AfryKamera: Odyseja afrykańska

Pierwszy dzień festiwalu to przede wszystkim filmy o Czarnym Lądzie, z perspektywy człowieka Zachodu. Patrząc z dystansem na ten kontynent, starają się odtworzyć drogę, jaką przebyli Afrykanie walcząc o swoją wolność i godne życie.

Jeszcze przed uroczystym otwarciem w kinie Luna pokazano blok „Afryka w polskim obiektywie”. Ten zbiór pięciu dokumentów zrealizowanych na Czarnym Lądzie opowiada między innymi o sytuacji Koptów w Egipcie czy o nielegalnym handlu diamentami. Chałupnicza, niebezpieczna metoda, którą ubodzy Afrykanie wydobywają surowce, uświadamia, ile muszą ryzykować każdego dnia ludzie żyjący w skrajnej biedzie.

O godzinie 18:00 rozpoczął się pokaz specjalny filmu dokumentalnego „How much further?”. Jego tematem jest tułaczka ludzi zmuszonych z powodów politycznych i ekonomicznych na ucieczkę z Afryki do Europy. Uchodźcy przekonują się, że są niechciani w większości krajów, do których docierają, zwłaszcza w pogrążonej w kryzysie Grecji. Zastraszani przez nacjonalistyczne bojówki, żyjący w nieludzkich warunkach wspominają trudności, jakie musieli pokonać, by się tutaj dostać. Bohaterowie tego poruszającego filmu pytają, jak daleko i dokąd mają pójść, by móc żyć godnie i bezpiecznie. Po pokazie odbyła się dyskusja o sytuacji uchodźców w Polsce. Zaproszeni goście – wśród nich działacze organizacji pozarządowych oraz cudzoziemcy od lat mieszkający w kraju nad Wisłą – w umiarkowanie optymistyczny sposób wypowiadali się na ten temat.

 

Rasowy wyciskacz łez

Gwoździem środowego programu była oczywiście polska premiera filmu „Mandela: długa droga do wolności”, nominowanego do Oscara.

Historia tytułowego przywódcy (w tej roli Idris Elba) zaczyna się od rytuału męskiej inicjacji. Wtedy, włączony do społeczności jako jej pełnoprawny członek, zyskuje świadomość ciążących na nim obowiązków. Jako mężczyzna i obywatel musi dbać o byt swojego ludu. Później partia, na czele której stanie – Afrykański Kongres Narodowy – zacznie przypominać dobrze zgrane plemię. Tradycyjna, pierwotna kultura, niczym idea négritude, stanie się podstawą walki o tożsamość oraz godność rdzennych mieszkańców RPA.

Idris-Elba-Nelson-Mandela.jpg„Mandela: długa droga do wolności”, reż. Justin Chadwick


Jednak z początku prawnik Mandela koncentruje się na własnym sukcesie zawodowym, nie będąc do końca świadomym głębokości podziałów w społeczeństwie. Poznajemy go jako bon vivanta, porywczego i spragnionego życia, by stać się świadkami jego stopniowej przemiany. Z każdą kolejną represją zastosowaną przez dominującą mniejszość Burów, Nelson Mandela coraz bardziej uświadamia sobie absurdalność segregacji rasowej, jej rażącą niesprawiedliwość. Już jako polityk walczy wszelkimi dostępnymi środkami o równość wobec prawa, o godność czarnoskórych obywateli RPA. Tymczasem jego żona, Winnie, stara się podsycić ich gniew, by doprowadzić do siłowego rozwiązania.

Film jest pełen jednoznaczności, co jednak nie powinno dziwić, skoro powstał jako hołd pamięci Nelsona Mandeli i wyciskacz łez. Sceny bezinteresownej brutalności białych są ukazane w zwolnionym tempie, podobnie jak lament ciemnoskórych opłakujących swoich zmarłych. Opresje te wywołują ich nieprzejednaną nienawiść prowadzącą na skraj wojny domowej. Tymczasem Mandela, więziony przez 27 lat, uczy się pokory i konieczności przebaczenia niedawnym oprawcom. Staje się jedynym człowiekiem nawołującym do pokoju i miłości, czemu towarzyszy „Ordinary love” – przebój zespołu U2 stworzony na potrzeby filmu.

Zdjęcia autorstwa Lola Crawleya w tak uroczy sposób pokazują surowe piękno RPA, że tym bardziej życzy się skłóconemu narodowi pojednania. Z utęsknieniem czeka się aż w końcu Nelson Mandela odniesie pokojowy triumf nad nienawistnikami obu ras. Jednak droga do szczęśliwego zakończenia jest długa, co boleśnie odczuwa zarówno afrykański przywódca, jak i znużony długim seansem widz.

Film, który powstał po to, by poruszać, pozostawia zadziwiająco obojętnym. Wszystko to już kiedyś było: lepiej, ambitniej lub – przeciwnie – tandetniej. Z tej perspektywy „Mandela: długa droga do wolności” jest dziełem przeciętnym – dobrze nakręconym, ale pozbawionym polotu. Brakuje czegoś, co sprawiłoby, że film pozostałby na długo w pamięci widzów.