Największa sztuka to ukrycie sztuki

– Jakiś czas temu przed wystąpieniem zapytano mnie, czy będę miał prezentację, czy coś do powiedzenia – zaczął swój wykład prof. Jerzy Bralczyk. Przez godzinę można było przekonać się, że znany językoznawca ma do powiedzenia dużo i robi to arcyciekawie.

 

MDabrowski_Bralczyk-1www.michaldabrowski.com

Podczas wykładu zorganizowanego przez Towarzystwo Przyjaciół UW prof. Bralczyk opowiadał o mówieniu publicznym. Choć spotkanie odbyło się w Sali Senatu Pałacu Kazimierzowskiego na UW, publika składała się głównie ze starszych osób. Malkontent powiedziałby, że nic w tym dziwnego, skoro młodzież tylko kaleczy i psuje język.

Niedawno w jednym z wywiadów profesor Bralczyk wieścił zresztą rewolucję w polszczyźnie, która miałaby się dokonać językami młodych. Polegałaby ona na zaniku typowo polskich „ą”, „ę”, „ł” itd. Profesor zapytany przez nas o destrukcyjne zapędy polskich nastolatków, zaprzeczył, by coś takiego miał na myśli: – Proszę nie odbierać tego jako nagany czy krytyki, to po prostu pewne zjawisko. Młodzież będzie wolała czytać czy pisać bez tych znaków (ą, ę, ć itd. – dop. red.) i to jest realne zagrożenie. Ale to raczej my, starsi, popełniamy błąd to mówiąc…

Podczas wykładu jednak starsi (i nieliczni studenci) mogli dowiedzieć się, jak, przemawiając przed większą publicznością, błędów uniknąć. Wnioski napawały optymizmem, bo, jak podkreślał prof. Bralczyk, mówcą może być każdy. Wystarczy trzymać się pewnych podstawowych reguł, a reszta to kwestia praktyki i słuchania samego siebie.

Jakie to reguły? Mówca musi być sprawny i wiarygodny. Od człowieka wiarygodnego wymaga się natomiast kompetencji i uczciwości. – A prawdę powiedziawszy, nie tyle kompetencji i uczciwości, ile umiejętności wywoływania wrażenia kompetencji i uczciwości – przyznał prof. Bralczyk. Wszystkie te umiejętności nie mogą jednak przysłonić naturalności. Bo w sztuce mówienia największą sztuką jest ukrycie sztuki.

Istotne jest także tworzenie swego rodzaju wspólnoty z publicznością (choćby przez niepozorne gesty, jak np. zdjęcie zegarka, które „uwspólnia” czas wykładu) oraz dostosowywanie formy (intonacji, tempa) do treści wystąpienia. Ważne jest nie tylko, co mówimy, ale i jak nie mówimy: – Nie znosimy przerw. Zabijamy pauzy. Nie znosimy jakiejkolwiek ciszy i stosujemy potworne porykiwania „yyyy”, chyba najgorsze, lub „eeee”, może łatwiejsze do zaakceptowania, ale także prostackie – wyłuszczał profesor. – Czasami próbujemy pretensjonalnego, anglosaskiego „aaa”. Bardziej dystyngowanie brzmi „mmm”. Niemniej jednak nie doceniamy pauzy, która, jeśli możemy już liczyć na jakieś zainteresowanie, bywa bardzo dobrym instrumentem – przyznał prof. Bralczyk. W swym milczeniu nie możemy jednak sprawiać wrażenia, że gubimy wątek. Intrygujące są metapauzy, podczas których szukamy adekwatnego słowa lub pauza aluzyjna, która buduje wspólnotę. Bo wszyscy wiemy, o co tak naprawdę chodzi.

Słuchacze bardziej ciekawi byli opinii profesora na temat dzisiejszych mówców, a konkretnie polityków. Ocena parlamentarzystów przychodzi jednak prof. Bralczykowi z lekkim trudem: – Często bardzo chętnie słucham ludzi językowo nieporadnych – przyznał. – Ludzie z charyzmą natomiast często za nic mają gramatykę – dodał, przywodząc o. Rydzyka, którego wypowiedzi to „składniowe potworki”. Jednak nie przeszkadzają one redemptoryście porywać tłumów. Za dobrych mówców prof. Bralczyk swego czasu uznawał Józefa Oleksego i Jarosława Kaczyńskiego, jednak „później coś im się popsuło”.