Rozmowa z Karoliną Jonderko, autorką wystawy "Zaginieni"

O swojej pierwszej indywidualnej wystawie, o współpracy z agencją Napo Images oraz planach na przyszłość, opowiada Karolina Jonderko, autorka wystawy „Zaginieni”.

 

Jak to się stało, że trafiłaś pod skrzydła fotografów agencji Napo? Filip Ćwik powiedział na wernisażu Twojej wystawy, że pierwotnie to Ty miałaś mu pomóc w jego projekcie, a ostatecznie to on pomógł tobie w twoim.

Tak, co roku mamy w Rybniku festiwal fotografii, którego jednym z gości był Filip Ćwik. Po zakończeniu oficjalnej części festiwalu, zaczyna się ta nieoficjalna. Filip powiedział organizatorowi, że szuka asystenta na Śląsku, bo będzie tu robił projekt, więc od razu zgłosiłam się na ochotnika. Od tego czasu byliśmy w stałym kontakcie. Pewnego razu, nieśmiało, wysłałam mu do wglądu pokoje zaginionych, nad którymi pracowałam. Ku mojemu zdumieniu, był zachwycony. Pewnego razu, gdy byłam w Warszawie coś załatwić, wpadłam do Filipa, do jego „dziupli”. Wtedy zaproponował mi udział w programie „Napo Mentor”. Zatkało mnie. Powiedziałam, że nie wiem, czy się nadaję… Oczywiście wszyscy członkowie Napo musieli wyrazić zgodę. Te niewyraźne portrety zaginionych to wynik naszych wspólnych rozmów. Na spotkaniach pomogli mi także w edycji zdjęć. Wystawa wygląda tak, jak wygląda, właściwie dzięki nim.

 

Właśnie, co do wystawy: jakie to uczucie mieć swoją pierwszą, indywidualną wystawę?

Niesamowite. Patrzyliśmy na te ogromne odbitki, a ja miałam poczucie, że to nie jest moje, to jest tak nierealne. W porównaniu z tym, w jakim miejscu byłam jeszcze niedawno… Zresztą, będzie o tym niedługo w „Wysokich Obcasach”. Zabawne, bo wywiad przeprowadzili ze mną osiem miesięcy temu w związku z moim cyklem „Autoportret  z Matką”, który był wystawiany w Bunkrze Sztuki w Krakowie. Muszę przyznać, że mnie samej ciężko czytało się ten tekst; byłam w tak ciężkim stanie po śmierci mamy… Postanowiłam go uaktualnić, w końcu sporo się wydarzyło w ciągu tych paru miesięcy. Gdy po wernisażu sobie siedzieliśmy, w towarzystwie wielu wspaniałych fotografów, ogarnęła mnie niesamowita radość. Siedziałam z ludźmi, którzy kiedyś byli dla mnie nieosiągalni, byli moimi idolami i piłam z nimi herbatkę po swoim wernisażu. Ja, córka górnika, z małej miejscowości. To jest cudowne, wiedzieć, że ma się wsparcie, pomoc, że są ludzie, którzy w ciebie wierzą i to nie byle kto. Mój chłopak też przyjechał na wernisaż i gdy próbowałam wytłumaczyć mu jaka jestem wniebowzięta, powiedziałam, że to jest tak, jakby on teraz siedział przy stole ze swoją ulubioną drużyną piłkarską, Manchester United.

 

Skąd miałaś fundusze na ten projekt?

Dostałam stypendium Marszałka Województwa Śląskiego. Na pomysł z pokojami wpadłam w grudniu 2011, ale pieniądze zdobyłam dopiero w kwietniu 2012, tak długo kombinowałam. Bez stypendium nie miałabym szans na jego realizację. Filmy, podróż. Aparat miałam pożyczony, na szczęście. Większość stypendium wylądowało w baku mojego auta, bo do wielu miejsc pociągiem bym nie dotarła. Jeszcze to auto trzy razy się po drodze zepsuło.

 

A jak wyglądała praktyczna strona realizacji projektu?

Kiedy zastanawiałam się, skąd wezmę kontakty do tych ludzi itd., to ku mojemu zaskoczeniu odezwała się do mnie Fundacja Itaka w sprawie wystawy o depresji. Opowiedziałam prezes fundacji o swoim pomyśle. Od razu się zgodziła. Wolontariusze dzwonili, pytali. Nie było łatwo. Później była niezła logistyka, bo musiałam zrobić to jakoś po kolei, żeby nie jeździć w tę i z powrotem, musiałam to wszystko podogrywać. Stworzyłam sobie rozpiskę w Excelu. Najwięcej czasu spędzałam na rozmowach z rodzinami osób zaginionych. Fotografowania było w tym najmniej. Jakaś godzinka na kilka godzin rozmowy. I te rozmowy były dla mnie najbardziej wartościowe w projekcie. Sama też dużo opowiadałam o swoich przejściach. Czułam, że jakimś cudem dodaję tym ludziom otuchy.

 

Mówiłaś na wernisażu, że któreś z przedstawionych spraw się zakończyły.

Tak, jakiś miesiąc po mojej wizycie u rodziców pewnego chłopaka, znaleziono jego ciało. Bardzo to przeżyłam. Dokładnie pamiętam rozmowę z nimi, zrozpaczoną matkę, ojca. Jego pokój jest na wystawie, portret też – to ta prawie biała odbitka, bez imienia i nazwiska. Rodzice chcieli, żeby mimo wszystko zdjęcia znalazły się na wystawie, ale bez ujawniania tożsamości. Inna sprawa zakończyła się z kolei pozytywnie i nawet miałam w tym swój niewielki udział. Tego pokoju nie ma jednak na wystawie, to już w końcu temat zamknięty, historia z happy endem. Mam ogromną nadzieję, że więcej pokoi znajdzie swoich właścicieli.

 

A aspekt osobisty?

Ja też żyję w takim pokoju. To dla mnie przerażające, zachowywanie wszystkich przedmiotów w tych pokojach, pielęgnowanie pozostałości po bliskich. Sama tak się zachowuję. Oni są jednak w gorszej sytuacji. Ja mogę przeżyć żałobę, mogę płakać, modlić się, iść na grób mamy, babci… a oni nie. Czekają, wierzą, że jeszcze kiedyś zobaczą swoją ukochaną osobę. Po wielu latach poczucia bezsilności w końcu poczułam, że mogę zrobić coś, by pomóc innym. To także ogromna odwaga ze strony rodzin, z którymi się spotkałam, że wpuściły mnie do swoich domów i do pokoi ukochanych.

 

Jakie są twoje plany na przyszłość?

Jestem świeżo po wystawie. Była bardzo czasochłonna i wymagała wiele energii. Teraz będzie krążyć, a ja chcę kontynuować projekt. Aktualnie rozpisuję różne stypendia, by zdobyć fundusze na jego kontynuację. Z Filipem za niedługo zaczynamy jego projekt, więc na pewno będę zajęta. Z każdym spotkaniem z Napo też przychodzą nowe pomysły. No i jeszcze szkoła oczywiście, zadania same się nie zrobią… A ja pracuję, na etacie, od poniedziałku do piątku, więc lekko nie jest.

 

A gdzie pracujesz?

W zakładzie fotograficznym w Rybniku, w labie. Wywołuję odbitki, robię zdjęcia do dowodów, retuszuję stare fotografie. Z czegoś trzeba żyć.

 

Przynajmniej jest to z fotografią związane.

No tak. Nauczyłam się wielu ciekawych rzeczy w pracy. Ale też ciągnie mnie do twórczego spełniania się.  Etat mnie trochę spowalnia, ale już mam masę kolejnych pomysłów i będę się starać wszystko ze sobą pogodzić. Bardzo bym chciała wydać album z projektu „Zaginieni”. Wysłałam już kilka zgłoszeń o granty za granicę. Kto wie, może stanie się cud.

 

Tego ci życzę.

 

 

Karolina Jonderko – urodzona w 1985 r. w Rydułtowach (woj. śląskie). Studiowała fotografię kreacyjną w Warszawskiej Szkole Filmowej, obecnie jest studentką fotografii na PWSFTViT w Łodzi. Jej prace były wystawiane w Polsce i zagranicą. Blog: karolinajonderko.tumblr.com