7 grzechów głównych w fotografii: Inspiracja cudzą fotografią

W czwartym wywiadzie o grzesznym powielaniu schematów, istotnej roli własnych doświadczeń oraz o woli eksperymentowania i muzycznych podróżach w poszukiwaniu inspiracji opowiada Tomek Sikora.

 

Julia Mieczkowska: Jest Pan fotografem, ale jednocześnie eksperymentatorem. Często zachęca Pan innych do sięgania po nowe, do nieustannego poszukiwania i zabawy. Czy to stanowi pewien sprzeciw wobec grzesznych aspektów współczesnej fotografii?

Tomek Sikora: Myślę, że tak, ponieważ ja ów grzech upatruję przede wszystkim w inspiracji cudzymi zdjęciami. Myślę, że fotografia, jak każda inna sztuka, powinna być szczerą wypowiedzią. Fotografia jest językiem, który szlifujemy po to, by móc na swój indywidualny sposób przekazać pewne informacje o sobie i o tym, co myślimy o świecie. Dlatego właśnie nigdy nie potrafiłem zrozumieć dlaczego większość fotografów inspiruje się nie swoją wewnętrzną potrzebą, a już gotowymi obrazami autorstwa innych twórców. Bo rozumiem, że można inspirować się innymi mediami artystycznymi, jednak wciąż pomysły muszą wtedy wynikać z tego, co mamy w sobie, co w nas narosło, co się w naszym życiu wydarzyło.

 

A jeśli w naszym życiu nie dzieje się tak wiele?

Jeśli to życie jest bardzo młode i nie pojawiły się w nim silne akcenty, wtedy trzeba za nimi gonić. Po prostu żyć i zbierać doświadczenia. Bo przecież nie mówi się o czymś, co nie jest ciekawe lub nie jest ważne. Kiedy mieszkałem w Australii, studenci po collage’u fotograficznym w Melbourne często konsultowali ze mną swoje portfolia. Pokazywali mi np. pięknie sfotografowany kufel z piwem, nienagannie oświetlony i perfekcyjnie wkomponowany w kadr, a ja przyznawałem, że to fantastyczne, że mogą próbować w reklamie, jednak nawet w reklamie nikt nie chce już oglądać kolejnych identycznych ujęć. Pytali wtedy, co mają dalej robić, a ja odpowiadałem: „Słuchajcie, idźcie do baru, tam się dzieje! Pracujcie w nocy, nie przepijajcie wszystkiego, odkładajcie na bilet dookoła świata i po roku się okaże, jak was życie potraktowało. Czy tak wami potrząsnęło, że chcecie o tym opowiadać, czy nie”. I po kilku latach ci ludzie przyznawali mi rację, ponieważ wcześniej oglądali książki, próbowali robić tak samo jak inni i to było bardzo nieszczere, to były czyste kopie. Inspiracja musi iść z własnych przeżyć, ze wszystkich wstrząsów, ale także ze wszystkich uniesień, bo przecież o fantastycznym wydarzeniu też chce się mówić.

 

kolekcja Marcel Marongiukolekcja Marcel Marongiu/fot. Tomek Sikora

 

Czyli nie rozmawiamy właściwie o inspiracji, ale o powielaniu schematów, odtwórczym kopiowaniu.

Ale współcześnie między jednym a drugim nie ma właściwie wielkiej różnicy. Ludzie bardzo często oglądają tysiące albumów – czego zresztą niestety wymaga się w szkołach – i zachwycają się pewnymi postaciami tak, że chcą podążać dokładnie ich tropem. I jest to nic innego, jak właśnie inspiracja czyimś stylem. Problem polega na tym, że ten styl nie krystalizował się tylko w wymiarze technicznym, ale w sposób naturalny rodził się także w absolutnym nieoderwaniu od przeżyć, które wstrząsały tym człowiekiem. Bo czym jest np. portret i fotografia portretowa? To nie jest światło, usadzenie człowieka na stołku i zrobienie zewnętrznego portretu. To portret wewnętrzny, opowiadanie o człowieku. To przeciwieństwo zdjęcia paszportowego, które jest typowym dokumentem, dzięki któremu mężczyzna na granicy może nas zidentyfikować. Jeśli chcemy o kimś opowiedzieć, musimy mieć pewne psychologiczne i filozoficzne podejście do fotografowanej osoby, musimy dowiedzieć się, kim jest ta postać. Trudno jest przejść przez ten proces, jeśli człowiek nie ma jakiegoś doświadczenia w obcowaniu z innymi ludźmi, bo właśnie to obcowanie powoduje, że natychmiast uczymy się tego, jak otworzyć inną osobę, zrozumieć ją i wejść w jej buty. Jeżeli skoncentrujemy się na chęci zrobienia zdjęcia wzorowanego na kimś innym, to czy chcemy tego, czy nie – będzie to bardzo powierzchowne. Będzie się opierało jedynie na aspektach technicznych.

 

Ludzie z mojej dzielnicy 2000 r.jpgz cyklu „Ludzie z mojej dzielnicy”/fot. Tomek Sikora

 

 

Czy to dotyczy jedynie młodych, niedoświadczonych fotografów, czy to powielanie schematów przeniknęło także do świata dojrzałych twórców?

Myślę, że to dotyczy wszystkich, ponieważ w pewnym momencie stało się to wręcz narzucane przez różne pisma. W Polsce zaczęto zlecać fotografom sesje mody, przedtem pokazując im wydruki z pism zachodnich i oczekując sesji dokładnie w takim stylu. W ten właśnie sposób zabija się absolutną indywidualność człowieka i każe mu się inspirować czyjąś twórczością. Być może jakiś fotograf widziałby to zupełnie inaczej, być może otworzyłaby się zupełnie inna droga.

 

Sugeruje Pan, że te inne drogi się w tej chwili nie otwierają?

Otwierają się, oczywiście. Po prostu nie tak często, jakbym tego chciał. W sklepach nadal większość okładek popularnych pism wygląda tak samo i mnie ta moda fotografowana w atelier doprowadza wręcz do złości, ponieważ wiem, ile te sesje kosztują. Jak można zatem zakończyć sesję mody na fotografii katalogowej? Jeśli dostajemy w swoje ręce osobę, która jest tworem z innej planety – bo tak bardzo często wygląda dziewczyna, która ma niesamowity makijaż i jest ubrana w jakieś para-teatralne stroje – to przecież natychmiast należy wziąć taki twór w swoje ręce i wynieść do innego świata. Stworzyć pewną nieprawdopodobną przestrzeń – bajkową, baśniową czy kompletnie surrealistyczną – i pozwolić, by wszyscy się nią bawili. Nie można tego po prostu postawić na białym tle i sfotografować, bo to potrafi każdy.

 

4porysikora3.jpgz cyklu „Cztery Pory Roku”/fot. Tomek Sikora


Więc jeśli poszukujemy swojego indywidualnego języka i stylu, nie powinniśmy oglądać innych zdjęć? Przecież współcześnie to utopia.

Absolutnie oglądać, po prostu musi istnieć pewna proporcja przeżyć do oglądania. My powinniśmy patrzeć z szacunkiem na to, co widzimy i natychmiast się od tego odcinać. To nam tylko powinno dodawać odwagi do własnych poszukiwań. Czasem można zainspirować się czyimś stylem, jednak żeby świadomie do niego przejść, należy próbować to robić bardzo powolnym krokiem, po drodze starając się przetwarzać ten styl na swój sposób. To musi wyniknąć z pewnego prawdziwego procesu, z naszego indywidualnego podejścia. Ludzie na starość są często niesamowici, bo potrafią namalować obraz trzema kreskami i w nim jest wszystko. Ale żeby dojść do takiego uproszczenia, żeby namalować te trzy kreski, najpierw trzeba przejść przez całe bogactwo warsztatu, narysować idealnie konia, Pałac Kultury i kilka innych rzeczy, mieć ten warsztat w ręku i potem krok po kroku dążyć do spersonalizowania swojego języka poprzez upraszczanie tej formy i dotarcie do plakatowego wręcz działania. Plakat polega na tym, że wystarczy jedna kropka i to działa. To pewien znak, który po prostu określa dzieło sztuki, które przedstawia.

 

Gdzie zatem szukać natchnienia? Czy jedynym twórczym i nieograniczającym sposobem inspiracji są według Pana własne doświadczenia?

Oczywiście nie jedynym. Bardzo cenne jest oglądanie sztuk plastycznych, chodzenie do teatru, a przede wszystkim słuchanie muzyki. Bo uważam, że najbardziej otwierającym elementem sztuki jest dla fotografa właśnie muzyka. Ona oczyszcza głowę, powoduje, że mózg staje się kompletnie wyizolowany. Potrafi wprowadzić człowieka na poziom zupełnej alienacji z rzeczywistością i często doprowadza do powstawania nieprawdopodobnych koncepcji i cudownych pomysłów, które zresztą bardzo szybko uciekają, jeśli się ich nie zanotuje – zupełnie jak we śnie.

 

Jednak do tego konieczna jest nieprzeciętna wyobraźnia, prawda?

Tak, ale myślę, że przede wszystkim potrzebne jest skupienie. My współcześnie przestaliśmy słuchać i oglądać. Idziemy do kina, a w międzyczasie żremy i gadamy, bo dla nas istotniejsze jest rozpoznanie aktora na ekranie, niż wejście w ten inny świat. Podobnie z muzyką. Muzyka towarzyszy nam przy okazji robienia innych rzeczy. Jak można wtedy wsłuchać się w kompozycję, która ma kilka warstw, która jest szalenie bogata i która jest tak trudna do ogarnięcia, że w momencie, w którym robi się inne rzeczy, zaczyna wręcz przeszkadzać? Nie da się. Jeśli nie nastąpi moment niesamowitego skupienia, nie będziemy w stanie się otworzyć – zarówno na treść, jak i wszelkie impulsy, które wypływają z tej muzyki. Tak samo jest z obrazami oglądanymi w galerii. Chodzenie na wernisaż jest bzdurą. Oczywiście, jeśli się idzie spotkać znajomych, to jak najbardziej, ale żeby tak naprawdę zrozumieć to, co wisi na ścianach, po prostu trzeba powiedzieć sobie: „Mam cztery godziny, biorę kanapkę, idę i albo chcę zrozumieć, albo nie”. Jeśli mam 15 minut i przelecę naokoło – nic z tego nie będzie.

 

Swinskie opowiastki 1992r.jpgz cyklu „Świńskie opowiastki”/fot. Tomek Sikora


A czy to maniakalne przeglądanie zdjęć nie polega również na tym, że poszukujemy w ten sposób swojej tożsamości i staramy się określić siebie względem czegoś innego?

Chyba nie do końca, bo właśnie ci, którzy oglądają, najczęściej się załamują i stwierdzają, że już wszystko zostało zrobione, że w portrecie już nic nie wymyślą. Ale przecież każdy sportretowany człowiek, to inna historia i trzeba opowiedzieć o nim inaczej. Jak można mówić, że wszystko już zostało zrobione? To zamyka właśnie grę indywidualnego myślenia. Oczywiście ma Pani rację, że my oglądając, w pewien sposób się sprawdzamy, ale właśnie kiedy zaczynamy się sprawdzać, to zamykamy tą największą wartość, która jest w człowieku, czyli wolę eksperymentowania.

 

Zatem dlaczego to robimy?

Bo się boimy. Nasza dziecięca odwaga została poskromiona przez wychowanie i szereg innych rzeczy, a proszę zwrócić uwagę na to, jak malują dzieci. Czy tam są jakiekolwiek zahamowania? Czy są jakieś proporcje? Tam to, co jest najważniejsze, jest największe! Dzieci opowiadają o rzeczywistości w taki sposób, w jaki ją widzą i to jest cenne. Potem uczy się je perspektywy, proporcji i tym samym uczy się je dokumentalizowania, a to nie ma nic wspólnego z tym, co przeżywają. Więc boimy się. Boimy się, że przestaniemy być częścią jakiejś społeczności, jednak moim zdaniem największą wartością każdej społeczności są indywidualiści i oni sobie ze wszystkim dają radę.

 

 

Portret z lampą na głowieTomek Sikora/fot. Julia Mieczkowska

 www.tomeksikora.eu

Tomek Sikora
Urodzony w 1948 roku w Warszawie w rodzinie artystycznej. Matka była malarką, ojciec znanym rzeźbiarzem. W wieku 20 lat wyjechał na rok do Paryża gdzie zajął się poważnie fotografią. Po powrocie do Polski przez 10 lat pracował jako fotoreporter dla tygodnika ilustrowanego Perspektywy. W tym czasie współpracował także z czołowymi polskimi grafikami tworząc plakaty teatralne i filmowe. W 1982 roku wyjechał do Australii, gdzie prowadził warsztaty fotograficzne w Victorian College of the Arts. Następnie założył studio fotografii reklamowej oraz kontynuował swoją działalność artystyczną. Był wielokrotnie nagradzany za kreatywność w fotografii. Do dzisiaj publikuje limitowane edycje swoich książek autorskich (65). W 2001 roku powołal do życia, wraz z Andrzejem Świetlikiem, Galerię Bezdomną promującą w wielu krajach fotografię niezależną. Jest autorem takich projektów jak: „Fotografia ruchoma“, „Chopin. Nastroje kompozytora w fotograficznych obrazach Tomka Sikory“, „Męskie granie“, „Album“,, “Alicja w Krainie Czarów”, „Genius Loci“, „Bajko-Nurki “, „213 km. pod Paryskim brukiem”, „Cztery po roku”, „Flow”, „Minął wiek “,„Istanbul – street photography“.

%d bloggers like this: