Dwie prawdy o jednej wizycie

Czterdziesty piąty  prezydent Stanów Zjednoczonych nie zwykł bawić się w niuansowanie rzeczywistości. Tej zasady trzymał się także w wystąpieniu podsumowującym jego niemal dwutygodniową podróż na Daleki Wschód. Przekaz Trumpa był jednoznaczny, w Azji odniósł sukces. Czy jednak fakty są mu przychylne?

„Historyczna”, „USA silniejsze niż kiedykolwiek”, „kolosalny sukces”. To tylko próbka epitetów z pochwalnego monologu Donalda Trumpa, który w swoim sprawozdaniu z azjatyckiej eskapady ogłosił niepodważalny triumf dotychczas najdłuższej i być może najważniejszej delegacji w swojej kadencji. Jednakże gdy zanurzymy się w istotę przemówienia, znajdziemy rozbieżności między prezydencką recenzją własnej wyprawy a recenzjami komentatorów, co jeszcze nie dziwi. Szkopuł w tym, że nie zgadzają się fakty, które inaczej przedstawia Trump, a inaczej choćby sekretarz generalny KPCh — Xi Jinping.

Mocnym punktem w przemówieniu Trumpa była sprawa chińska. Przede wszystkim pod kątem wpływu, jaki Chiny mają na wrogą Stanom Koreę Północną. Donald Trump utrzymywał, jakoby namówił Xi do większego zaangażowania w próbę zażegnania kryzysu koreańskiego. Ważnym tego znamieniem miało być przekonanie Chin do odstąpienia od pierwotnej wersji negocjacji „zamrożenie za zamrożenie”, czyli zaprzestanie prób atomowych Pjongjangu, w zamian za powstrzymanie się USA i ich sojuszników od manewrów wojskowych w okolicach Korei Północnej. Ku konsternacji obozu Trumpa wpłynęło sprostowanie, że Chiny wcale na odejście od tej taktyki nie przystały, co więcej, uważają ją za najbardziej realną opcję zażegnania konfliktu.

Donald Trump i prezydent Chin Xi Jinping, źródło: independent.co.uk

Na tym jednak różnice się nie kończą. Kiedy Trump chełpił się swoim wpływem na Chiny, które miały zobowiązać się do wywarcia przemożnej presji finansowej na koreański reżim, który de facto jest gospodarczo uzależniony od Państwa Środka, przedstawiciele Chin zaznaczyli, że ich państwo nie ma na celu rozprawienia się z reżimem Kim Dzong Una. Takie poprawki znacznie mitygują optymistyczny charakter przekazu Trumpa.

Jednak by móc na problematykę prezydenckiej podróży spojrzeć szerzej — mając już za sobą zrzucenie różowych okularów Trumpa — to poza aspektem zagrożenia ze strony koreańskiego reżimu, drugim, chyba najmocniejszym akordem wizyty był temat ekonomiczny — jak Donald Trump pogodzi swoją nacjonalistyczną politykę „America First” z delikatną sztuką układania się z azjatyckimi partnerami. Na pewno prezydentowi USA nie pomogło wycofanie się z TPP, który przez niego wyklęty wciąż scala 11 członków i jest na nowo negocjowany, podczas gdy USA zostało w przedpokoju. Zamiłowanie Donalda Trumpa do umów bilateralnych nastręczyło mu dodatkowych manewrów, które przynajmniej częściowo można uznać za udane — i nie, nie jest to opinia jedynie samego prezydenta. Honory, z jakimi przyjmowano Trumpa na kolejnych przystankach jego wyprawy, doprawione solidną porcją pochlebstw na pewno sprzyjały biznesowych pertraktacjom. By być uczciwym, należy zaznaczyć, że Trump nie chciał pozostawać dłużnym i znów, przywołując przykład Chin, należy zanotować metamorfozę w prezydenckiej retoryce. „Nie winię Chin, kto mógłby winić jeden kraj za umiejętność wykorzystania innego dla korzyści własnych obywateli? Cenię je za to”.

Ci, którzy pamiętają pogróżki Trumpa kierowane w stronę Chin podczas kampanii — w związku z umacnianiem swojej pozycji wierzyciela Stanów Zjednoczonych (co w zamyśle polityki gospodarczej Trumpa było karygodne) — dostrzegą rangę tej wypowiedzi.

źródło: express.co.uk

Jednak czy można dziwić się Trumpowi, skoro jego rodacy tak chętnie kupują chińskie towary? Czy rozsądnym jest iść na zwarcie z narastającą potęgą Chin, która, co wcześniej wybrzmiało, jest świadoma swojego znaczenia i wie, że karta Korei Północnej długo jeszcze pozostanie w jej talii?

Zatem zarówno zwolennicy, jak i przeciwnicy Donalda Trumpa winni wziąć za dobrą monetę słowa prezydenta o zrobieniu dobrego interesu w Chinach. Przynajmniej w dosłownym tego słowa znaczeniu. Skoro liczna grupa amerykańskich biznesmenów, poza samym prezydentem, negocjowała, jak się okazuje z sukcesem, wielomiliardowe kontrakty nie tylko z Chinami, ale Japonią czy innymi krajami, gdzie zawitał Trump, to można postawić w końcu plusa w dzienniczku prezydenta.

Od lewej: pierwsza dama Melania Trump, Donald Trump, prezydent Chin Xi Jinping i jego żona Peng Liyuan, źródło: voanews.com

Kiedy więc popatrzymy na prezydenckie podsumowania, zmiksowane z ocenami ekspertów i możliwymi do wyodrębnienia istotnymi faktami, utworzy się mikstura mętna i niejednorodna, czyli zgoła inna niż opis Trumpa. Jednak nie jest to twór o właściwościach wybuchowych, czego nie można powiedzieć o sytuacji, która zastała Trumpa powracającego do ojczyzny. Tam aż kipi od coraz to nowych oskarżeń dotyczących wpływu Rosji na ostatnie wybory w USA i kolejni członkowie otoczenia prezydenta są przesłuchiwani. Przy domowej miksturze — ta zagraniczna to kaszka z mleczkiem.

 

 

Dodaj komentarz