Od kołyski, aż po grób

W powietrzu czuć coś od południa. Jakieś napięcie, tak jakby cały świat zastygł w oczekiwaniu. Pojedyncze biało-czerwono-zielone szaliki migają, gdy idę ulicą. Nie ma wielkich grup, krzyków, wielu plakatów, a jednak już teraz – prawie dwie i pół godziny przed meczem czuć niepokój.

_DSC6701

Idę, by spotkać się z moją grupą kibiców, na czele której stoi Rysio – przewyższający innych stażem i zapałem kibic klubu Legia Warszawa. Z sygnetem ze stosownym logo na palcu i tatuażem na przedramieniu kończy szybkie piwo. Grupa praskich kibiców, która idzie dzisiaj na mecz, jest spora – szef naliczył 44 osoby. Widocznie niedzielne popołudnie, a zarazem jeden z pierwszych meczów na stadionie w nowym sezonie to nie lada gratka. Jest chłopaczek, który sięga mi do połowy uda, oczywiście wystrojony w barwy, kilku nastolatków, osób w średnim wieku i starszych. I nawet kobieta w ciąży. Stoją i rozmawiają w mniejszych grupkach, ale czuć w nich jedność. Razem ruszają na mecz Legia Warszawa – Ruch Chorzów.

Od teraz obraz kibiców zaczyna przypominać mi to, co kojarzę z doświadczeń z przeszłości. Wsiadamy całą gromadą do autobusu, który z każdym przystankiem bardziej i bardziej napełnia się kibicami. Wręcz do granic możliwości. Każdy fan Twojego klubu jest Twoim bratem. I jedziemy tym autobusem, na Łazienkowską 3, ja i kibice Legii Warszawa. Całą drogę śpiewają różne pieśni, dlaczego My jesteśmy wspaniali, dlaczego Oni to kurwy. Jest w tych pieśniach radość, czasem nawet pewna finezja. I prostota. Wylewamy się z autobusu linii 162 [162 na na na na na – w pieśni] i wszyscy ramię w ramię idziemy na Żyletę.

Z pewnością taki mecz jest związany z ogromnymi emocjami. To się po prostu czuje. Tylko w tym wypadku sport zaczyna schodzić na drugi plan. Oczywiście cieszymy się i krzyczymy z radości, gdy nasi – dobrzy, strzelą bramkę, a gwiżdżemy, gdy Oni – źli, chociaż zbliżą się do naszego pola karnego, ale celem nie jest tu oglądanie potyczki sportowej, a raczej kibicowanie samo w sobie. „Żyleta” czyli najtańsza trybuna na Legii, to miejsce, w którym zbierają się aktywni kibice. Wewnątrz trybuny również są pewne zalecenia – ci z długim stażem i doświadczeniem, znający przyśpiewki mogą zająć miejsca w środku. Ci mniej obeznani skazani są na miejsca bardziej z boku trybun. Pośrodku, na wysokim podeście młynowy z bębniarzami podrzuca coraz to inne zaśpiewki i zagrzewa kibiców do większego dopingu, a zagrzani kibice, zagrzewają zawodników. I tak każda pieśń w innych słowach oddaje, dlaczego Legia to najlepszy klub z najlepszymi kibicami. I gdy tak wszyscy zdzierają swoje gardła, machając szalikami, skacząc lub machając rękami, ja im wierzę. Że Mistrzem Polski jest Legia, Legia najlepsza jest, Legia to jest potęga, Legia CWKS.

Wracając autobusem, wyładowanym fanami i pieśnią na ich ustach [w pociągu jest tłok, w tramwaju jest tłok, kibice na Legie jadą], myślę sobie, że jest w nich uderzająca prawda. Oni nie robią nic na pokaz, tylko robią to dla siebie i sami chcą się przekonać o wyższości swojego klubu. Po jednym meczu spokojnie jestem w stanie wskazać, kto jest kurwą i kogo ruchamy. Czasem może powtarzają bezmyślnie, co zaintonował kolega, ale jest w tym jakaś rozczulająca prostota i prawda właśnie. A skoro kieruje nimi prawda i wiara, to czy można ich nie lubić?

 

Felieton jest zapowiedzią albumu o kibicach Legii.