athree23-application-3695107_1920

Doomjobbing, czyli jak robimy dobrą minę do złego rynku pracy

Wyobraź sobie pewien scenariusz. Kończysz studia, zdajesz egzaminy i z dumnie podniesioną głową wchodzisz na rynek pracy. Zaczynasz poszukiwania pełen nadziei i optymizmu. W końcu nadszedł czas, aby rozwijać karierę zawodową i zdobywać doświadczenie. Brzmi pięknie?

Ale takie nie jest, bo rzeczywistość funduj szybkie zderzenie ze ścianą Otwierasz pierwszą ofertę: „Poszukujemy juniora, wymagamy 3 lat doświadczenia”. Otwierasz drugą: „Oferujemy dynamiczny zespół i owocowe czwartki w zamian za dyspozycyjność 24/7 i znajomość pięciu języków obcych”.

Szukasz tydzień, później kolejny – i wcale nie jest lepiej. Tygodnie zamieniają się w miesiące, a Ty zaczynasz czuć, że na samą myśl o wejściu na portale z ogłoszeniami robi Ci się słabo. Przewijasz kolejne niedopasowane oferty i bezwiednie wysyłasz CV tylko po to, żeby mieć poczucie, że próbujesz. W głębi duszy czujesz jednak, jak Twoja samoocena szoruje po dnie.

Gratulacje. Właśnie dopadł Cię doomjobbing.

Doomjobbing – brzmi znajomo?

Jeśli aktualnie szukasz pracy i w przerwach między wysyłaniem CV scrollujesz social media, ten kontent prawdopodobnie znajduje Cię sam. Przybiera postać rozpaczliwych postów na grupach facebookowych albo prześmiewczych rolek na TikToku i Instagramie: „Szukam pracy od 8 miesięcy, zero odzewu!”, „Jak rekruterzy przeglądają CV w 2016 vs dzisiaj”.

Można się z tego śmiać albo się załamać. Jak zauważa The Guardian, pojęcie to ma bezpośredni związek z doomscrollingiem (czyli nałogowym przeglądaniem negatywnych wiadomości w sieci). Efekt jest ten sam – to powolne, systematyczne tracenie sił, energii i nadziei. W tym przypadku: nadziei na znalezienie zatrudnienia.

Doom and gloom

Im dłużej bezskutecznie przeglądasz ogłoszenia, tym mocniej utwierdzasz się w przekonaniu, że zdobycie sensownej posady graniczy z cudem. Z każdą kolejną ofertą jest coś nie tak:

  • zbyt niskie wynagrodzenie (Widełki? A co to takiego?),
  • absurdalnie wysokie wymagania na stanowiska juniorskie,
  • brak jakiejkolwiek informacji zwrotnej ze strony rekruterów.

Efekt? Gdy rozsyłasz setki takich samych aplikacji, szanse na rozmowę rekrutacyjną zaczynają wydawać się równie nikłe, co odnalezienie zaginionej Atlantydy.

Jak się temu nie dać?

Najgorsze, co możesz zrobić, to wpaść w tryb „maszynowego” wysyłania CV gdzie tylko się da i bezwiednego scrollowania social mediów w poszukiwaniu pocieszenia. Jaka jest na to rada? Idź w jakość, a nie ilość. Zamiast marnować energię na setki aplikacji, lepiej skupić się na kilku najlepiej dopasowanych ofertach i spersonalizować pod nie CV. A potem wysłać, zapomnieć i zostać miło zaskoczonym.

fot.pixabay

Najpiękniejsze Jarmarki Bożonarodzeniowe
Sezon na odwiedzanie Jarmarków Bożonarodzeniowych właśnie się rozpoczął. Gdzie najlepiej...
10 roślin które sprawią, że twój dom stanie się zdrowszy.

Teraz, w czasie kiedy nieustannie otaczamy się betonem i elektroniką...

Dobre wieści dla studentów: Senat przyjął ustawę uszczelniającą wydawanie wiz studenckich

W środę Senat przyjął bez żadnych poprawek ustawę dotyczącą wiz...

Kochankowie autodestrukcji – Sid i Nancy
Sid Vicious nie miał pojęcia o grze na gitarze. Mimo...
Najważniejsza jest historia
Fotografia jest w stanie zmienić realia – podkreśla Vincent Laforet,...