O Hobbicie: Siedem grzechów Petera Jacksona

Stała się rzecz niesłychana – druga część zaplanowanej przez Petera Jacksona trylogii Hobbita jest jeszcze gorsza, niż część poprzednia. Okazuje się, że najgorszym grzechem na sumieniu reżysera może być ten związany z samą decyzją o ekranizacji kolejnego dzieła Tolkiena, ale na marność „Pustkowia Smauga” składa się także kilka grzechów mniejszych. Oto one.

 

434455.1


Grzech pierwszy. Skok na kasę

Nie ma się co wysilać przy tym punkcie, jak jest, każdy widzi – trzy części filmu z 200-stronicowej książki dla dzieci. Tyle tylko, że to akurat jest najmniejszy grzeszek Jacksona. Wszak nawet przy takim założeniu można byłoby zrobić po prostu trzy dobre filmy.


Grzech drugi. 
Orlando Bloom na ekranie

To nie do końca grzech samego Jacksona, ale ten punkt na pewno przyczynia się mocno do odbioru drugiej części Hobbita. Sam Bloom oczywiście nieco się postarzał – w chwili kręcenia pierwszej części „Władcy Pierścieni” miał zaledwie 24 lata, obecnie ma już 36. I chociaż charakteryzatorzy niewątpliwie robili co mogli (choćby wkładając aktorowi do oczu jaskrawoniebieskie soczewki), to Legolas z Hobbita to już nie ten sam Legolas, co wcześniej. Przede wszystkim zgubił gdzieś po drodze podłużny, elfi kształt twarzy i młodzieńczy błysk w oku, przybrał natomiast groźne spojrzenie osiłka i takąż aparycję. Wypada to o tyle groteskowo, że przecież „Hobbit” to prequel „Władcy Pierścieni”, a nie na odwrót, ale może elfy pięknieją z wiekiem. Problemem jest natomiast gra aktorska Orlando Blooma, który w absolutnie każdej scenie ze swoim udziałem sprawia wrażenie na przemian śmiertelnie zdziwionego i śmiertelnie zawziętego. Złośliwi powiedzą, że to przez rozwód, który aktor właśnie bierze. Ale dużej części widowni z pewnością musiało się udzielać to samo pytanie: o co właściwie temu Legolasowi chodzi?

434449_1.1.jpg


Grzech trzeci. Fabularne nieścisłości i wycieczki poza książkowy oryginał

Kolejny z mniejszych grzeszków, które drugiej części Hobbita jeszcze nie skreślają. Szkoda tylko, że niektóre bardziej rozbudowane w książce wątki, jak np. zmiennokształtnego Beorna czy przygody w Mrocznej Puszczy, tutaj skurczyły się, by dać pola wyobraźni Jacksona, szczególnie w drugiej części filmu. No i zasadnicze pytanie: po co pojawia się wątek miłosny między wymyśloną przez reżysera elfką Tauriel i krasnoludem Kilim? I jakie dzieci byłyby z tego związku?


Grzech czwarty. Niespójność konwencji

Zdaje się, że Jackson zagubił się gdzieś na etapie budowania filmowego świata. We „Władcy Pierścieni” sprawa była prosta – patos, patos i jeszcze raz patos. Kiedy jednak Jackson zaczął realizować swój plan wyciśnięcia ze Śródziemia ostatniego grosza, spotkał się z oczywistą potrzebą wciśnięcia mnóstwa dodatkowych scen pomiędzy trzy nowe filmy, czerpiąc jeszcze wiele z „Silmarilliona” i innych tekstów opisujących fikcyjny świat angielskiego pisarza. I tu pojawia się problem: czym filmowy „Hobbit” ma właściwie być? Czy ciepłą, miłą opowiastką do poduszki, jak zamierzył to Tolkien, czy też mroczną historią o odwiecznej walce dobra i zła, w której to konwencji powstawały późniejsze dzieła tego twórcy?

Sprawa jest poważniejsza, niż się wydaje. Bo jak widz ma się zachować w sytuacji, w której dostaje na talerzu następujące po sobie dwie sceny z zupełnie „innej bajki”? Jedną, w której krasnolud Bombur wciśnięty w beczkę wesoło przetacza się po setkach jak zwykle bezradnych orków w trwającej około minuty quasi-komediowej sekwencji (która jest przy okazji bodaj najbardziej żenującą sceną w dotychczasowej twórczości Jacksona, nawet wliczając jego wcześniejsze dokonania na poziomie filmów gore). I drugą, w której elfka Tauriel rozmawia z wiecznie zdziwionym Legolasem, mówiąc mu o czającym się gdzieś odwiecznym źle (o którym absolutnie nikt nic nie wie, ale wszyscy truchleją na myśl o nim, albo dziwią się, jak w przypadku Legolasa).

434454.1.jpg


Grzech piąty. Hollywoodzka otoczka

Adekwatne będzie tu powiedzenie, że nie wiadomo, czy śmiać się, czy płakać. Najbardziej przykre jest jednak to, że efekt jest przez reżysera jak najbardziej zamierzony. Jackson, który od czasów swojej pierwszej epickiej trylogii zdał się wyzbyć wszelkiej pasji tworzenia za Tolkienem jego fantastycznej wizji, niespodziewanie zaczął hołdować najgorszym, najbardziej prymitywnym gustom estetycznym, jakie można spotkać w Hollywood. Wspomniany powyżej obowiązkowy wątek romansowy jest tu akurat najmniejszym zmartwieniem, ale już dramatyczne spojrzenia z kadru, fatalne linie dialogowe i papierowe postacie są. Niektóre sceny akcji zaś, jak ta z Bomburem, wprost wołają o pomstę do nieba. To, co we „Władcy Pierścieni” nie raziło, bo utrzymane było we względnej spójności i pewnej oczywistej mitologicznej przenośni, tutaj przyjmuje groteskowy, do bólu Hollywoodzki wydźwięk, zupełnie pozbawiając Śródziemie jego magii i klimatu.


Grzech szósty. Efekty specjalne

Owszem, jest pięknie cukierkowo, niektóre scenografie – jak np. miasta Esgaroth – wprost zachwycają. Ale „Hobbit – Pustkowie Smauga” reprezentuje typowy przerost formy nad treścią. Jackson zresztą wpisuje się w pewną niepokojącą tendecję, zauważalną np. przy niedawnej „Grawitacji” Cuarona. Nadmiar pieniędzy i efektów specjalnych nie służy twórcom, a nowy Hobbit wygląda bardziej jak gra komputerowa oglądana na 15-calowym ekranie laptopa, niż wizualne widowisko, na które przychodzi się do kina.

458184_1.1.jpg


Grzech siódmy. Sceny akcji

Nowe dzieło Jacksona najgorzej spisuje się tam, gdzie teoretycznie miało wyglądać najlepiej – w scenach akcji. Druga część Hobbita miała hołdować zasadzie: „szybciej, mocniej, lepiej”. Pozbawiona została więc wszystkich przestojów fabularnych, na które skarżyli się widzowie pierwszej części. W licznie pojawiających się scenach akcji „Pustkowie Smauga” okazuje się być jednak totalnym narracyjnym bełkotem. Na ekranie elfy strzelają z łuku zza pleców, skaczą po głowach orków i nawet zjeżdżają na ich ciałach z pochylni jak na deskorolce (naprawdę!). W finałowej, trwającej około godziny (sic!) sekwencji krasnoludy skaczą w przepaście, wieszają się na linach, robią koziołki i nie wiadomo co jeszcze. Wpędza to widza w pewnego rodzaju obojętność co do losu bohaterów. Nie mówiąc już o tym, że sceny te są zupełnie pozbawione jakiekolwiek napięcia i o wiele za długie (godzinna scena akcji jest zupełnie niemożliwa dla widza do recepcji, a więc po prostu nudna).

Mówiąc już wprost – Jackson po prostu nie odrobił lekcji. Cytując Tomasza Raczka – Hobbit: Pustkowie Smauga „czyniąc pozory filmu nowoczesnego (bo przecież 3D) w rzeczywistości jest gigantycznym regresem w poszukiwaniach współczesnego języka filmowego”. Jacksonowi oprócz kunsztu zabrakło jednak czegoś jeszcze – pasji, która pozwoliła mu zrealizować swoją poprzednią trylogię. Ze Śródziemia został tylko ogromny budżet.

434459.1.jpgPeter Jackson wskazuje drogę ku świetności. Mniej więcej

Hobbit: Pustkowie Smauga
reż. Peter Jackson
Nowa Zelandia, USA
Premiera: 27 grudnia 2013 roku