Bangkok – po raz pierwszy…

Bangkok to nie tylko zabytki i wielowiekowa tradycja, ale również raj podróbek, bogactwo ulicznego jedzenia, czy egzotyczne środki transportu. Dla Europejczyka lądującego w nim po raz pierwszy wiele rzeczy może wydać się zaskakujące. Dlatego przed wyjazdem warto zapoznać się choćby z wycinkiem życia ulic metropolii.


Warszawa jest oddalona od Bangkoku o niebagatelne 8 tysięcy kilometrów. Jednak dystans ten dzieli niespełna 12 godzin lotu, co dla wytrwałych użytkowników polskich kolei na pewno nie będzie niczym przerażającym. Przybyłych wita podmuch gorącego powietrza rodem z sauny oraz wielki portret króla Ramy IX. Jego wizerunki zdobią nie tylko instytucje pożytku publicznego, ale również są obecne na wszystkich nominałach banknotów, w foyer hoteli, za sklepowymi ladami, czy wreszcie w zwykłych mieszkaniach. Przywodzi to negatywną myśl o kulcie jednostki i tragicznej historii lat stalinizmu. Jednak pierwsze skojarzenie jest mylne. Tajowie uważają króla za ojca narodu, który wspierał ich w walce o uzyskanie demokracji. Cieszy się szacunkiem, ludzie modlą się w jego intencji, rok rocznie wyprawiają huczny festiwal z okazji jego urodzin. Już kilka dni wystarczy, aby oswoić się z zerkającym zewsząd obliczem władcy i zacząć traktować jego portrety, jako element egzotycznego krajobrazu. Jednak jest to jedna z wielu rzeczy, którymi Bangkok już pierwszego dnia zaskoczy nieznającego realiów miasta turystę.

 

Ulica mielonego ryżu

Brak wcześniejszej rezerwacji noclegu nie jest w Bangkoku nieszczęściem. Wystarczy zamówić z lotniska kurs na ulicę Khaosan, a problem powinien rozwiązać się sam. Prawdopodobnie już taksówkarz zaproponuje kilka hoteli, które płacą mu za przywiezienie turysty pod drzwi. Jeśli jednak tak się nie stanie, wystarczy krótki spacer po okolicy, aby znaleźć odpowiadające gustom lokum. Ceny pokoi zaczynają się od kilkunastu złotych za noc. W takim wypadku, nie należy spodziewać się luksusów. Wyposażenie pokoju kończy się na materacu oraz przenośnym wentylatorze, natomiast łazienka z zimną wodą dostępna jest tylko na korytarzu. Nie trudno jednak znaleźć pokoje w nieco lepszym standardzie. Już 40 złotych wystarczy, aby pławić się w klimatyzowanym wnętrzu i kąpać w ciepłej wodzie.

 

CNV000034-5.jpgfot. Maciek Główka / Jackfruit

 

Ulica Khaosan jeszcze dwadzieścia lat temu była w Bangkoku głównym punktem handlu ryżem. Dzisiaj jest mekką turystów podróżujących po Tajlandii z plecakami, a echo jej przeszłości można odnaleźć jedynie nazwie – „Mielony ryż”. Po handlarzach białym złotem Azji nie ma już śladu, za to na ich miejscu pojawili się w ogromnej ilości sprzedawcy ubrań, pamiątek oraz przysmaków kulinarnych – od egzotycznych owoców po pieczone karaluchy. Wraz z nastaniem zmroku ulica zmienia się w tętniący życiem bazar. Turystów jak magnes przyciągają dziesiątki zawieszonych nad głowami neonów. Na każdym rogu otwierają się puby, restauracje, salony masażu. Handlarze zachęcają do zakupu podrobionych ubrań znanych marek, zegarków oraz, co szokujące, dokumentów. Za bezcen można nabyć amerykańskie prawo jazdy ze swoim zdjęciem. Najgłośniejsi wśród sprzedawców są ci oferujący garnitury. Zachowują się tak, jakby każdy przyjezdny przybył do Bangkoku tylko w jednym celu – aby nabyć eleganckie ubranie. Wyciągniętą ręką, uśmiechem oraz katalogiem tkanin i wzorów witają mijających ludzi. Za wszelką cenę starają się choć na chwilę zatrzymać potencjalnego klienta, zainteresować atrakcyjną ceną i wciągnąć do wnętrza sklepu.

 

Przydrożna garmażerka

Okolice ulicy Khaosan zapewniają atrakcje przez okrągłą dobę. Kiedy wreszcie nocne życie przycicha, na ulicy pojawiają się sprzedawcy oferujący jedzenie. A ponieważ kuchnia tajska ryżowym makaronem stoi, już od samego rana można skosztować klusek podawanych na różne sposoby, w miseczce zupy, bądź serwowanych z warzywami i jajecznicą. Nie brakuje też miejsc, w których można kupić świeże, schłodzone lodem owoce. Są te dobrze znane z Polski, jak arbuz i ananas, ale również i te bardziej egzotyczne, jak durian, czy mangostan. Ten pierwszy ma kolczastą skorupę oraz specyficzny zapach i smak. Tajowie uważają go za przysmak, natomiast większość turystów patrzy na niego z odrazą. Mangostan natomiast to niewielka kuleczka pokryta ciemnofioletową powłoką, która skrywa jadalną słodko-agrestową część owocu, przypominającą w wyglądzie czosnek.

O_13_7230.jpgfot. Witek Sysiak / Gotując PatThai

Porządne śniadanie oczywiście nie może obyć się bez małej czarnej. Napój przyrządza się na specjalnie do tego celu przygotowanych wózkach, we wnętrzu których nieustannie gotuje się woda. Zmielona kawa wrzucana jest do filtra przypominającego strukturą oraz barwą zużytą skarpetę, przez którą wielokrotnie przelewany jest wrzątek. Kiedy napar nabierze koloru smoły i zgęstnieje, dodawane jest do niego skondensowane mleko oraz garść cukru. Dopiero tak przygotowany wywar gęsty i upiornie słodki, wlewany jest do kubka wypełnionego po brzegi lodem i serwowany klientowi.

 

CNV000021-7.jpgfot. Maciek Główka / Typowa tajska garkuchnia

 

Jak tramwaj, to tylko wodny

Bangkok przecina gęsta sieć kanałów oraz rzeka Manam. Wraz ze wspinaniem się po niebie słońca, w mieście rośnie nie tylko temperatura powietrza, ale również uliczne korki. Dlatego wielu Tajów, jeśli tylko ma taką możliwość, przemieszcza się po metropolii za pomocą tramwajów wodnych, które nie dość, że przynoszą wytchnienie w upale, to co ważniejsze, nie są narażone na uliczny tłok. Zadziwiająca jest sprawność, z jaką wąskie łodzie wielkości przegubowych autobusów podpływają do nabrzeży. Hamowanie odbywa się w ostatnim momencie. Kiedy tylko tył łodzi zbliży się do nabrzeża pracownik zeskakuje na pomost i zarzuca cumę. Wydaje przy tym energiczne pogwizdywania, które są sygnałem dla siedzącego z przodu kapitana. Podpłyń do przodu, cofnij, odbijamy. Wsiadanie i wysiadanie z łodzi odbywa się w typowym dla Tajów pośpiechu. Opłatę za przejazd można umieścić na pokładzie. Wśród tłumu pasażerów zręcznie przeciska się bileter dający znać o swojej obecności głośnym pobrzękiwaniem monet o brzegi metalowej skarbonki. Przejażdżka na całej długości trasy zamyka się w kwocie 16 batów (1,6 zł).

CNV000022-6.jpgfot. Maciek Główka / Nad kanałem – budowlana samowolka

 

Odwiedzając Bangkok grzechem byłoby, chociaż raz nie przejechać się tuk-tukiem, trzykołowym motocyklem z podwójną kanapą za plecami kierowcy. Ich kursy przeważnie odbywają się w obrębie kilku najbliższych ulic. Kierowcy doskonale znają swoją okolicę, ale już podróż do sąsiedniej dzielnicy jest jak wyprawa w nieznane. Przejazdy na krótkich dystansach nie powinny kosztować więcej niż 60 batów (6 zł), ale oczywiście po uprzednim stargowaniu ceny. Zasada, że turyści płacą więcej, obowiązuje niemalże każdego Taja trudniącego się transportem. Proponowane koszty przewozów często są dziesięciokrotnie zawyżone i tylko od umiejętności handlowych zależy, jak drogi będzie kurs.

 

CNV000021-4.jpgfot. Maciek Główka / Tuk-tukiem przez miasto

 

Obserwując te trzykołowe motocykle odnosi się wrażenie, że zarówno ich właściciele, jak i pasażerowie za punkt honoru stawiają sobie maksymalne wykorzystanie ich możliwości transportowych. Na trzyosobowej kanapie, niczym specjalnym jest widok szóstki kłębiących się osób lub towarów pęczniejących na zewnątrz szkieletu pojazdu. Tuk-tuki, tak samo jak są jedną z największych atrakcji Bangkoku, tak i mogą być jego największą zmorą. Kierowcy tych trójkołowców często opłacani są przez sklepy, centra handlowe, bazary. Nie bacząc na ruch uliczny zatrzymują się na środku drogi i zachęcają do zajęcia tylnej kanapy. Oferowane przejazdy często mają bardzo atrakcyjnych cenach. Złotówka, czasami dwa złote, a wszystko ze szczerze wyrysowanym uśmiechem na twarzy. Niestety serwowana podróż nie rzadko jest w przeciwnym kierunku niż zakładał początkowo pasażer.

 

Religijna twarz Bangkoku

Płynąc tramwajem wodnym warto zrobić przerwę w Wat Arun. Świątynna wieża wyrasta niemal z dna rzeki. Zdjęcie szarej pagody na tle Manamu można spotkać na niejednej widokówce z Bangkoku. Jednak dociera tu nieco mniej turystów niż do Wielkiego Pałacu oraz Świątyni Leżącego Buddy, które są na przeciwległym brzegu. Warto przemóc lęk wysokości i wdrapać się na szczyt stromych schodów, aby obejrzeć panoramę Bangkoku. Na tle miasta odcinają się potężne wysokościowce oraz spadziste, jaskrawoczerwone dachy świątyń. Tych ostatnich w mieście jest bez mała 400, co poniekąd świadczy o religijności Tajów. Już po krótkim spacerze ulicami, na których odbywa się codzienne życie mieszkańców miasta, oczom ukazują się dziesiątki budowli wielkości domku dla lalek z ostrymi spadzistymi dachami. Miniaturowe sanktuaria przypominające kształtem buddyjskie świątynie wystawiane są zarówno przed zwykłymi domami, jak i restauracjami, hotelami, czy nawet stacjami benzynowymi. Żadna budowa nie może się rozpocząć, zanim w bezpośrednim sąsiedztwie nie zostanie postawiony ołtarz. Tajowie wierzą, że wkraczając na niezagospodarowany teren naruszamy spokój zamieszkujących go duchów. Aby ustrzec się przed nieszczęściami wyrządzanymi za ich pośrednictwem, zapewnia się im schronienie oraz regularnie składa ofiary. Najczęściej jest to ryż, owoce, spożywane przez domowników mięso, ale też zdarzają się nadpite butelki Fanty z obowiązkowo wetkniętą słomką.

CNV000030-7.jpgfot. Maciek Główka / Tajski highlife

 

Mentalność Tajów również jest kształtowana przez buddyzm, którego jednym z głównych pojęć jest Karma. W dosłownym tłumaczeniu oznacza ona „czyn” lub „działania”. Jest to wyjątkowe prawo przyczyny i skutku mówiące, że każde działanie ma skutek w postaci wracającego do sprawcy szczęścia w przypadku czynów dobrych i nieszczęścia w konsekwencji aktów zła. Większość Tajów, tak jak i składa codziennie ofiary z drobnych darów dla lokalnych duchów, tak i woli nie zadzierać ze znacznie w ich mniemaniu potężniejszą siłą, którą jest karma. Ludzie z uśmiechem na twarzy starają się pomóc zagubionym turystom, a jedynym odstępstwem od tej reguły wydają się być kierowcy tuk-tuków, którym niestraszne nawet konsekwencje niezbyt uczciwego postępowania.

O_13_6488.jpgfot. Witek Sysiak / Złoto świątyń Bangkoku

Przez pierwsze kilka dni oglądanie Bangkoku dla człowieka, który nigdy wcześniej tu nie był, jest serią obrazów żywcem wyciętych z filmu dokumentalnego. Każda nowo odkryta ulica zachwyca intensywnością smaków i zapachów kuszących potraw rozłożonych na palmowych liściach. Rzeka mknących motocykli zapiera dech w piersi, a przepych świątyń zwala z nóg. Na szczęście ten zupełnie inny świat, nie jest dzisiaj, aż tak daleko. I choć położony na drugim krańcu globu, to dzieli go od nas zaledwie kilkanaście godzin lotu, niemal tyle samo, ile potrzeba, aby przejechać z Krakowa do Kołobrzegu pociągiem.