przeszłości jest tu, naturalnym odruchem. Jałta, choć odrażająca w swoim chaosie, „betonowości” i „pstrokatości”, hipnotyzuje. Jałta położona jest na wybrzeżu. Nad miastem wznoszą się wysokie góry, gdzie mieszkają Tatarzy. Pomiędzy morzem, a szczytami urosła wielka góra betonu, z którego powstały wielopiętrowe bloki mieszkalne, ogromne hotele, zakłady i budynki władzy. Szara zasłona sowieckiego budownictwa oddzieliła wybetonowane plaże od zielonych gór. Jałta jest przez to zamknięta i odizolowana od natury. Powietrze to typowa miejska mieszanka pyłów, dymów i spalin.

 

P1310513.JPGP1310956.JPG

Widok na Jałtę i centrum Ałuszty – kurortu obok Jałty. (fot. Alicja Skorupko)

 

W Jałcie nie pasuje sielska atmosfera nadmorskiego miasta. Jest dominacja człowieka nad przyrodą, jest też dominacja industrializacji i socrealizmu nad naturą ludzką. Stanowczość i bezkompromisowość wypisane są na fasadach budynków. Jeśli Wielka Trójka podejmowała decyzje przytłoczona sowiecką architekturą i zakmnięta w betonowej klatce, nic dziwnego, że Europa podzielona została tak łatwo.

 

Poklejone miasto

Sewastopol jest z kolei „miastem-sklejką”. Obok eleganckich białych budynków stojących na nabrzeżach i wzdłuż których wiją się deptaki pełne bogatych turystów, niszczeją portowe zabudowania i rdzewieją stare statki. Z okien drogich restauracji widać nie tylko bezkres morza z pływającymi po nim wycieczkowcami, ale również opuszczone magazyny i budynki portowe. Miasto szczyci się pięknym położeniem na wzgórzach, które poprzecinane są malowniczymi siedmioma zatokami. Tyle, że do tych urokliwych zatoczek wchodzą zardzewiałe rury, które od lat są nikomu niepotrzebne. Na wysokich brzegach, które miały być wizytówką i chlubą miasta, obok błyszczących i białych nowozbudowanych willi, stoją szare opuszczone zakłady przemysłowe.

 

P1310099.JPGP1310118.JPG

Komunistyczno-antyczne korzenie Sewastopola. (fot. Alicja Skorupko)


Sewastopol, oprócz „sklejkowatych” dzielnic reprezentacyjno-portowych, to też prawdziwie wschodnie miasto tętniące życiem, z oswojonym przez mieszkańców chaosem i niewyjaśnionym pośpiechem. Na węźle komunikacyjnym „Piąty Kilometr” zbiega się większość linii trolejbusowych, autobusowych i marszrutkowych, zarówno miejskich, jak i podmiejskich. Ludzie z wielkimi torbami, plecakami, walizkami, dobytkiem nabytym i tym do sprzedania wypełniają cały plac, tworząc z niego wielki kocioł ludzi, rozmów, pojazdów, krzyków i zapachów. Biegają miedzy autobusami, dopychają się do marszutek, dyskutują i negocjują. Nie widać, gdzie kończy się ulica, a gdzie zaczyna się „Piąty Kilometr”, gdzie jest przystanek, gdzie zajezdnia, gdzie pętla, a gdzie przypadkowy postój prywatnego autobusu. Pomiędzy autobusami stoją małe budki, z których pachnie pierogami i kwasem chlebowym, gdzie można kupić stare gazety albo wódkę. „Piąty Kilometr” to chaos, na który patrzy się z zachwytem i niedowierzaniem, na który nie da się patrzeć biernie, bo po chwili samemu wpada się w ten wir.

 

Nauka asertywności i gościnności

Ludzie to potęga Krymu. Od babuszek sprzedających figi ze swojego ogódka, przez kierowców minibusów, po gospodarzy maleńkich pensjonatów. Sprzedawcy wyczuwają klienta na kilometr. Chwyty reklamy i marketingu posiedli wcześniej, niż zaczęto tego uczyć na studiach. Na każdym węźle komunikacyjnym na turystów polują kierowcy maleńkich busów. Podbiegają oni do każdego turysty oferując „podwózkę”, konkurencyjną cenę albo dodatkowe atrakcje, zwiedzanie, nocleg i „cuda wianki na kiju”. Potrafią godzinami tłumaczyć, dlaczego nie powinno się im odmówić, jaka to wspaniała okazja, i jak oni na tym praktycznie nic nie zarobią. Krym uczy asertywności. Powiedzieć „nie”, tak aby oferujący zrezygnował z dalszego przekonywania, to wielka sztuka. Na Krymie jedno „nie” nie wystarczy, żeby odmówić.

 

P1310668.JPGP1310645.JPGP1310547.JPG

Hotelowa ściana na nabrzeżu w miejscowości Utios, wąskie przejście na plażę między hotelami oraz tani nocleg w Ałupce. (fot. Alicja Skorupko) 

 

W przypadku, gdy nagle okazuje się, że planowany nocleg „nie wypali”, a do nocy zostaje bardzo mało czasu, nie warto się martwić. Wiele osób jest skłonnych przyjąć takiego zbłąkanego turystę do swojego domu, byleby tylko nie spędził nocy bez dachu nad głową. Gospodarz odstąpi swoje łóżko, sam pójdzie spać do kuchni na podłogę, żeby jego gość nie tułał się nocą po mieście. Wynajmująca kwaterę gospodyni przygotuje swoim lokatorom michę pierogów, za rękę poprowadzi najkrótszą, znaną tylko mieszkańcom, ścieżką na plażę, pobiegnie do pracy na 14 godzin, po czym po powrocie upierze, uprasuje i zaniesie jeszcze gorącą od żelazka pościel swoim gościom. Gospodarz wybierze najlepsze winogrona z ogrodu i poleci najlepszą i najszybszą drogę na dotarcie do obranego celu.

 

Kilometr za grosz

Komunikacja na Krymie jest jedną z większych przygód. Wrażeń dostarczają podmiejskie pociągi z drewnianymi siedzeniami, zatłoczone po sufit autobusy oraz szaleni kierowcy prowadzący swoje busiki górskimi drogami. Podróż kosztuje grosze. Dosłownie. Przejazd marszrutką, czyli małym żółtym autobusem, z Sewastopolu do Bałakławy (15 km) – uroczego nadmorskiego miasteczka, w którego sercu mieści się wykuta w skale na polecenie Stalina baza dla łodzi podwodnych – kosztuje jedną hrywnę, czyli około 40 groszy. Bilety na publiczne autobusy i trolejbusy w miastach kupuje się maksymalnie za 2 hrywny, czyli 80 groszy. Jadący dobę pociąg ze Lwowa na Krym kosztuje 70 zł. Cena obejmuje kuszetkę, czystą pościel i wrzątek, a za złotówkę konduktor podaje herbatę w tradycyjnych szklankach z metalowym koszyczkiem.

Jest na szczęście na Krymie coś takiego, co przypomina o południowych morzach. Błękitna tafla wody usłana jest mnóstwem malutkich stateczków, które dostarczają turystów na plaże, na które dostać się można tylko drogą morską. Małe motorówki, z lichymi daszkami chroniącymi od słońca posiada prawie każda rodzina. Od rana do zachodu słońca za kilka złotych można się wybrać na półdziką plażę płynąc właśnie taką łódkę.

 

P1310169.JPGP1310188.JPGP1310240

Malownicza dzika zatoka, zagospodarowana dzika plaża i łódki czekające na plażowiczów. (fot. Alicja Skorupko)

 

Warto pospacerować się wzdłuż przystani wieczorem, kiedy słońce zbiera się do zachodu, bo wtedy kapitan takiego stateczku zabiera ze sobą rodzinę i płynie na mniej popularne plaże. Mając odrobinę szczęścia można się z nim zabrać i z bliska przypatrzeć się zwyczajom mieszkańców.

 

Na studencką kieszeń

Południe Krymu nazywane jest Krymską Riwierą. To tu zjeżdżają się na wakacje dość bogaci Rosjanie, których nie stać na Lazurowe Wybrzeże, a którzy też chcieliby powylegiwać się na plaży. Skoro urlopy spędzają tu biznesmeni i inni zamożni rosyjscy obywatele, ceny są dostosowane do klienteli. Nie należy jednak za bardzo martwić się o swój portfel. Ceny wysokie jak na Krym, nie są wcale tak wysokie jak na polskie warunki. Ceny w sklepach są porównywalne z tymi w rodzinnych stronach, niektóre produkty można nabyć taniej. Wejście do muzeum to maksymalnie 10 zł. Dwudaniowy obiad z winem wyniesie 20 zł. Nie brakuje też lokalnych stołówek, gdzie najeść się można nawet za 10 zł.

Ceny noclegów wahają się od kilkunastu złotych do kwot, o których rozmawiają tylko rosyjscy biznesmeni. Pensjonaty i hotele oferują noclegi dość drogie, dlatego lepiej pokręcić się przy dworcu lub na głównym deptaku i dać się pozaczepiać babuszkom, które proponują prywatne kwatery. Nocleg za 25 złotych można wtedy znaleźć bez większego trudu. Chcąc wynaleźć jeszcze tańszą ofertę wystarczy przejść się po straganach z pamiątkami lub okolicznych sklepikach i popytać sprzedawców, czy nie wiedzą, gdzie można się przespać. Prawie zawsze ktoś gdzieś zadzwoni i dwupokojowe mieszkanie z łazienką i kuchnią można dostać za 60 złotych.

Najtańsze jest jednak samo podróżowanie. Po paru dniach jeżdżenia lokalnymi środkami transportu zaczyna się gardzić przejazdami, które kosztują więcej niż 20 zł. Dwutygodniowy wyjazd, komunikacją pociągowo-autobusową, można zamknąć w 1000 zł.

 

P1310848.JPGP1310396.JPG

Krajobraz kontrastów – beztroskie skoki do wody i „dzika” plaża. (fot. Alicja Skorupko)

 

Południowy Krym męczy. Jest bardzo wymagający, krzykliwy, napraszający się. Nie zapewnia wakacji, na których można się wyciszyć, zachłysnąć niebiańską przyrodą czy podpatrzyć egzotyczną kulturę. Świat Krymskiej Riwiery to mieszanka lokalnej gościnności, rosyjskiej buty oraz sowieckich symboli i komunistycznych reliktów tkwiących w mentalności mieszkańców. Na szczęście w pewnym momencie szaleństwo chińskich pamiątek, kolorowych hoteli i wszechobecnych nagabywaczy znika, a dostrzegalna staje się słowiańska wolność, przepiękne krajobrazy i cudowne nastawienie ludzi.