AfryKamera: Inalé

Inalé” to wielka produkcja nigeryjskiego zagłębia filmowego, ochrzczonego nazwą Nollywood. Zapowiadana jako film kostiumowy i musical. Każdy, kto myśli, że z tego połączenia powstała mieszanka bogatego Hollywood i roztańczonego Bollywood wyjdzie z kina zawiedziony.


Film oparty został na starej legendzie o księżniczce Inalé. Cała historia dzieje się w zamierzchłych czasach na terenach obecnej Nigerii. Piękna Inalé kocha najsilniejszego mężczyznę w wiosce – Odeh (w tej roli Hakeem Kae-Kazim). Para nie może być jednak razem, bo pojawia się obcy, który zdobywa rękę księżniczki w tradycyjnych zapasach. I tu zaczyna się cała akcja…

W „Inalé” jest wszystko, co tylko dało się w filmie umieścić. Jak na musical przystało, film jest pełen muzyki, od tradycyjnych afrykańskich bębnów, przez hawajskie tańce, blues, liryczne ballady, po wzniosłą muzykę poważną. Pewnie właśnie przez tę różnorodność i bogactwo różnych stylów, które wyszły spod ręki legendy funku Bongos Ikwue, film zdobył AMAA („Afrykańskie Oskary”) za Najlepszą Muzykę.

Mnóstwo efektów specjalnych i mniej specjalnych, zwolnienia i przyspieszenia tempa, filtry na obiektywie, zmiany balansu bielu już od samego początku męczą widza. Trawa raz jest soczyście zielona, w następnym ujęciu jawi się jak pomarańczowa poświata. Niespójność i niekonsekwencja autora zdjęć przez cały film drażnią widza. „Inalé” to arcydzieło błędu, o jakim nie śnili amerykańscy czy europejscy filmowcy.

inale - hakeem.pngHakeem Kae-Kazim jako Odeh w filmie „Inalé”


Dużo do życzenia pozostawia również sama gra aktorska, niejednolita i niespójna. W niektórych ujęciach film przypomina dokument z wioski afrykańskiej. Dzieci biegają boso dookoła chat, starcy siedzą w cieniu i dyskutują, brakuje tylko białego europejczyka, który wyjdzie zza palmy i opowie o tradycjach i zwyczajach plemienia. Jednak film nabiera wtedy realności, daje okazję widzowi do uwierzenia w wydarzenia, które dzieją się na ekranie. Ale po chwili realizmu pojawiają się aktorzy, którzy w iście teatralny sposób deklamują swoje kwestie. Pełne ekspresji, i nieraz sztuczności, dialogi albo monologi przyprawiają widza o uśmiech na twarzy. Czasami wydaje się, że scenarzysta uczył się pisać kwestie oglądając „Modę na sukces”. Długie monologi bohaterów wyrażające, jak im ciężko albo jak im brakuje ukochanego trącą nieraz śmiesznością i naiwnością.

Mimo tych wszystkich niedociągnięć, błędów i braku spójności „Inalé” niesie ze sobą dziwną energię, dzięki której widzowie wychodzący z kina i dyskutujący o wadach filmu, mają na twarzach wielki uśmiech. Idąc na ten film trzeba zapomnieć o zasadach i wzorcach z kina amerykańskiego czy europejskiego. To, co dla nas jest niedopuszczalne, tam jest odbierane za wielką zaletę.

 

Finalna scena wymazuje z pamięci wszystkie niedociągnięcia filmu. Można siedzieć przed ekranem i do samego końca patrzyć na bajkową zabawę z prawdziwie afrykańską muzyką. Pojawiają się napisy, a widz wciąż siedzi jak zaczarowany i słucha. Z „Inalé” płynie czysta i zwyczajna radość. Widz zaczyna się z niewiadomego do końca powodu cieszyć, zwłaszcza gdy na ekranie pojawia się Hakeem Kae-Kazim z największym uśmiechem świata. Chcąc zapomnieć o codzienności, uwiązaniu normami i zaleceniami naszej kultury, trzeba zobaczyć ten film. Mimo że nie jest to komedia, a poważny musical, „Inalé” wywołuje wzrost endorfin w organizmie i udowadnia, że nie trzeba być idealnym i zgodnym ze wszystkimi zasadami, żeby cieszyć i nieść radość.

 

Trailer filmu: http://www.youtube.com/watch?v=aGN5EnpvB38

 

„Inalé”

reż. Jeta Amata

Nigeria 2010