Berber parzy whisky

Pustynia w Maroku jest nazywana bramą Sahary. Ten niespełna 30 kilometrowy wał piachu kiedyś przemierzały karawany berberskie w poszukiwaniu wody, jedzenia i pastwisk. Teraz Berberów zastąpili turyści, a na obrzeżach powstają hostele oferujące niezapomniane wrażenia w sercu Maroka. Jak wygląda współczesna pustynia?

 

Serce mnie boli, gdy widzę jak dzieci uciekają ze szkoły i biegną na drogę. Mogą tam dostać cukierka od turystów albo nawet coś większego do jedzenia – żali się Mustapha, właściciel pensjonatu na Saharze – Nie powinni dawać dzieciakom cukierków, bo wtedy nie myślą o nauce. Mustapha ma prawie 30 lat, ciepły uśmiech i spokojny głos. Uwielbia opowiadać o pustyni i o Maroku. Skończył jedynie parę klas. Jego rodziców nie było stać na wykształcenie syna, ale pomogli mu wybudować pensjonat, który stał się inwestycją na całe życie.

 

IMG_9767.JPGfot. Katarzyna Zając

 

Serce Maroka

Mustapha urodził się w Merzoudze – małej wiosce na pustyni w Maroku. Droga do Merzougi prowadzi przez księżycowy krajobraz: płaską, kamienistą równinę z niewielkimi uskokami i dołkami. Horyzont, jak linijka, precyzyjnie odcina chropowatą ziemię od niebieskawej kopuły nieba. Zjawisko to jest widoczne jedynie o wschodzie lub zachodzie słońca, bo w południe rozpalone, skwarne słońce zaciera tę granicę. Już samo stanie na upalnym pustkowiu, w szczycie żaru lejącego się z nieba może zmącić zdolność widzenia. Nocą nie widać nic. Ciemnica, czerń, egipskie ciemności. Noc na pustyni jest absolutna i totalna. Tylko patetyczne określenia jak: bezkres, nieskończoność, czarna otchłań mogą przybliżyć fizjonomię pustyni.

Gdy na linii horyzontu pojawia się długi, błyszczący, żółto-złoty, pofałdowany pas piachu oznacza to, że zaraz na drodze pojawi się znak „Merzouga”. Mała wioska słynie z Ergu Chebbi – piaszczystej wydmy, rozciągającej się na 28 kilometrów z północy na południe. Surrealistyczny krajobraz zachwycił reżysera „Mumii”, który znaczną część filmu nakręcił właśnie na tym skrawku pustyni. Baśniowe pejzaże pobudzają wyobraźnię, dają poczucie przeniesienia się w czasie. Wśród mieszkańców krąży legenda, że ta kolosalna wydma powstała w wyniku gniewu bogów. Podczas lokalnego święta pewna kobieta szukała schronienia dla siebie i dziecka. Niestety nikt z pobliskiej wioski nie chciał jej pomóc. Kobieta błąkała się, aż bogowie rozzłoszczeni bezdusznością mieszkańców rozpętali wielką burzę piaskową i zasypali całą osadę, nie pozostawiając nikogo przy życiu.

Żyją tu Berberowie – rdzenna ludność Afryki Północnej i Sahary, odwieczni władcy gór i pustyń.  W przeszłości byli koczownikami, nomadami: podróżowali po pustyni i jej obrzeżach w poszukiwaniu jedzenia, wody, zwierząt i pastwisk. Rdzenni mieszkańcy a zarazem wędrowcy. Życie w tak nieprzyjaznych i uciążliwych warunkach wyrobiło w nich niesamowitą wytrzymałość i hart ducha: w czterdziestostopniowych upałach, gdy turyści szukają cienia i przewiewu oni prowadzą swoje interesy, pensjonaty, sklepy i wycieczki, nie tracąc przy tym dobrego humoru.

To od słowa barbarzyńca powstała nazwa ich plemienia. Kiedyś każdy, kto nie był Grekiem machinalnie nazywany był barbarus. Sami Berberowie wolą określenie Imazighen, czyli „ludzie wolni”.

 

IMG_9457.JPGfot. Katarzyna Zając

 

Cheap price

Mustaphie się poszczęściło. Jest właścicielem 5-pokojowego pensjonatu w Merzoudze. Wejście do domu osłania drewniana ścianka, sklejona z patyczków, tworzących mozaikę rombów. Chroni przed upałem i piaskiem, który wdziera się wszędzie. Najgorsze są ataki burz piaskowych, które w okresie letnim zdarzają się dosyć często. Taka drewniana osłona na niewiele się wtedy zdaje. Piach wciska się w każdy dołek, otwór, pęknięcie, wypełnia każdą rysę, jakby czegoś szukał, tropił ważną rzecz albo zgubę. Dlatego wszystko na pustyni jest zabarwione odcieniem żółtości: domy są morelowe i jasnopomarańczowe, drogi bursztynowe, miodowe i złociste są twarze Berberów.

 Mustapha oprócz organizacją noclegów zajmuje się turystyką pustynną. Oferuje: przejażdżki wielbłądami z nocowaniem na pustyni w namiocie lub pod gołym niebem, tygodniowe, a nawet 10-dniowe wyprawy przez pustynię, sandboarding (zjeżdżanie z piaszczystych wydm na specjalnej desce), 4×4 (przejażdżka jeepem po pustyni).

Wraz z żoną oczekują pierwszego dziecka, co się wiąże z większymi wydatkami i kosztami – każdy turysta jest cenny. Dlatego już w pierwszych sekundach po wyjściu z autobusu, po 9-godzinnej podróży, koło turysty staje, ubrany w kolorową galabiję, mężczyzna lub chłopak, naganiacz, wysłannik szefa,  z gotową ofertą pobytu. Każdy z nich wypatruje najlepszego według nich klienta. Po szybkiej analizie następuje jeszcze szybszy doskok do umęczonego podróżą przybysza. Caps, łaps, myk! Jeszcze nie zdjąwszy plecaka przed skołowanym globtroterem widnieje propozycja najlepszych wakacji na świecie! Jeśli chcesz spędzić noc na pustyni – No problem, my friend! – Twoim marzeniem było zjechać z wydmy na desce – Dreams come true, my friend! – sesja zdjęciowa na wielbłądzie – Just tell me when. Today? Tomorrow? No? Good price, my friend!.

Po wstępnej ofercie, kiwaniu głowami, przytakiwaniu i zaprzeczaniu, przechodzi się do targowania, bo każdy porządny turysta wie, że w krajach arabskich należy bezwzględnie negocjować. Berberowie nie są jednak zainteresowani przekomarzaniem się na temat ilości wielbłądów w wycieczce pustynnej lub rodzajów tadżina serwowanego na kolację. Turysta początkowo zdezorientowany obojętnością i nieustępliwością mieszkańca pustyni rozgląda się dookoła i zdaje sobie sprawę, że jest na niego skazany. Biedak nawet dokładnie nie wie, gdzie się znajduje. O wybrzydzaniu i kaprysach nie ma więc mowy. Każdy łapie się swojego przewodnika i za nim, ciepłą i szorstką drogą, udaje się przed siebie.

Każdy z nich ma znajomego, brata lub wujka w każdym europejskim państwie. Jeśli jesteś z Hiszpanii na pewno ma wujka w Maladze, w Anglii znajomego w Manchesterze, w Polsce przyjaciela w Krakowie. Jeszcze dziwniejsze jest usłyszeć z jego ust przestrogę wypowiadaną łamaną polszczyzną – Bądź ostrożny! To zły przewodnik! – wskazując na kolegę obok, któremu właśnie turyści grzecznie podziękowali za ofertę, i który zmierzał już w naszą stronę. Panuje bowiem wśród „naganiaczy” ogromna rywalizacja, kto zyska sympatię przyjezdnych, skokietuje ich egzotyką, skusi perspektywą przygody ten się wzbogaci, a może nawet uzyska pochwałę od szefa.

„Czarowanie” klientów nie ma reguł, można kłamać i ubarwiać, lukrować i chwalić, najważniejsze, żeby klient był kontent. Dlatego tak ważna jest dla nich znajomość innych języków. Bezkonkurencyjny okazuje się 20-letni Mohammed, który zna hiszpański, portugalski, francuski, angielski i włoski. Ludzie pustyni nie potrzebują gramatyki i kursów, mają dar do uczenia się języków. „Nasze umysły są chłonne, bo nie zaprzątnięte tyloma problemami, nie pędzimy jak wy w Europie” – zauważa Mohammed.

 

IMG_9560.JPGfot. Katarzyna Zając

 

Ludzie pustyni

Mustapha parzy berber whisky: to typowa miętowa herbata z dużą ilością cukru, bez alkoholu. Staje nad grawerowanymi szklaneczkami wielkości filiżanek, ściskając metalowy, pękaty imbryk i z odległości prawie pół metra leje aromatyczny napar, tak aby na wierzchu utworzyła się cienka i delikatna pianka. Para ulatuje z długiej i kształtnej szyjki kłębiąc się nad tacą z wypolerowaną zastawą. Kolejne połyskliwe szklaneczki wypełniają się przejrzystym płynem, który delikatnie wirując gdzieniegdzie napotyka na zielony miętowy listek. To prawdziwy ceremoniał, uroczyste otwarcie rozmowy, tradycja, część marokańskiego życia. Zajmują się nim wyłącznie mężczyźni, a odmówienie szklaneczki wonnego naparu jest brakiem taktu.

 

IMG_9763.JPGfot. Paulina Niemczycka

 

Marokańczycy są świetnymi obserwatorami. Czasem podśmiewają się z niecierpliwych turystów, którzy chcą jechać na pustynię w samo południe. Mustapha wyraźnie ożywia się, gdy ci pokazują mu nowy nabytek z Maroka: skórzane torebki i paski. Przygląda się im, wącha i rozciąga. Po czym stwierdza, że to podróbki. Powstaje zamieszanie wśród turystów, na ich twarzach narasta niedowierzanie. Po godzinnym targowaniu na bazarze w medinie i zejściu z ceny o połowę okazuje się, że przepłacili dwukrotnie za imitacje! Biorą torebki, paski do rąk i sami je wąchają, rozciągają i obserwują. Mustapha przerywa to wzburzenie: problemem w Maroku są skóry. Skóry z wielbłądów, osłów, kóz i krów. A właściwie podróbki, które zalewają marokański rynek i są o wiele tańsze. – Turyści nabierają się na gadanie o prawdziwych skórach, gdy w rzeczywistości mogą one pochodzić nawet z Chin. Te podróbki niszczą nasz rynek, bo jest ich mnóstwo, a prawdziwą skórę wytwarza się parę dni, musi przejść wiele procesów, aby dojrzeć. – zapewnia właściciel pensjonatu.

Mustapha wspomina również o rozdawaniu cukierków dzieciom. Pouczającym tonem oznajmia jak zgubne jest pomaganie na siłę – Zamiast dzieciom turyści powinni dawać je nauczycielom w szkołach. Wtedy dzieci uczyłyby się i dostawały cukierki. Jest bardzo wrażliwy na punkcie edukacji, bo wie jak potrzebna jest ona Marokańczykom. Dlatego z dumą podkreśla że swojego syna pośle do szkoły, a potem nawet na studia. Nalewając ostatnią szklaneczkę berber whisky, unosi ją wyżej i teatralnym głosem woła: – Salam alejkum. Witajcie w Maroku.!