Żywe trupy

Wyglądają jakby wstali z grobu. I jest to całkiem uzasadnione. W warszawskiej Proximie dał koncert zespół Misfits w swoim nowym, kolejnym już, składzie

Wydarzenie od początku wzbudzało dużo emocji. Starzy fani zarzekali się, że ich noga na koncercie nie postanie, że nie chcą się rozczarować. Młodzi, ekscytujący się legendą zespołu, czekali na występ z niecierpliwością. Na forach internetowych toczyły się zażarte kłótnie. Jednak wielu chciało zobaczyć koncert z czystej ciekawości i bilety sprzedały się w bardzo krótkim czasie.

Laicy zapewne nie są w stanie zrozumieć, skąd walki o wejście na występ tej kapeli. Przypomnijmy więc kim są. Zespół powstał w 1977 roku w stanie New Jersey z inicjatywy wokalisty Glenna Danziga i basisty Jerry’ego Only. W warstwie muzycznej nie wnieśli nic nowego, możemy śmiało porównać ich do takich legend punk rocka jak Sex Pistols czy Ramones. Jednak przez stylistykę, inspirowaną horrorami i filmami science-fiction, stworzyli swój psychodeliczny i groteskowy wizerunek. Są jedynymi i niezaprzeczalnymi twórcami gatunku zwanego horror punkiem.

Nie można poddać w wątpliwość ich wpływu na całą kulturę otaczającą szeroko pojętą muzykę rockową. Logo zespołu, Crimson Ghost Skull, na stałe trafiło do zbioru symboli punk rocka. Gotyckie stylizacje inspirowały członków takich formacji jak Metallica, a charakterystyczna fryzura Jerry’ego Only stała się ikoną, z której czerpią frontmani zespołów z Chin czy Japonii.

Bez tytułu

Jednak legenda to za mało, żeby dać dobry koncert. Z pierwotnego składu ostał się jedynie basista, który wskrzesił trupa, aby strumyczek z dolarami nie wysechł. Ale panowie po pięćdziesiątce nie ruszają się już tak żwawo jak kiedyś. Nie wiadomo, czy złe nagłośnienie było spowodowane kiepskimi warunkami w klubie, czy miało zatuszować braki w możliwościach muzyków. Wszyscy jednak skarżyli się po wyjściu na koszmarny ból uszu. Młoda publika, nieprzyzwyczajona do punkowych koncertów, krzywiła się na pogo pod sceną, a wyjadaczom trudno było wytrzymać atmosferę na trzeźwo.

Powrót Misfits to historia nie bez kontrowersji. Tak naprawdę rozpadli się już w 1983 roku, po sześciu latach wspólnego grania. Po latach procesu między założycielami zespołu, możliwość używania nazwy otrzymał Jerry Only, Danzig zaś prawa do starszych utworów. Do grupy dołączył wtedy kolejny charyzmatyczny członek, Michale Graves, którego wokal idealnie komponował się ze stylistyką utworów zespołu. Zakończył jednak swoją przygodę z Misfits w 2000 roku, od tamtej pory śpiewem zajmuje się sam Jerry. To był początek końca świetności kapeli. Ostatni album z 2011 roku, „The Devil’s Rain” zebrał nieprzychylne opinie zarówno krytyków, jak i wielu fanów.

Bez tytułu

Czy warto było wyciągać Titanica? Historia zna wiele przypadków odgrzewania muzycznych kotletów. Jednym z nich jest Rage Against the Machine, kapela z Los Angeles utrzymująca się w stylistyce rapcore. W 2000 roku jej członkowie ogłosili, że nie są w stanie dłużej ze sobą współpracować z przyczyn ideologocznych. Zaangażowali się w inne projekty. W 2007 nieoczekiwanie powrócili na scenę, nie nagrali jednak nowej płyty. Chyba można przypuszczać, że o zejściu się składu zdecydowały przychody z koncertów. Inaczej sytuacja wyglądała w przypadku crossoverowego niemieckiego zespołu Guano Apes, który w 2005 rozwiązał się właśnie z przyczyn finansowych. Chęć wspólnego nagrywania była jednak większa i muzycy od prawie trzech lat znów koncertują, a w kwietniu ubiegłego roku wydali nową płytę.

Artyści powinni zastanowić się, czy na pewno mają coś do przekazania swoim słuchaczom, czy nie chcą grać dalej jedynie dla zysków z koncertów. Wielu fanów Misfits na pewno ucieszyłoby się, gdyby ich idole nie szargali tak bardzo swojej opinii. W tym wypadku nie warto było wyciągać trupa z grobu.