Stary człowiek i piosenka

Miłość, śmierć, starość, samotność i muzyka to kompilacja idealna na film, który trafia do kin jesienią. Wyborny antydepresant.

 

Główni bohaterowie filmu „Z miłości do…”, Marion i Arthur, to małżeństwo z bardzo długim stażem. Ona – chora na raka, nie chce umierać przytwierdzona do łóżka. Co tydzień Arthur zawozi ją na zajęcia „emeryckiego” chóru. Grupa ludzi, którzy młodość mają dawno za sobą, spotyka się, aby pod opieką młodej nauczycielki muzyki, śpiewać, bawić się i przygotowywać się do występu na konkursie chórów. Marion jest optymistką, jakich mało. Uśmiecha się, gdy ją boli, żartuje, kpi z konwenansów i bezsensownych zasad. Arthur nie uśmiecha się do nikogo oprócz Marion, jest zrzędliwy, wiecznie narzeka, trzyma wszystkich na dystnans i jest do granic zakochany w swojej żonie. Mimo namów ze strony Marion Arthur nie chce pójść na zajęcia chóru. Nie podziela i nie chce podzielać pasji żony. W chórze widzi wroga, który odbiera mu te ostatnie chwile z Marion.

 

songformarion.jpgMarion i Arthur (kadr z filmu)

 

Kiedy Marion umiera, Arthur nie może pogodzić się z jej odejściem. Skłócony z synem, jest ze swoim bólem zupełnie sam. Pomóc ma mu młoda, uśmiechnięta jak Marion, nauczycielka chóru – Elisabeth. Wszystkie nieszczęścia obróci w szczęśliwe zakończenie.

 

Pomysł na scenariusz był dość prosty. Smutna, choć piękna historia o prawdziwej miłości, garść problemów i happy end. Opowieść banalna, a jednak trafiająca w serce. O najprostszych rzeczach mówi się najtrudniej, ale twórcom udało się jednak opowiedzieć ten film tak, aby widz im uwierzył. Prostymi środkami, z wyczuciem smaku i typowo brytyjskim poczuciem humoru spowodowali, że widz to wzrusza się, to śmieje. Przy wykonaniu przez Marion piosenki „True Colors” trudno jest powstrzymać łzy, nawet największemu twardzielowi.

 

Wspaniali aktorzy, w rolach Marion i Arthura – Vanessa Redgrave i Terence Stamp, stworzyli postaci tak ciepłe i sympatyczne, że nawet zrzędę Arthura lubi się po paru pierwszych scenach. Wykonywane przez emerytów „Highway to hell”, przy którym jeden ze staruszków trafia do szpitala z kontuzją barku, brzmi przyjemnie i wręcz naturalnie.

 

song_for_marion-filmszene_04.jpg„Highway to hell” w wykonaniu chóru (kadr z filmu)

 

„Z miłości do…” to film trochę o starości, o radzeniu sobie z odchodzeniem najbliższych osób, trochę o tym, że starość nie musi być wyrokiem, nawet jeśli taki wyrok w postaci nieuleczalnej choroby, wisi nad bohaterem. W formie film jednak nie uderza w patetyczny ton, a w bezpretensjonalny sposób opowiada historię o czerpaniu z życia pełnymi garściami.

 

To jeden z tych filmów, na których człowiek uśmiecha się, wzrusza, płacze, a chwilę po wyjściu z kina zapomina tytuł. Mimo wszystko dzięki takim filmom świat choć przez chwilę wygląda jakby był obserwowany przez różowe okulary. „Z miłości do..” jest świetny do ciastka i gorącej czekolady w jesienną słotę.

  

„Z miłości do…”

Wielka Brytania 2012

Reż. Paul Andrew Williams

Data polskiej premiery: 18 października 2013 roku