'

Dziś Ameryka myśli pozytywnie. Na pierwszy rzut oka brzmi to niewinnie…

W epoce coachingu, podcastów motywacyjnych i mediów społecznościowych przywykliśmy do tego, że ze wszystkich stron docierają do nas nakazy myślenia pozytywnego, wiary w siebie i niepoddawania się, tak bardzo, że często przestaliśmy je w ogóle zauważać. Brzmią jak banał XXI wieku, produkt influencerów z Instagrama i współczesnych guru rozwoju osobistego. Tymczasem to złudzenie. Pozytywne myślenie nie jest ani nowe, ani niewinne. To sposób postrzegania świata, który narodził się dekady temu i który dziś realnie wpływa na globalną politykę, władzę i los całego świata. A jego najbardziej wyrazistym produktem nie jest współczesny zoomer, lecz prezydent Stanów Zjednoczonych, który w tym roku kończy 80 lat – Donald Trump.

Pozytywne myślenie w amerykańskim wydaniu nie wzięło się znikąd. Jego zapleczem była idea „amerykańskiego snu” – przekonanie, że każdy może osiągnąć sukces, jeśli tylko wystarczająco mocno w niego uwierzy. Mit ten ma XIX-wieczne korzenie, lecz prawdziwą siłę zyskał po Wielkim Kryzysie, gdy Ameryka potrzebowała nowej narracji. W latach powojennych stał się ideologiczną odpowiedzią na komunizm, a w latach 50. I 60. Przekształcił się w sposób myślenia, w którym porażka była osobistą winą, a sukces dowodem moralnej wartości. Od tego momentu pozytywne myślenie przestało być techniką psychologiczną. Stało się ideologią.

Główny ideolog Ameryki
W samym środku zimnej wojny i napięcia nuklearnego na scenę wchodzi Norman Vincent Peale. Amerykański pastor, pisarz i kaznodzieja, który w istocie stał się jednym z głównych ideologów nie tylko Donalda Trumpa, lecz także współczesnej Ameryki. Peale nadał amerykańskiemu snowi formę doktryny. Nauczył całe pokolenia, że wiara w sukces jest ważniejsza niż jego realne podstawy, a porażka istnieje tylko wtedy, gdy człowiek się do niej przyzna. Donald Trump idealnie wpisał się w ten model, a może wręcz stał się jego najbardziej spektakularnym ucieleśnieniem. Biorąc pod uwagę jego migranckie pochodzenie oraz historię rodzinną, w której dziadek Trumpa uciekł przed poborem do wojska z Niemiec, znalazł schronienie w Stanach Zjednoczonych, a następnie dorobił się fortuny. Trudno o bardziej klasyczny przykład amerykańskiego snu! A Donald Trump jest jego najbardziej wyrazistą, bezwstydną i konsekwentną realizacją.

Norman Vincent Peale nie był jednak wyłącznie autorem popularnej książki. Był twórcą spójnego systemu myślenia, w którym religia, psychologia i sukces ekonomiczny stapiały się w jedno. Jego bestseller The Power of Positive Thinking (Siła pozytywnego myślenia) nie oferował analizy rzeczywistości, lecz instrukcję jej mentalnego przepisania. Świat nie miał być zrozumiany — miał zostać podporządkowany narracji.

Ważną rolę pełniły też relacje Peale’a z rodziną Trumpów: miały one charakter nie tylko ideowy, lecz także osobisty. To w Marble Collegiate Church w Nowym Jorku, gdzie Peale przez lata głosił swoje kazania, Donald Trump brał ślub ze swoją pierwszą żoną. Pastor nie był dla Trumpa zewnętrznym autorytetem: był częścią jego świata, duchowym przewodnikiem i symbolem sukcesu, który nie wymagał refleksji, a jedynie wiary. Właśnie dlatego zbieżność między myślą Peale’a a późniejszymi książkami Donalda Trumpa nie jest przypadkowa. W swojej książce The Art of the Comeback (Sztuka powrotu) Trump wielokrotnie powtarza te same schematy myślowe: nie uznawaj porażki, nie analizuj klęski, zmień narrację i idź dalej. Język tej książki, podobnie jak język jego publicznych wystąpień, brzmi jak świecka wersja kazań Peale’a. To ta sama wiara w siłę autosugestii, ta sama niechęć do faktów i to samo przekonanie, że rzeczywistość jest plastyczna, jeśli tylko wystarczająco mocno w nią uwierzysz.

Triumf narracji nad rzeczywistością
Trump wielokrotnie bankrutował, przegrywał procesy i tracił majątek. A jednak za każdym razem wracał, często silniejszy wizerunkowo niż wcześniej. Nie dlatego, że wyciągał wnioski. Lecz dlatego, że nigdy nie uznawał porażki za realną. To klasyczne zastosowanie nauk Peale’a: nie analizuj klęski, nie internalizuj jej, nie uznawaj jej istnienia. Przepisz historię. Zmień narrację. Ogłoś zwycięstwo, nawet jeśli wszyscy widzą przegraną. W biznesie bywa to skuteczne. W polityce – bywa niebezpieczne.

Niebezpieczne, ale skuteczne. Dowodem na to były wydarzenia z 2024 roku, kiedy amerykańska scena polityczna znalazła się na granicy realnej przemocy. Próby zamachów na Donalda Trumpa, aktywnie relacjonowane przez media,pokazały, że filozofia Peale’a nigdy nie gwarantowała bezpieczeństwa. Gwarantowała coś innego: natychmiastową mobilizację narracyjną. Każde zagrożenie, każdy kryzys i każdy moment chaosu został błyskawicznie przepisany na opowieść o sile, odporności i przeznaczeniu. Zamiast refleksji – demonstracja pewności. Zamiast wycofania – ofensywa. Trump, zgodnie z logiką pozytywnego myślenia, nie reagował na fakty, lecz na ich interpretację. A tę kontrolował bezbłędnie. To właśnie dlatego kolejne miesiące kampanii nie osłabiły jego pozycji w oczach zwolenników. A wynik wyborów prezydenckich z 5 listopada 2024 roku,niezależnie od politycznych ocen, był dla Trumpa triumfem narracji nad rzeczywistością. Peale nie obiecywał bezpieczeństwa. Obiecywał skuteczność. I właśnie tę lekcję Donald Trump przyswoił do perfekcji.

Prezydent, który nie musi mieć racji
Czy należy winić Peale’a za to, że Donald Trump grozi dziś przejęciem Grenlandii i stawia świat na krawędzi realnego globalnego konfliktu? Oczywiście, że nie. Nie można też odbierać sprawczości samemu Trumpowi. To on nie tylko uwierzył w tę ideologię, lecz uczynił z niej realny model życia i politycznego działania. Mimo dość konserwatywnych poglądów, których zresztą nie zawsze się trzymał, swobodnie zmieniając barwy partyjne w latach dwutysięcznych, nie został pastorem, jak Norman Vincent Peale. Został prezydentem. Prezydentem Stanów Zjednoczonych, jednego z kluczowych graczy światowej polityki. I zrobił to po raz drugi, w wieku 78 lat.

Czy to manipulacja polityczna? Tak. Czy jest skuteczna? Również tak. I właśnie skuteczność jest głównym hasłem Trumpa. Dlaczego Amerykanom to się podoba? Dlaczego został wybrany mimo skandali, mimo oskarżeń związanych ze szturmem na Kapitol, mimo realnej groźby wieloletniego więzienia? Odpowiedź mówi więcej o społeczeństwie niż o samym Trumpie. Co naprawdę chcemy słyszeć: niewygodne fakty czy obietnice siły? Czy wolimy prawdę, czy pewność siebie u steru państwa — nawet jeśli nie wiemy, czy obietnice zostaną spełnione? I nie chodzi wyłącznie o Trumpa. Postacie próbujące naśladować trumpizm – jego styl, narrację i język – pojawiają się dziś wszędzie. Wielu polityków, także w Polsce, przejęło ten sposób komunikacji. Ale jedno pozostaje niepodrabialne: Donalda Trumpa nie da się odegrać. To nie jest wyłącznie medialna kreacja zbudowana na tweetach i telewizyjnych prowokacjach. To życie podporządkowane wierze w skuteczność własnej narracji. Wierze, która zaprowadziła go tam, gdzie jest. I która zaprowadziła świat do miejsca, które codziennie oglądamy na pierwszych stronach gazet.

Najpiękniejsze Jarmarki Bożonarodzeniowe
Sezon na odwiedzanie Jarmarków Bożonarodzeniowych właśnie się rozpoczął. Gdzie najlepiej...
Bez hamulców w Hardkor Disko
Krzysztof Skonieczny, twórca wielekrotnie nagradzanych teledysków dla m.in. Brodki, Nosowskiej,...
Krew, seks i zemsta
W marcu HBO rozpocznie emisję nowego serialu „Spartakus: Zemsta”. To...
Sezon na festiwale fotograficzne
Właściwie z sezonem na festiwale fotograficzne jest jak z sezonem...
Horror podczas Halloween

W mijający długi weekend Polacy najczęściej myśleli o składaniu wizyt...