Powrót królów

Ostatni sezon tenisowy panów dał swoim fanom to, co sportowe tygrysy lubią najbardziej. Odrodzenie legend, które były łaskawe dopisać kolejny rozdział do Złotej Ery Tenisa oraz iskrę nadziei od młodych graczy — nadziei na to, że będzie jeszcze tenis, gdy Roger i Rafa odejdą.

O dwóch takich

Kiedy latem 2016 Federer był honorowym gościem na otwarciu akademii tenisowej Nadala na Majorce, obaj dżentelmeni przeżywali trudne chwile. Trapieni kontuzjami, zmęczeni, mając z tyłu głowy niewzruszalne tytuły legend Białego Sportu, zapewne w najśmielszych snach nie wyobrażali sobie, że za pół roku zagrają w finale Wielkiego Szlema w Australii. Jednak to, co nie było snem, stało się faktem. Wygrał ten starszy, 36-letni Szwajcar. Dało to obu graczom początek sezonu jak z bajki.

„Rafa czyni mnie lepszym zawodnikiem” — komplementował rywala Roger. „Gra niesamowicie” — nie pozostawał dłużny Nadal.

Dwóch wielkich rywali, jednocześnie dwa symbole współczesnego tenisa, podzieliło w świeżo zakończonym sezonie wszystkie wielkoszlemowe tytuły. Rafa wygrał w Paryżu i Nowym Jorku, a Roger w Londynie. Hiszpan został na koniec sezonu liderem, a Szwajcar wiceliderem rankingu. Stało się tak pierwszy raz od 7 lat.

Osoby nie noszące znamion tenisowego fanatyzmu mogą zżymać się i dopytywać — cóż ekscytującego jest w powrocie zawodników w wieku przedemerytalnym, którzy zamiast zostawić nieco przestrzeni młodszym, wracają, by udowodnić po raz wtóry to, co wszyscy i tak już wiedzieli — że są solą tego sportu. Odpowiedź znajdziemy w samym pytaniu. Dla młodszych fanów, takich jak ja, tenis bez tych dwóch panów jest jak zima bez śniegu, jak wegańska jajecznica, jak Wojciech Cejrowski w butach — niby jesteśmy sobie wstanie to wyobrazić, ale raczej nie ma to większego sensu.

Kochamy ich z tych właśnie powodów, ale i innych — nawet bardziej wymiernych. Elegancji i lekkości gry Rogera, który porusza się z gracją baletnicy, a gdy jest już zmuszony do przyspieszenia, robi to tak, jak studentka, która zaczyna biec na wyprzedzający ją autobus. Szybko, ale jednocześnie w odpowiednim rytmie, pamiętając o efemeryczności świeżo ułożonej stylizacji. Zatem nie sposób nie docenić człowieka, który mając tyle na głowie, staje się najbardziej utytułowanym tenisistą w historii.

Rafę kochamy za waleczność i inny, równie pasjonujący styl poruszania, niszczący jego kolana, ale rzucający na nie widzów. Nadal każdą piłkę zdaje się traktować jako ostatnią w karierze. Musi ją wygrać za wszelką cenę, a później laba.

Obu tenisistów cenimy za charakter, niezwykle trudną do nabycia klasę, takt i niewymuszoną skromność. Zatem cieszmy się i radujmy, że wrócili i wciąż testują młodszych, aspirujących o schedę po ich wspaniałych karierach.

Młode wilki

Tenisowe pomruki młodych zaczynają wreszcie brzmieć rykopodobnie. O ile jeszcze na początku sezonu w pierwszej piątce rankingu znajdowali się sami 30-latkowie, to na koniec sezonu sytuacja była diametralnie inna.

Aleksander Zverev, rocznik 1997, ukończył sezon na wysokim czwartym miejscu. Uzyskał dziewicze tytuły rangi Masters, w jednym pokonując Federera. Nie trzeba chyba dalszych wyjaśnień, dlaczego warto wpisać to nazwisko na listę potencjalnych mistrzów wielkoszlemowych.

Alexander Zverev i Roger Federer; źródło: indianexpress.com

Pazur pokazał także Dominik Thiem kończąc sezon w TOP10, podobnie jak  Grigor Dimitrow, który wygrał turniej finałowy wieńczący sezon w Londynie i chyba raz na zawsze udowodnił, że nie jest tylko „Baby Federer” (Bułgar  nazywany jest tak ze względu na niemalże bliźniaczy styl gry do Szwajcara). Patrząc na powrót Grigora, umiera cząstka każdego polskiego kibica — rówieśnik Dimitrova, niejaki Jerzy Janowicz, wciąż błąka się po drugiej setce rankingu. Mimo tego, że w dużej mierze przyczyn jego niemocy należy szukać w przeciągających się kontuzjach, nie jest to niestety cały obraz sytuacji, a Janowicz ma spore szanse na niesłychanie smutny tytuł zmarnowanego talentu.

Grigor Dimitrov; źródło: usatoday.com

Iskierkę nadziei daje jego facebookowy wpis, w którym krzepi swoich fanów wieścią o udanej operacji i śmiało zapowiada, że 2018 rok będzie jego. Panie Jurku, czekamy.

Co to będzie?

Czy po sezonie pełnym niespodziewanych wydarzeń i rankingowych roszad, winniśmy się spodziewać stabilizacji w kolejnym? Nic bardziej mylnego. Do gry wraca nie kto inny jak Novak Djokovic. Po jego kontuzji podobno nie ma już śladu. Był widziany na plaży, w parku i na korcie, wszędzie z rakietą, wszędzie zmotywowany. Na samą myśl o powrocie do hegemonii Serba sprzed dwóch sezonów, większości tenisistów, pocą się dłonie — to bardzo przeszkadza w grze.

Po wtóre wraca Stan Wawrinka, krajan Rogera, który jak nikt potrafi wypalić na wielkie turnieje i także on ma chrapkę, by namieszać na rankingowym szczycie.

Czy jednak powracający powtórzą wyczyn Federera i Nadala, czy jednak starzy mistrzowie nie dadzą zepchnąć się z tenisowego Olimpu? A może w końcu młodsi zaczną w wygrywać w wojnie pokoleń?

Cokolwiek by się nie działo, będzie to z korzyścią dla nas — fanów. Bo jak pewien głodny wrażeń wzrokowiec powiedział: apetyt rośnie w miarę patrzenia.

 

 

Dodaj komentarz