Wszystkie portrety Ciechowskiego 

Lider, muzyk, autor tekstów, producent muzyczny, członek Republiki, a teraz także główny bohater książki. Biografia Lżejszy od fotografii – o Grzegorzu Ciechowskim zbudowana w oparciu o wspomnienia rodziny, przyjaciół i współpracowników i o zaskakującej konstrukcji, przedstawia życie i twórczość jednej z najważniejszych postaci polskiej sceny muzycznej.

Sam pomysł opisania nie tylko jego kariery, lecz także próby dotarcia do intymnego świata tworzenia, relacji rodzinnych i przyjacielskich, wydaje się sporym wyzwaniem. Publiczność nie lubi jak burzy im się posąg idola. Tym lepiej, że zajął się tym ktoś, kto dobrze rozumie jedną i drugą stronę. Piotr Stelmach, wieloletni dziennikarz Radiowej Trójki, którego głos znamy m.in. z audycji muzycznej „Offensywa” funkcjonuje w książce nie jako autor, ale jako kronikarz wspomnień.

Każdy z rozdziałów książki został opatrzony jego przedmową, która wprowadza w klimat opisywanych później zdarzeń. Przedmowy, choć napisane w barwnym i pełnym emocji stylu, nie doklejają dodatkowych elementów do pomnika artysty. Mimo to wyczuwa się fascynację bohaterem książki. Właśnie z tej fascynacji, ale i szacunku, powstała książka, która zawiera w sobie wyjątkowe wspomnienia, kipi od anegdot zarówno z życia Ciechowskiego, jak i polskiej sceny muzycznej tamtych lat.

„Mimo tej strasznej pustki”

Przyjęty przez autora sposób prowadzenia opowieści początkowo wygląda jak eksperyment. Potrzeba kilku rozdziałów, aby przyzwyczaić się do odwróconego porządku. Początek nie jest łatwy. Bomba, która zawsze wybucha w biografiach na koniec, tyka już na pierwszych stronach. Przez chwilę jeszcze trzymamy ją w ręku, ale wraz z kolejnymi opowieściami robi coraz bardziej niebezpieczna – wkraczamy w intymną sferę snów najstarszej córki — Weroniki Ciechowskiej — oraz mamy i przyjaciół artysty. W końcu bomba wybucha bez ostrzeżenia i to prosto w twarz. Czas tuż po śmierci Ciechowskiego, moment umierania i chwile go poprzedzające, zamknięte we wspomnieniach tych, którzy byli z nim w jakikolwiek sposób związani, to emocjonalny rollercoaster. A wręcz, jak pisze w pewnym momencie Piotr Stelmach, „bezpardonowe rozharatanie tępym cyrklem”.

Niewiele jest czasu na otrząśnięcie się, bo za chwile pojawiają się ostatnie etapy z życia – planowana budowa domu, kolejne dziecko w drodze, praca nad nowymi utworami na płytę Republiki i współpraca z kolejnymi artystami. Jego nagła śmierć poraża i tym trudniej jest, po niemal hitchcockowskim rozpoczęciu, czytać dalej. Choć takich wybuchów w książce jest później znacznie mniej, odwrócona kolejność zdarzeń podnosi temperaturę. I to, co początkowo wygląda na szalony eksperyment i kaprys autora, z każdym kolejnym rozdziałem broni się i prowadzi do bezpiecznego końca.

Dżentelmen, wrażliwiec, choleryk

Postać Ciechowskiego jako lidera, muzyka i partnera, została już opisana w książkach My Lunatycy, Republika czy Obywatel i Małgorzata. Lżejszy od fotografii zawiera w sobie te wszystkie wcielenia, dodając do tego wątek prywatny, dostępny tylko dla najbliższych mu osób. I choć skryty we wspomnieniach, nie przemyka w nich jak cień. A wspominają go: rodzina (m.in. mama Helena Ciechowska, siostry Małgorzata i Aleksandra, córka Weronika),  przyjaciele (Jan Wołek – poeta, Tomasz Magierski – filmowiec), członkowie Republiki, muzycy, z którymi współpracował – Justyna Steczkowska czy Marcin Rozynek — a także np. jego sąsiad Daniel Olbrychski czy zmarły niedawno Robert Brylewski, współzałożyciel Brygady Kryzys i Izraela.

Mimo tej plejady nazwisk nie ma wątpliwości, kto jest tu głównym bohaterem. Ujawnia się w wielu przytoczonych cytatach, które padły z jego ust, na fotografiach i zdjęciach odręcznych notatek swoich wierszy i piosenek. Piotr Stelmach bardzo zręcznie żongluje wspomnieniami swoich rozmówców, budując napięcie i dialog między nimi. Często jedna wypowiedź dotycząca zdarzeń czy oceny zachowania Ciechowskiego zostaje skonfrontowana z inną wypowiedzią na ten sam temat. Dzięki temu dana sytuacja nie jest sprowadzona do subiektywnej opinii.

Rock’n’rollowy jak Pablo Picasso

Ciechowski nie był artystą kontrowersyjnym w potocznym tego słowa znaczeniu. Był uważany w świecie muzyków za świadomego swojej wartości intelektualistę i humanistę. Wielu artystów deklarowało i nadal deklaruje inspirację jego stylem pisania i tworzenia – zamykającym w słowach i dźwiękach coś nieuchwytnego, ze sfery podświadomości i intuicji. I choć nie był skandalistą na scenie, jego życie kilka razy stawało się pożywką dla plotek — zdrada małżeńska, rozpad Republiki czy drugi ślub.

Rozmówcy Stelmacha wcale nie uciekają od tych tematów. Te same wydarzenia opowiedziane z kilku perspektyw rzucają na nie różne światło. Ważne jest jednak, że ich wypowiedzi nie przekraczają cienkiej linii dyskrecji i nie odzierają Ciechowskiego z prywatności i intymności. Paradoksalnie przyczyniła się do tego także nieobecność wspomnień ważnych w życiu Ciechowskiego osób: pierwszej żony – Jolanty Muchlińskiej — oraz drugiej żony — Anny Skrobiszewskiej — i dzieci z ich związku. Dzięki temu pewne kwestie wciąż pozostają zamknięte w bezpiecznych granicach, a my, jako czytelnicy, nie czujemy zażenowania, związanego z wchodzeniem w butach w cudze życie.

„Jak bym miała nie pamiętać dnia, w którym Grześ się urodził?!”

Poznajemy w wypowiedziach rozmówców przede wszystkim fajnego faceta, który przeklnie, a czasem strzeli focha. Czytamy o łzach po śmierci ojca, wybuchach złości w momencie głodu lub braku żółtego sera na śniadanie, relacjach z ważnymi kobietami jego życia czy igraniu z powszechną opinią o nim, jako o zmanierowanym artyście z łatką „buca”. Nie staje się on przez to naszym „kumplem”, ale możemy zobaczyć w nim znacznie mniej „boskiego Ciechowskiego”, niedostępnego dla tłumu.

Wyjątkowa jest przede wszystkim jego wręcz namacalna obecność w trakcie czytania kolejnych wypowiedzi – w końcu znane jest powiedzenie, że sami żyjemy tak długo, jak o nas pamiętają. Ostatnie słowa, które padają w książce to wspomnienie Heleny Ciechowskiej opisujące narodziny syna. I to jest największa zaleta odwróconej chronologii w fabule książki – koniec zostawia nas z być może banalnym, ale jakże wyraźnym odczuciem, tak jakby Ciechowski nigdy nie umarł.