Wenezuelski majdan

Symbolem tragicznej sytuacji gospodarczej Wenezueli stał się papier toaletowy, a raczej jego brak. Półki sklepowe świecą pustkami, a ludzie wystają w kolejkach żeby zdobyć choć jedną rolkę. W końcu Wenezuelczycy postanowili powiedzieć dość zapaści gospodarczej i  nieudolnym rządom.

Tysiące ludzi wyszło na ulice wenezuelskich miast. Od ponad miesiąca protestują, domagając się zmiany władzy i poprawy sytuacji materialnej. W kraju, który ma złoża ropy większe od Iraku ludzie żyją w nędzy. W końcu zaczęli się domagać sprawiedliwości, równości i prawdziwej demokracji podobnie jak na Ukrainie.

 

Brakuje nawet leków

Towarem deficytowym w Wenezueli poza papierem toaletowym stała się również większość leków, czy choćby mleko w proszku dla najmłodszych dzieci. Wszystko z powodu szybującej inflacji, która przekroczyła już 50 proc. i kończących się rezerw walutowych. Wenezueli zaczyna po prostu brakować dolarów. Mimo, że kraj posiada 18 proc. wszystkich światowych zasobów ropy, a ceny tego surowca od 2000 roku szybują w górę osiągając już 108 dolarów za baryłkę, to już od czasów Hugo Chaveza z powodu złego zarządzania gospodarką i próby wprowadzania socjalistycznych refom jej wydobycie spadło. Większość pieniędzy publicznych na pomoc ubogim i ratowanie gospodarki została po prostu rozkradziona, a sprzyjała temu coraz większa korupcja elit rządzących.

 

Gniewni studenci

Na Ukrainie czarę goryczy, która doprowadziła do masowych protestów, przelało niepodpisanie przez prezydenta Janukowycza umowy stowarzyszeniowej z Unią Europejską. W Wenezueli iskrą zapalną był brutalny gwałt jakiego dopuszczono się na jednej ze studentek. Ludzie powiedzieli dość coraz większej przestępczości (24 tysiące morderstw w 2013 roku), plasującej kraj na piątym miejscu na świecie, wśród państw o najwyższym wskaźniku zbrodni. Co więcej stolica kraju, Caracas jest wśród dziesięciu najniebezpieczniejszych miast na świecie. Na początku, niecały miesiąc temu, na ulice większych miast wyszli głównie studenci. Skrzyknęli się na twitterze. Chcieli pokazać swoje niezadowolenie i gniew. Po krótkim czasie, podobnie jak na Ukrainie zaczęli do nich dołączać przedstawiciele opozycji, a potem całe rodziny. Po kilku dniach protesty przeciwko przestępczości zamieniły się w masowe demonstracje przeciwko sytuacji panującej w całym kraju.

Demonstranci budują barykadę na jeden z ulic Caracas/źródło: wikipedia

 

Heros rewolucji

Kontrolę nad protestującymi szybko starali się przejąć liderzy opozycji. Początkowo siły opozycyjne były, podobnie jak to miało miejsce na Ukrainie, zgodne. Niekwestionowanym przywódcą był polityk pochodzenia polskiego Henrique Capriles Radonski, gubernator stanu Miranda i kandydat w wyborach prezydenckich 2012 i 2013 roku, który nawoływał do umiarkowania i otwarcia się na nowe grupy społeczne celem wzmocnienia opozycji. Do tej pory jej elektoratem była głównie klasa średnia i wyższa. Manifestacje dają szansę zasilić szeregi opozycji ludźmi do tej pory niezdecydowanymi albo wiernymi prezydentowi Maduro. Im dłużej jednak trwają protesty tym bardziej opozycja staje się podzielona. Pewna jej część, podobnie jak na kijowskim majdanie się radykalizuje uważając, że władze można obalić wyłącznie siłą, na ulicy. Symbolem tej części opozycji jest Leopoldo Lopez. Ostatnio polityk ten z rozkazu władz został aresztowany za podżeganie do zamieszek i dla wielu stał się symbolem, wenezuelską „Julią Tymoszenko”.

Opposition_rally_1.jpgLudzie protestują po tym jak władza aresztowała Leopoldo Lopeza/źródło: wikipedia

 

Władza strzela w głowę

Pokojowe początkowo manifestacje zmieniły się w regularne walki z policją i siłami bezpieczeństwa. W powietrzu zaczęły latać płyty chodnikowe, koktajle mołotowa i ostra amunicja. Sceny z majdanu zaczęły się powtarzać na ulicach Caracas. W mieście Merida, na zachodzie kraju, demonstranci stworzyli „barykadowe miasteczko”, a gubernator całej prowincji nie radząc sobie z sytuacją wezwał na pomoc wojsko. O ile na Ukrainie milicja przez pewien czas „ograniczała” się do użycia gumowej amunicji i pałek o tyle w Wenezueli od razu poza tymi środkami użyto ostrej amunicji.

Według ostatnich danych w starciach zginęło już 32 osoby (zarówno policjanci jak i manifestujący), ponad trzysta zostało rannych, a dalsze tysiąc aresztowano. W wielu przypadkach funkcjonariusze Gwardii Narodowej strzelali bez ostrzeżenia, prosto w głowy protestujących. Jednak nie wszyscy zabici są ofiarami służb bezpieczeństwa. Część osób została pobita na śmierć przez związane z władzą bojówki działające na zasadzie ukraińskich tituszek. Co gorsze, zarówno opozycja jak i prezydent Maduro, zaczynają tracić kontrolę nad manifestantami i policjantami, którzy walczą nie słuchając już żadnych rozkazów.

Tear_gas_used_against_protest_in_Altamir.jpgPolicjanci używają gazu łzawiącego żeby rozgonić manifestacje/źródło: wikipedia

 

Prezydent wciąż silny

Mimo protestów ogarniających cały kraj władza prezydenta Maduro wydaje się nie zachwiana. Polityk wciąż korzysta i czerpie poparcie społeczne z kultu swojego poprzednika, budzącego tyle kontrowersji, socjalistycznego przywódcy „wenezuelskiej rewolucji” Hugo Chaveza. Mimo, że Maduro brakuje charyzmy swojego poprzednika i miernie go naśladuje, to wciąż głosowałoby na niego ponad 40 procent społeczeństwa, głównie ludzi uboższych, którzy uwierzyli w hasła socjalne i reformy ogłoszone jeszcze przez Chaveza. Gdyby wybory prezydenckie odbyły się dzisiaj, prawdopodobnie wygrał by je pokonując np. Henrique Caprilesa Radonskiego.

 

Dialogu nie będzie

Choć podobnie jak na Ukrainie, część państw regionu, w tym Brazylia i Urugwaju, próbują skłonić obie strony do negocjacji, to rozwiązanie dyplomatyczne nie jest raczej możliwe. O ile Janukowycza i władze Ukrainy potępiła większość państw w Europie o tyle wiele państw Ameryki Południowej i Środkowej popiera prezydenta Maduro. Poparcie dla wenezuelskiej władzy wynika stąd, że wiele krajów regionu jak np. Argentyna boją się, że podobne demonstracje i zamieszki mogą wybuchnąć i na ich terytorium. Inne jak Brazylia wolą poprzestać na apelach o mediacje i udawać, że nie widzą problemu twierdząc, że nie mają prawa ingerować w wewnętrzne sprawy sąsiada. Wszystkie kraje Organizacji Państw Amerykańskich, poza Stanami Zjednoczonymi, Panamą i Kanadą, poparły w specjalnej deklaracji „wysiłki” prezydenta Maduro w celu  przywróceniu pokoju i bezpieczeństwa w kraju na drodze negocjacji i dialogu. I choć prezydent faktycznie zaprosił do swojego pałacu Miraflores przedstawicieli biznesu, kościoła i dziennikarzy na „konferencje pokojową”, to zabrakło na niej przedstawicieli, domagających się lepszego życia, ludzi manifestujących na ulicach. Ci wciąż wychodzą na ulicę i liczą, jak wcześniej Ukraińcy, że uda im się zmienić kraj na lepsze.

            

Przy pisaniu artyułu korzystałem z informacji uzyskanych podczas rozmowy z Pawłem Zerką, analitykiem demosEUROPA