Wojna na greckim panteonie

Do strajku generalnego w Grecji przyłączyli się w miniony wtorek dziennikarze. Następnego dnia w kioskach nie ukazały się najważniejsze krajowe gazet. Programów informacyjnych nie wyemitowały także stacje telewizyjne i radiowe.

800px-Parthenon.JPGTo już drugi protest greckich dziennikarzy, którzy solidaryzując się z obywatelami Grecji, sprzeciwili się wprowadzeniu radykalnego planu oszczędnościowego i redukcji etatów przez rząd Jeorjosa Papandreu.

Relacje pomiędzy władzą a mediami w Grecji nigdy jeszcze nie były tak napięte. Dotąd środowisko dziennikarzy chętnie współpracowało z organizacjami rządowymi i światem biznesu, czasem przekraczając nawet granice etyki zawodowej.

Dimitris Trimis, prezydent ateńskiego związku dziennikarzy przyznał, że ponad 800 greckich dziennikarzy pracując jednocześnie w mediach, zajmuje się wspieraniem rządowych, czy też prywatnych działów komunikacyjnych. – Nie udało się powstrzymać tych praktyk, nawet po wprowadzeniu nowych zapisów w kodeksach prasowych – wyjaśniał w wywiadzie z dziennikarzem Der Spiegel. Dodatkowym balastem były silne dziennikarskie związki zawodowe, które z łatwością wymuszały dyscyplinę wśród swoich członków.

To te zależności ułatwiły politykom ukrywanie prawdy o faktycznej finansowej kondycji kraju i przyczyniły się do kumulacji problemów oraz obecnego kryzysu. Taką koncepcję potwierdzają częściowo barwne depesze amerykańskich dyplomatów, opublikowane na platformie WikiLeaks, opisujące te stosunki jako „bardziej kazirodcze niż te występujące pomiędzy mitologicznymi bogami”.

Trudno wyobrazić sobie, aby rząd  finansował dziennikarzy z kasy państwa. A jednak, w tym roku najprawdopodobniej nie zdecyduje się on ujawniać wysokości honorariów przeznaczanych dla pracowników „działu komunikacji z mediami”.

„Czwartej władzy” w kolebce demokracji nie udało się zdać ważnego egzaminu. Oby i tym razem jednak nie posunęła się o jeden most za daleko, wykraczając paza swoją tradycyjną funkcję – informowania.