Gorączka filmowego kwietnia

Na krętej festiwalowej mapie Polski jest tak wiele miejsc do obcowania z X Muzą, że czasem trudno się zdecydować, co wybrać. Ci, którzy nie chcą czekać do lipca na bogactwo Nowych Horyzontów, a tym bardziej na jesienny WFF, mogą skryć się w kinie jeszcze wiosną. Jest bowiem festiwal, który swoje cele realizuje w czasie ożywczych, kwietniowych dni

 

18latofilmówLato Filmów już od siedemnastu lat dba o to, by świadomy widz pamiętał, że dobry film to nie tylko świetna reżyseria i odpowiednie zdjęcia. Wszystko bowiem opiera się na historii, a żeby była ona spójna i ciekawa, potrzebny jest do tego zgrabnie napisany scenariusz. I to właśnie na scenopisarstwo kładzie największy nacisk festiwal, który swoimi początkami sięga roku 1995, kiedy to w Kazimierzu Dolnym odbyła się jego pierwsza edycja. Dziś, po licznych perypetiach (w latach 2005-2008 miał miejsce w Toruniu) stacjonuje w Warszawie, gdzie przeniósł się z powodu braku dotacji toruńskich władz miasta. Dotąd filmy pokazywano w lipcu, ale z racji upałów dyrektor festiwalu, Maciej Zabojszcz, postanowił w zeszłym roku przenieść imprezę na kwiecień. Czy podjął właściwą decyzję, to kwestia sporna, gdyż nadal bywało tak, że sale gromadziły ledwie kilka osób. Ale nawet przy niskiej frekwencji, festiwalu nigdy nie opuszczała nadzwyczajnie ciepła atmosfera. Więzi pomiędzy widzami wytwarzały się niezauważenie, kiedy wspólnie gromadzili się w jednym celu – ku chwale kina.

 

Kino, czyli ciekawa historia

Pierwsza kwietniowa edycja Lata Filmów, choć zaprezentowano filmy bardzo różne, przyciągnęła przede wszystkim wielu młodych ludzi. Pokazało to, z jak wielką świadomością śledzą oni współczesny rynek filmowy, jednocześnie będąc uwrażliwionymi na starsze dzieła. Organizatorzy zadbali, by świeże premiery, na przykład „Przytul mnie” Kaspara Munka czy „Mamut” Lukasa Moodysona, znalazły się obok filmów, które zdobyły już rozgłos i uznanie, jak „Wyśnione miłości” Xaviera Dolana. Pasmo Panorama kina światowego prezentowało to, co w ostatnim czasie poruszyło rzeszę krytyków i odbiorców, a także filmy, w których pokładano dużo nadziei z racji powszechnie uznanych nazwisk reżyserów. Można było śledzić zarówno weteranów kinematografii, jak choćby Mike’a Leigh (pokazywano najnowszy jego obraz, „Kolejny rok”), ale i fantastyczne debiuty (wspomniany już Kaspar Munk). Nie obyło się bez zwrócenia uwagi na konkretny nurt w kinie, w tym wypadku były to nagradzane w Cannes filmy rumuńskie. Przypomniano wielkie dzieła, które poruszyły rzesze ludzi, a mianowicie „4 miesiące, 3 tygodnie i dwa dni” czy „Tak spędziłem koniec świata”, klasyki („Pałace w płomieniach” z 1965 roku) oraz filmy bardzo młode („Policjant, przymiotnik” z 2009 roku). Każdy z tych filmów charakteryzował się przede wszystkim oryginalnym, przemyślanym i błyskotliwym scenariuszem. Śmiało można powiedzieć, że w dewizie tego festiwalu, by stawiać na scenopisarstwo, kryje się jeden bardzo ważny cel – by widz się nie nudził, by mógł obejrzeć ją z zapartym tchem.

 

Film w filmie

Wniosek, by historia była dla widza frapująca, nasuwa się również po dokładniejszym przyjrzeniu się sekcji kina polskiego, zawsze bogatej i prezentującej twórczość niebanalną. Przede wszystkim przypominane są postaci częstokroć zapomniane bądź nieznane, szczególnie pośród młodych widzów, a przecież zapisały się w historii polskiej kinematografii grubą czcionką. Jedną z nich jest Edward Żebrowski (właśc. Edward Bernstein), scenarzysta i reżyser, znany przede wszystkim ze współpracy z Krzysztofem Zanussim. Również laureat zeszłorocznego Pióra Mistrza na festiwalu Lato Filmów właśnie. Jest to nagroda przyznawana od 2005 roku wybitnym scenarzystom filmowym. Otrzymali ją m.in. Tadeusz Konwicki, Jerzy S. Stawiński, Stanisław Różewicz, Józef Hen, Andrzej Mularczyk, Jerzy Janicki (pośmiertnie) i Krzysztof Zanussi. Nie dziwi więc wybór Żebrowskiego, skoro był wieloletnim współpracownikiem tego ostatniego. W retrospektywie pokazano jego największe dzieła, a wśród nich „W biały dzień” z 1980 roku, ze świetną rolą Michała Bajora. Jest to film historyczny na podstawie powieści „Zwierzęta zostały opłacone” Władysława Terleckiego. Opowiada o Pawle Świętorzeckim pseudonim „Biały”, rozdartym między obowiązkiem wypełnienia wyroku na oskarżonym o współpracę z tajną policją wybitnym pisarzu i publicyście a niepewności wobec jego faktycznej winy. Żebrowskiemu udało się w bardzo wiarygodny sposób nakreślić postać pełną sprzeczności, ani czarną, ani białą, w którą nowe życie tchnął Bajor. Nie jednak historyczne odniesienia były na tej edycji festiwalu przedmiotem największej uwagi.

 

Prosta_2.jpgKadr z filmu „Prosta historia o miłości”, reż. Arkadiusz Jakubik

 

Wyświetlono bowiem niecodzienny obraz Arkadiusza Jakubika, notabene jego debiut reżyserski. „Prosta historia o miłości” rozgrywa się na wielu płaszczyznach i, najprościej mówiąc, jest filmem w filmie. Pomysł na opowiedzenie o nieuchwytnym i trudnym do zdefiniowania uczuciu poprzez osadzenie historii dwojga głównych bohaterów w historii protagonistów ich scenariusza wzbudza podziw. Jakubikowi niestety nie udało się w stu procentach udźwignąć jego potencjału, chwilami można się pogubić, niemniej jednak zabieg jest realizowany konsekwentnie. Nic więc dziwnego, że „Prosta historia…” znalazła się na 17. Lecie Filmów, gromadząc na pokazie sporą liczbę osób. Reżyser traktuje widza jako równego sobie, choć puszcza do niego z ironią oczko, i wcale nie twierdzi, że to opowieść o miłości. Bardziej zainteresowany zdaje się być samą kwestią opowiadania, snucia bajki i przyglądania się życiu. Główny wniosek jest jeden – w życiu bardzo często zaciera się granica między tym, co rzeczywiste, a tym, co udawane. Dlatego ludzie niejako są nieustannie pogrążeni w realizowanych przez siebie filmach.

 

Objazdowy tabor

Uwrażliwienie odbiorców na kino to podstawowy cel organizatorów tego festiwalu, stąd za przykładem innych wielkich imprez filmowych (choćby wrocławskie Nowe Horyzonty czy warszawskie Pięć Smaków) powstało w zeszłym roku Lato Filmów w Drodze. Do pierwszej jego edycji, spośród pokaźnej ilości wartych uwagi tytułów, wybrano siedem filmów z różnych części świata i poruszających różne kwestie. Na liście znalazł się zdobywca Oscara i Złotego Globu w kategorii najlepszy film nieanglojęzyczny – „W lepszym świecie” Susanne Bier. Jest to poruszający dramat o człowieczeństwie i humanizmie, a także opowieść o zemście, winie i karze. Równie wstrząsający jest ”Przytul mnie” w reżyserii Kaspara Munka – historia o tym, jak całkiem nieoczekiwanie głupi żart przeobraża się w dramatyczny w skutkach konflikt, a granice miedzy ofiarami a katami przestają mieć znaczenie. Z pozoru „niemożliwego” doświadczają również bohaterowie jednego z najpiękniejszych filmów o miłości, jaki kiedykolwiek powstał – „Angèle i Tony” w rezyserii Alix Delaporte. Wszystkie obrazy wybrane do objazdowej edycji festiwalu charakteryzuje podejmowanie trudnej tematyki. Stąd też na liście znalazły się ”Studentki” – baczna obserwacja powszechnego dziś problemu, jakim jest seks za pieniądze, szczególnie wśród młodych ludzi. Oryginalną satyrą na współczesny świat – tutaj kanon mody i piękna, lansowany przez media – jest „Fryzjerka” Doris Dörrie oraz „Peepli!” Anusha Rizviego, opowiadająca o dzisiejszych Indiach, biurokracji, mediach i polityce. Jeśli zaś chodzi o tegoroczną edycją, nie ma jeszcze ogłoszonego pełnego programu, podano jednak najważniejsze tytuły tegorocznego Lata Filmów. Zobaczyć będzie można filmy, które nie weszły do kin, m.in. Przebaczenie krwi” (Srebrny Niedźwiedź – MFF Berlin) czy W pół drogi” (Zwycięzca Un Certain Regard MFF Cannes). Na wielkim ekranie zagoszczą także największe hity tego sezonu, takie jak Rozstanie” (reż. Asghar Ferhadi), W lepszym świecie” (reż. Susanne Bier) bądź Wymyk” (reż. Greg Zglinski).

 

Otwartość to podstawa

Lato Filmów to kolejny na mapie Polski festiwal, który pragnie uwrażliwić widzów na pewne istotne aspekty. Stąd pomysł wyjścia ku ludziom i wysłania filmów poza Warszawę do miast, gdzie też jest mnóstwo świadomych odbiorców. Dzięki temu więcej osób ma szansę zetknąć się z wielkimi dziełami na wielkim ekranie, gdyż często wiele z nich nie jest dostępnych nawet na DVD. A warto pamiętać takie nazwiska jak przywołany w zeszłym roku Edward Żebrowski. Co więcej, spora część festiwalowych tytułów nie trafia potem do polskiej dystrybucji, co bardzo dziwi, zważywszy, że są to historie wyjątkowo ciekawe, bądź wydawana jest tylko na DVD. Dlatego organizatorzy umożliwiają większej liczbie widzów obejrzenie wspaniałych premier w kinach. Płynie z tego prosty wniosek, że takie inicjatywy są jak najbardziej potrzebne i prezentowane filmy faktycznie trafiają w ten sposób do szerszego grona kinomaniaków. A w Lecie Filmów tkwi ogromny potencjał, od lat wykorzystywany w stałym, teraz warszawskim programie – a od roku objazdowo. Warto grubą kreską zaznaczyć miejsca na mapie z miastami, które obejmuje ten festiwal.