Czekał na mnie

 

 

 

piotr_skornicki.jpgfot. Piotr Skórnicki

 

Zdjęcie nie musi być idealne, musi być prawdziwe. Rozmowa z Piotrem Skórnickim o portrecie pewnego wędrowca.

 

Wędrowiec, miejscowy?

To miejscowy bard, wędrowiec – człowiek poszukujący – tak bym określił ten rodzaj odkrywania przez niego własnego ego: trochę rzeźbi, chodzi tu i tam, śpi gdzie się da i głównie cieszy się z faktu, że żyje. Nie ważne, ile ma i co. Kiedyś Bieszczady słynęły z tego, że przyciągały ludzi mających problemy ze sobą. Dzisiaj aż tylu ich tam nie ma, ale zdarzają się ludzie tacy, jak ten.

 

Zdjęcie powstało, gdy był pan tam przypadkiem?

Nie. Jeździłem do Cisnej, kiedy robiłem materiał dla „National Geographic” właśnie o tym miejscu. Byłem tam cztery razy. To dziwne miejsce. Ktoś mi powiedział: „żyjesz całe lata normalnie, aż pewnego dnia budzisz się i od rana wiesz, że jesteś artystą”. Jak się okazało, dużo w tym prawdy, ale by to odkryć musiałem poznać ludzi, pochodzić tu i ówdzie. Zdjęcie powstało w „Siekierezadzie”, legendarnej knajpie w Bieszczadach, gdzie spotykają się miejscowi artyści: rzeźbiarze, malarze, poeci. Każdy z nich ma coś do powiedzenia. To miejsce z duszą.

 

Był pan tam cztery razy… Żeby zrobić dobry portret wystarczy moment i łut szczęścia?

To trudne pytanie. Ja bardzo się angażuję, staram się poznać postać i nie być obojętny. A to wymaga czasu. Nie jest to praca w studiu, tylko życie, wszystko się zmienia, a ja nie chcę w te zmiany ingerować. Czas spędzony z „obiektem” jest moim sprzymierzeńcem. Ważne, by dostrzegać rzeczy pozornie błahe, które mogą stać się tłem fotografowanej postaci. Moment i szczęście, to nie wszystko.

 

Nie wszyscy chcą być fotografowani…

Bywają nieufni. Na widok fotografa często reagują nerwowo, takie czasy. W najlepszym razie są sztuczni. Jeśli jest czas, trzeba do minimum zmniejszyć dystans między dwojgiem obcych ludzi. Nie preferuję straszenia aparatem, bo to nie jest najlepszy sposób. Próbuję się wczuć w aurę życia drugiego człowieka, poznać ją i jego samego. Dopiero wtedy powstaje w mojej głowie obraz tej osoby, który staram się uchwycić w kadrze. Tworzę sobie jakąś wizję zdjęcia i dopiero wtedy próbuję je zrobić. Nie zawsze się to udaje.

 

Tym razem się udało?

Myślę, że tak. Pokazuję człowieka z jego problemem, jakim jest samotność, a luz podszyty jest smutkiem. Takie miało być.

 

Jak zdobywał pan zaufanie człowieka na zdjęciu?

To nie było trudne. Miałem wrażenie, że ma ochotę porozmawiać. Poza tym, poznałem go już podczas wcześniejszych wizyt w Cisnej. Dużo rozmawialiśmy. Nie było wielkiego przełamywania lodów. Może dlatego, że jak mi się zdaje, mieliśmy podobne marzenia.

 

 Siedział i czekał na pana.

W pewnym sensie tak. To człowiek szukający towarzystwa, otwarty i bez uprzedzeń. Wybrał taki sposób na życie, na który rzadko kto się decyduje. Nie był bezdomny, jego dom to Bieszczady. Cały problem polegał na tym, żeby próbować go zrozumieć. Tacy ludzie jak on szybko wyczuwają, kiedy ktoś jest sztuczny.

 

Jak według pana powinien wyglądać portret reportażowy?

Portret reportażowy to karkołomne określenie, portret to portret. Jednak przy pracy nad fotoreportażem takie zdjęcie jest uzupełnieniem, częścią jakieś opowieści. Trudność wykonania takiego zdjęcia polega na tym, że robimy je z natury. Tu nie ma miejsca na tysiące świateł, jak w studiu, i ustawianie postaci. Nie wyobrażam sobie, bym prosił o to, żeby ktoś usiadł tak

czy inaczej, żeby popijał piwo i był np. smutny. Autentyzm przekazu jest priorytetem.

 

Czy wobec tego można poznać po portrecie reportażowym, że był „ustawiany”?

Bałbym się to oceniać. Zadaniem fotografa jest uzyskanie naturalności i prawdy o postaci fotografowanej, a każdy ma swoje sposoby dochodzenia do celu. Portrety z natury są trudne dlatego, że trzeba wydobyć sedno w bliżej nieokreślonym momencie. Ważne, by uwiecznić to, co oddaje charakter człowieka i wpisuje się w opowieść o nim. To jest wyzwanie dla fotografa.

 

Co jest takiego fascynującego w fotografowaniu ludzi?

Dobre pytanie i wbrew pozorom bardzo osobiste. Żeby fotografować ludzi, trzeba ich kochać. Dla mnie największą wartością jest sam fakt bycia z ludźmi o innej konstrukcji psychicznej niż moja, uczestnictwo w ich radościach i lękach, poznawanie różnych barw człowieczeństwa. Nie bez znaczenia jest też bycie w miejscach, w których nigdy bym nie był. A wszystko dzięki temu, co robię.

 

Zdjęcie jest produktem ubocznym?

Z jednej strony rzeczywiście tak. Zdjęcie nie musi być idealne, ale musi być prawdziwe. Ważne jest to, jak podchodzimy do ludzi, czy możemy się wtopić na chwilę w ich życie. Jak nie czuję, że materiał jest w porządku, kontynuuję pracę nad nim. Jak czegoś mi brakuje, wracam. Przelewanie własnej wrażliwości na zdjęcie jest również bardzo istotne. To nie jest tak, że się naciska migawkę, bo jest fajny kadr.

 

Jakim aparatem pan robił to zdjęcie?

– AE 1 Canon. Stary, manualny, mały, niezawodny aparat.