WFF 2013: "Ida" hitem festiwalu

Mamy dobrą wiadomość dla tych, którzy wątpią w prawdziwość wyroków, które zapadły na tegorocznym festiwalu w Gdyni: „Ida” Pawła Pawlikowskiego w dziedzinie artystycznej bije na głowę wszystko, co powstało w polskim kinie w przeciągu ostatnich kilkunastu lat.

I chociaż zabrakło tego „czegoś”, co decyduje o tym, czy film staje się arcydziełem, czy nie, to można żywić nadzieję, że „Ida” będzie przynajmniej drogowskazem. Drogowskazem dla polskich filmowców, którzy kino historyczne realizują poprzez pryzmat martyrologii i patriotycznych uniesień, podczas gdy – jak udowadnia Pawlikowski – wystarczy opowiedzieć prostą historię.

Oto bowiem Ida, nowicjuszka w klasztorze, gdzieś na polskiej prowincji w latach sześćdziesiątych, dostaje tuż przed złożeniem ślubów polecenie odnalezienia swojej jedynej żyjącej krewnej, Wandy. Ida nie znała swoich rodziców, została wychowana w klasztorze. Podczas spotkania z ciotką dziewczyna dowiaduje się, że jest Żydówką. Postanawia odszukać groby zabitych w czasie wojny rodziców. Cichej, nieśmiałej Idzie towarzyszy w podróży ekstrawertyczna i zadziorna Wanda.

 

439624.1.jpg

 

„Idę” zrealizowano w najbardziej skromnej z możliwych formie, a więc przy użyciu czarno-białego obrazu oraz formatu 4:3. Tego typu zabiegi nie zawsze wychodzą reżyserom na zdrowie, ale akurat ten film po prostu nie mógł wyglądać inaczej. Skromność formy zbiega się bowiem tutaj ze skromnością narracji: z krótkimi, prostymi dialogami; nieskomplikowaną fabułą, zbudowaną w całości na tylko dwóch postaciach; wreszcie nieruchomymi przez większość filmu kadrami, w których doskonale odbija się szary krajobraz PRL-u. Poprzez liczne, wnikliwe zbliżenia kamery Pawlikowski i jego operatorzy, Ryszard Lenczewski i Łukasz Żal, dają doskonale do zrozumienia, do czego w swym filmie nawiązują: to realizm totalny, w którym nie ma miejsca na żadne literackie symbole, jest za to dużo na pokazanie emocji, mimiki, całej psychologii postaci nieraz w jednym decydującym ujęciu. W tym sensie „Idę” można porównać chyba najtrafniej do przedwojennych klasyków realizmu, takich jak Duńczyk Carl Theodor Dreyer.

Realizm jest niejako podpięty pod historię, bo to przemiana głównej bohaterki jest w istocie tematem filmu. Zapowiadają to słowa Wandy do niej skierowane, jeszcze zanim obie wyruszają w podróż: „Nie boisz się, że po drodze zgubisz Boga?” Kiedy w jednej z następnej scen podróżujące samochodem Ida wraz z ciotką zabierają z trasy autostopowicza – młodego, atrakcyjnego muzyka, zbliżenie ukazuje niepokój na twarzy dziewczyny, a także rodzaj prześmiewczej prowokacji u Wandy. Nieco później Ida w hotelowym pokoju odwiązuje swój dotąd nieodłączny welon, podziwiając w lustrze swoją niezwykła urodę, jakby widziała się pierwszy raz w życiu. Obraz jest dla Pawlikowskiego meritum wszelkiej treści, nieraz ważniejszym nawet od słów.

2937_Ida_02 (1).jpg

 

To ujmująca aparycja młodej bohaterki, fenomenalnie zagranej przez debiutująca Agatę Trzebuchowską (wielki potencjał i z pewnością wielka przyszłość) decyduje o subtelnej aurze tego filmu. Natomiast dobranie do roli Wandy doświadczonej Agaty Kuleszy, która jak zwykle sprawdza się na planie wyśmienicie, okazało się być strzałem w dziesiątkę – duet ten bowiem stanowi tak niezwykle przekonywującą zbitkę przeciwieństw, że aż chce się uwierzyć, że aktorki rożnią się tak bardzo od siebie i w prawdziwym życiu. Ida i Wanda. Jedna bezrefleksyjnie wierząca, bo nie znająca innego otoczenia niż wspólnota klasztorna. Druga, kobieta w średnim wieku, z zawodu sędzia, kiedyś ideologicznie zaangażowana w doktrynę marksistowską, bez litości zwalczająca „wrogów narodu”, teraz – wypalona, w alkoholu i przypadkowych mężczyznach próbująca przywrócić sens swojego życia. Ich charaktery są od siebie niemal tak różne, jak dominujące w obrazie kolor biały i czarny, ale jest też w tym przypomnienie, że trzecim odcieniem filmu jest zawsze kolor szary.

Ta szarość jest też ważna, gdy weźmie się pod uwagę stosunek reżysera do historii. W pewnym sensie „Ida” ma dużo wspólnego z niedawnym głośnym „Pokłosiem”, a także z drugim startującym w konkursie międzynarodowym na WFFie filmem, dużo słabszym „W ukryciu”. Wszystkie trzy stanowią bowiem pewną awangardę w polskim kinie historycznym. Tyle tylko, że o ile dla Pasikowskiego historia jest esencją, to zarówno Pawlikowski, jak i reżyser „W ukryciu”, Jan Kidawa Błoński, traktują ją raczej jako tło dla swojej opowieści.

W „Idzie” główna bohaterka co prawda dowiaduje się, że jej rodzice zostali zamordowani przez Polaków, ale nie ma tu miejsca na wskazywanie winnych i niewinnych, nawet na eksponowanie tego elementu fabuły, który jest jakby wątkiem pobocznym. Zresztą czy można osądzać samą Wandę, która w powojonnej, komunistycznej rzeczywistości dziesiątki walczących o wolność Polaków skazała na śmierć; czy potrzebna jest tu spowiedź bohaterki? Pawlikowski mówi, że nie, każdy zaś człowiek musi się rozliczyć przede wszystkim sam ze sobą.

439621.1.jpg

 

Czego „Idzie” zabrakło? Być może narracyjne cięcia nie zawsze były dobrze wyważone, być może reżyser za mało zaprezentował Wandę, którą chciałoby się przecież lepiej poznać. Tytuł filmu sugeruje jednak jednoznacznie, o kim reżyser najbardziej chciał opowiedzieć. Ida, dziewczyna w historii zanurzona, ale z krwi i kości, tak jak każdy z nas, jest Polakom potrzebna, aby potrafili zrozumieć własną historię bez uciekania się do zbędnych nacjonalizmów. Oby takich Id było w polskim kinie więcej.