Hail to the King!

Nowe spojrzenie na historię kultowego bohatera kinowego — King Konga — w reżyserii Jordana Vogt-Robertsa trafiło do polskich kin 10 marca 2017 roku. Film, choć widowiskowy — ma kilka błędów.

Postać King Konga, olbrzymiego goryla, który nieszczęśliwie zakochuje się w pięknej kobiecie, bez wątpienia stała się ikoną kina. Od czasu debiutu na srebrnym ekranie w filmie Meriana C. Coopera z 1933 roku, doczekał się różnych ujęć swej historii. Pojawiał się w książkach, komiksach, grach, serialach animowanych, a nawet musicalu. Ostatnio w kinie mogliśmy go podziwiać 12 lat temu — w 2005 roku — gdy reżyser Peter Jackson postanowił zrealizować swe dziecięce marzenie i nakręcić własną wersję opowieści o ikonicznym anty-bohaterze. Teraz jednak wreszcie powrócił — większy i bardziej imponujący niż dotychczas — w filmie Kong: Wyspa Czaszki.

Reżyser Jordan Vogt-Roberts zabiera nas na tajemniczą, niezbadaną wyspę, odkrytą przez skompromitowanego i zdesperowanego poszukiwacza potworów, Billa Randę (John Goodman). W skład jego śmiałej, rzekomo naukowej ekspedycji wchodzą m.in. stary weteran wojenny Preston Packard (Samuel L. Jackson), tajemniczy tropiciel James Conrad (Tom Hiddlestone) oraz piękna fotograf Mason Weaver (Brie Larson). To, co zastają u celu swej podróży, przekracza ich najśmielsze oczekiwania…

Twórcy filmu Kong: Wyspa Czaszki postawili na widowiskowość. Dbałość o estetykę pokazali już przy prezentacji zwiastunów i plakatów produkcji. Pojawiające się w widowisku lokacje i stwory przytłaczają swym ogromem. Na czele z tytułowym bohaterem robią duże wrażenie. Filmowi należy się nominacja do Oscara za znakomite efekty specjalne. Niestety, jeśli chodzi o pozostałe elementy składowe, sprawa nie prezentuje się równie wspaniale.

Źródło: Warner Bros.

Obsada filmu obfituje w znane i cenione nazwiska. Utalentowani aktorzy dostali jednak mało czasu ekranowego. Profile poszczególnych bohaterów i relacje między nimi nie rozwijają się na tyle, byśmy zaczęli dopingować ich w staraniach o przetrwanie. Gdy wpadamy w wir wartkiej akcji, ich losy zostają zepchnięte na boczny tor.

Problematyczne jest też ustalenie widowni tego widowiska. Humorystyczna atmosfera, która przebija niekiedy spod otoczki napięcia i tragedii, sugeruje, że Kong: Wyspa Czaszki jest filmem, na który spokojnie można zabrać dzieci. Z drugiej jednak strony brutalne sceny śmierci, pokazane w sposób bardzo dosadny, przeczą temu stwierdzeniu. Wygląda to tak, jakby sami twórcy nie mogli się zdecydować, do kogo chcą skierować swe dzieło i postanowili zawrzeć w nim coś dla młodszych i coś dla starszych. Wyszło to trochę chaotycznie.

Źródło: Warner Bros.

Skoro wspomniany został chaos, warto też wtrącić słów kilka na temat muzyki. Bardzo dobrym pomysłem było zamieszczenie w filmie, obok zwykłej ścieżki dźwiękowej, znanych utworów muzycznych jak np. Run Through The Jungle — było ich jednak za dużo. Niepotrzebnie, gdyż do niektórych scen po prostu nie pasowały.

Mimo tych wszystkich mankamentów, Konga: Wyspę Czaszki należy pochwalić za poruszenie kilku ważnych wątków: tego, jak wojna zmienia ludzi (akcja filmu rozgrywa się podczas trwania wojny w Wietnamie), że najgorszy nawet wróg może stać się naszym najdroższym przyjacielem i jak okropne konsekwencje może mieć niepotrzebne ingerowanie człowieka w środowisko naturalne.

Źródło: Warner Bros.

Koniec końców warto mieć na uwadze, że Kong: Wyspa Czaszki to klasyczny monster movie, w którym przede wszystkim chodzi o walczące ze sobą wielkie potwory. Wielbiciele tego gatunku, a także fani kultowego goryla powinni więc być zadowoleni. A ci, którzy są zainteresowani przyszłością tworzonego przez Warner Bros kinowego uniwersum gigantycznych bestii (zapoczątkowanego filmem Godzilla Garetha Edwardsa z 2014 roku), obowiązkowo powinni zostać na napisy końcowe.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.