Koncertowa gorączka

Po wyjściu z koncertów czuję, że mam jeszcze więcej siły niż wcześniej. Że warto było zbierać pieniądze na bilet, że warto było się męczyć tyle godzin w kolejce i czekać kilka miesięcy na samo wydarzenie.

Natalia, 18

Pierwszym koncertem, na który pojechałam, był koncert Foo Fighters w Krakowie. Miałam wtedy 15 lat, rodzice nie chcieli kupić mi biletu, bo uważali, że jestem za młoda – zwłaszcza, żeby iść na płytę, gdzie jest tłum ludzi. Zaczęłam więc sprzedawać swoje książki, ubrania, robiłam wszystko, żeby się tam pojawić. Udało się – uzbierałam nawet kwotę na benzynę dla rodziców, żeby mnie zawieźli. Gdy ujrzeli mnie po wyjściu, wówczas zobaczyli, jaka byłam szczęśliwa i od tego czasu zgadzali się, żebym jeździła na wszystkie tego typu wydarzenia pod warunkiem, że sama uzbieram pieniądze. To bardzo motywowało mnie do szukania pracy i odkładania pieniędzy.

Założyłam konto na Twitterze, żeby pisać z innymi fanami muzyki, której słuchałam. Niedługo Slash miał zagrać w Łodzi, umówiliśmy się więc z ludźmi poznanymi w Internecie, że będziemy wspólnie czekać w kolejce na koncert. Pojechałyśmy razem z koleżanką, byłyśmy pod bramkami już o 8 rano. Nigdy nie byłam tak blisko sceny, to był chyba drugi rząd. Przeczytałam każdą książkę na temat Slasha, znam każdą piosenkę, więc gdy zobaczyłam go na scenie – popłakałam się. To było spełnienie marzeń – zobaczyć osobę, która tak Cię interesuje i którą tak bardzo cenisz.

Te dwa pierwsze koncerty dały mi motywację, żeby jeździć za ulubionymi zespołami dalej – w końcu apetyt rośnie w miarę jedzenia. Bardzo chciałam być w pierwszym rzędzie na każdym z następnych wydarzeń. W kolejkach trzeba stać od rana, często od 4 czy 5 rano, niektórzy nocują nawet pod stadionem czy halą. Jest to męczące, ale ma też swoje plusy, bo często poznaje się podczas tego czekania świetnych ludzi.

Po wyjściu z koncertów czuję, że mam jeszcze więcej siły niż wcześniej. Że warto było zbierać pieniądze na bilet, że warto było się męczyć tyle godzin w kolejce i czekać kilka miesięcy na samo wydarzenie. Gdy stoję w pierwszych rzędach, czuję się w pewnym sensie wyróżniona i cieszę się, że mogłam zobaczyć artystę z bliższej perspektywy niż inni. Lubię rzucać gwiazdom w trakcie koncertów koszulki, flagi, mieć z nimi ten kontakt i czuć, że dostrzegają swoich fanów.

Jeśli ktoś ma zespół, który bardzo lubi, niech choć raz spróbuje stanąć w kolejce i poczuć tę atmosferę. Dużo lepiej jest być z przodu na koncercie, czuć wtedy dużo lepiej chemię między publicznością a artystą. Gdy zacznie się jeździć za zespołami i stawać bliżej sceny, zupełnie inaczej odczuwa się cały koncert. Często widać w kolejce znajome twarze z poprzednich wydarzeń, więc więzy między fanami się zacieśniają. Trzeba mieć jednak nerwy ze stali i przygotować się na to, że każdy będzie się bił o miejsce z przodu i choć w kolejce każdy może być miły, to po otwarciu bramek czasem  diametralnie się to zmienia. Każdy wręcz „walczy” tam o swoje.

Takie „kolejkowanie” i koncerty uczą wyrzeczeń i dążenia do realizacji celów. Za pierwszym razem jest najciężej, ale gdy to wszystko spełni się raz,  później jest coraz łatwiej.

Nie lubię określenia „prawdziwi fani”, ale wydaje mi się, że można tak nazwać ludzi, którzy jeżdżą w trasy za wykonawcami, zaliczyli już wiele koncertów (często jest to nawet 10 pod rząd), są na telebimach w pierwszych rzędach i znają każdą piosenkę. Jest różnica między osobą, która poświęca na to czas, a taką, która przyjdzie na pół godziny przed koncertem i będzie to dla niej dzień jak co dzień.