Pochwała prowincji

Najciekawsze tegoroczne (2009) wydarzenie fotograficzne objawiło się w Bielsku–Białej, mieście urzekającym architekturą, przestrzenią, smakowitym jadłem, historią i pogodnymi ludźmi. Był nim trzeci już Foto-Art-Festival, na którym zgromadzono 21 obszernych wystaw autorskich z całego świata. 


Kuratorski duet – Inez i Andrzej Baturowie – zadbali, by festiwalowe prace były odległe od siebie nie tylko pod względem tematu, ale i sposobów realizowania. Wyszła prawdziwa uczta dla oczu, duszy i intelektu. Dosmaczeniem, i to dość wyrafinowanym, było ściągnięcie do Bielska-Białej autorów lub kuratorów prezentowanych wystaw.

 

Christer Strömholmfot. Christer Strömholm

 

Surowy dokument… 

Zestaw wystaw obejmował szerokie spektrum fotograficznych pomysłów. Były gwiazdorskie, już historyczne nazwiska, z Manuelem Alvarezem Bravo na czele, a obok mniej znani, a nawet całkiem nieznani. Mocną pozycję miały prace związane z szeroko pojętym dokumentem. Byli mistrzowie, jak nieżyjący szwedzki subiektywista Christer Stromholm, opisujący m.in. tajemne postaci o trudnej do zidentyfikowania płci. Dziś takich realizacji znajdziemy sporo, zwykle typu „kawa na ławę”. Prace Stromholma, zagadkowe i intrygujące, nie są ani na tak, ani na nie, mocne wizualnie, są raczej pytaniem, czy mamy prawo do swobodnych wyborów własnej drogi życia. Dopełnieniem wystawy był piękny i ciepły film nakręcony przez jego syna Joakima, zwracający uwagę na wolnościowe podejście ojca do życia, ale także na kłopot, jakim dla dzieci może być wybitny i ciągle nieobecny w domu rodzic.

 

Bill Doylefot. Bill Doyle

 

Mało znany w Polsce Irlandczyk Bill Doyle okazał się ideowym bliźniakiem znanego francuskiego fotografa Roberta Doisneau. To samo poczucie humoru i skupienie uwagi na codzienności zwykłych Janków Kowalskich. Znacznie poważniejsze projekty pokazali młodzi dokumentaliści Joakim Eskildsen i Tamas Dezso. Duńczyk Eskildsen od kilku lat fotografuje Cyganów w najróżniejszych zakątkach świata. Jego zdjęcia o soczystych kolorach wymagają dłuższego oglądania i skupienia uwagi na nawet najdrobniejszych szczegółach, bo wszystkie drobiazgi ujęte w kadrze są ważne. Nie tylko to, co oczywiste, czyli portretowani bohaterowie, ale i święty obrazek na ścianie, makatka, opakowanie jajek czy wanna w ogrodzie. To świat wciągający wizualnie, broniący się jeszcze przed wchłonięciem przez współczesną globalną, zdecydowanie plastikową kulturę. Węgier Tamas Dezso wszedł w środowisko dość swoich szczególnych krajan – młodego biznesu, mającego korzenie w miejscowym Wołominie i Pruszkowie. Postawni, ćwiczący z zapałem w siłowniach, łysi, jeżdżący „wypasionymi brykami”, liczący grube stosy świeżutkich banknotów, z pistoletami pod ręką, a obok nich dość specyficzne dziewczyny, poprawiające swój wygląd, by dać partnerowi jak najwięcej zadowolenia. Niemiła analiza jednego z kilku środowisk robiących pieniądze bez oglądania się na standardy moralne.


Tamas Dezso.jpgfot. Tamas Dezso

 

Holender Robert van der Hilst to absolutny mistrz koloru. Jego seria Kubańskie wnętrza to głęboka opowieść o kulturze, w której Chrystus i Che zawzięcie rywalizują ze sobą, jeśli chodzi częstotliwość pojawiania się na ścianach w salonach i pokojach wypełnionych przedmiotami z innych epok. To świat odległy i urzekający, ale trudny jako codzienna forma egzystencji dla przybyszów z innych, bardziej współczesnych miejsc. Młody Belg Gert Jochems upodobał sobie rosyjską Syberię. Zadziwiają go miejscowe obyczaje i zachowania, często będące efektem zbyt obfitego smakowania płynów wyskokowych. Surowa przyroda, zimna architektura i brak perspektyw mają zapewne swój wpływ na postawy żyjących tu ludzi i ich chęć topienia smutków w kieliszku, ale z drugiej strony stale zamroczeni nie mają szans na wyrwanie się z zaklętego kręgu.


Robert van der Hilstfot. Robert van der Hilst

 

 

Marketa Luskacova w ciepły sposób ukazała czeską prowincję z anachronicznymi, ale autentycznymi zachowaniami opartymi na religijnej tradycji. Zdjęcia pogodne, jak ich autorka. Całkiem inaczej prezentowały się zdjęcia łotewskiego dokumentalisty Egonsa Spurisa. Dosadna i nieprzyjemna wizja przestrzeni tworzonej dla obywateli przez komunistyczne państwo radzieckie. Szaro-czarna tonacja i dość agresywna plastycznie kompozycja zdjęć pogłębiały smutek bijący z kadrów. Stefan Moses, prawie nieznany w Polsce niemiecki fotograf prasowy, miał bardzo obszerną prezentację podsumowującą jego dorobek. Z jednej strony mogliśmy obejrzeć ciekawie ujętych przedstawicieli życia politycznego i kulturalnego Niemiec z pierwszych pięćdziesięciu powojennych lat. Z drugiej zwykłych Helmutów i Helgi w paradokumentalnej konwencji, na białym tle prześcieradła rozpostartego na ścianie czy między trzepakiem a drzewem, z atrybutami wykonywanego przez bohaterów zajęcia. Dość szczególne dokumenty, naznaczone specyficznym komentarzem będącym integralną częścią pracy, przedstawiono na wystawach amerykańskiej Indianki Hulleah J. Tsinhuahjinie i naszego, niedawno zmarłego autora, Mariusza Hermanowicza. Amerykanka swoimi pracami przypomina o pierwotnych mieszkańcach Ameryki i walczy o godne miejsce dla nich w kulturze i życiu społecznym USA.

Mariusz Hermanowicz to prawdziwe odkrycie festiwalu, a wybór jego prac ukazał jak interesującym i dogłębnym analizatorem codziennego życia był ten przedwcześnie zmarły autor. Nawet najbanalniejsze miejsca i sytuacje stają się za sprawą odpowiedniego ujęcia i opisania znaczącymi i magicznymi. Dopełnianie obrazów krótkimi tekstami było specjalnością Hermanowicza.

 

Javier Silva Meinel.jpegfot. Javier Silva Meinel

 

… i ciekawa inscenizacja 

Drugi nurt prezentowany w Bielsku-Białej to fotografia inscenizowana: od paradokumentalnej po reklamową. Najmocniejsza była prezentacja Peruwiańczyka Javiera Silvy Meinela z andyjskimi Indianami jako głównymi bohaterami. Starzy i młodzi, najczęściej bez ubrań, pozują wpatrzeni w obiektyw, dookoła zaledwie kilka przedmiotów, tajemniczych jak same postaci. Dominują ryby: od wielkich, przytłaczających samotnego atletę, po drobniutkie, z których utkano całun stanowiący tło dla postaci ubranych także w stroje z ryb. Niesamowite twarze, zwykle o bardzo smutnych oczach, przyglądają się nam z wielkoformatowych fotografii, niepokojąc pytaniami o historię i korzenie naszej kultury. Oni swoją kultywują, a my – czy nie zapomnieliśmy o niej? Z zupełnie innym pomysłem opowiadania o historii wyszedł Japończyk Yasumasa Morimura, który sam wcielił się w najgłośniejsze postaci XX wieku. Jest Einsteinem, Mao, Hitlerem, Lee Harveyem Oswaldem, Leninem, Trockim i Che. Jego historia to zbiór postaci o globalnym oddziaływaniu, często skrajnie negatywnym.

 

Yasumasa Morimurafot. Yasumasa Morimura

 

Niesłychanie wysmakowane fotografie przedstawił Morten Krogvold, Norweg o absolutnie perfekcyjnym warsztacie. Wycyzelowane portrety, na których widać każdy szczegół, martwe natury i krajobrazy oddające specyfikę społeczną odległych miejsc. Gadżetowatość współczesnej kultury w ciekawy sposób ukazali Helmut Grill z Austrii i Jatin Kampani z Indii. W zdjęciach Hindusa zdumiewała całkowita niemożność odczytania, z jakiej kultury pochodzi autor zdjęć. To skrajny przykład zglobalizowanego świata bez jakichkolwiek śladów autentycznych kultur. Grill z kolei skupił się na tęsknotach za światem wyidealizowanym, przypominającym bajki, komiksy i dobranocki z elementami wystroju z najbardziej jaskrawych i krzyczących barwami miejsc. Z zupełnie innych przesłanek wyszedł młody Chińczyk Maleonn, nawiązujący do tradycji malarstwa swojego kraju, połączonego z ciekawą kaligrafią, niestety nieczytelną dla nieznających chińskiego.

Spacerując od jednego miejsca wystawowego do następnego, można było rozkoszować się urodą prowincji. Oby więcej takich prowincjonalnych zdarzeń, uzmysławiających niezaznajomionych ze współczesną fotografią, jak pasjonujące bywają wypowiedzi przy wykorzystaniu tego aktualnie najpopularniejszego medium. 

 

Publikacja zdjęć ze względu na charakter serwisu, jak i wydawcę ma charakter edukacyjny.