Tarantino w spódnicy

Zamiast Stalina na ścianach każdej instytucji i domu wisi portret dyktatora-reżysera. Panuje filmowy reżim. To nieprawda, ale bardzo w stylu Laili Pakalniny. Z łotewską reżyserką o filmowej dyktaturze, świecie do góry nogami i polskim kinie rozmawiała Marta Woźniak.

 

laila_3.jpgW tym roku Laila Pakalnina była jurorką konkursu Czarny Koń podczas trzeciej edycji Międzynarodowego Festiwalu Filmów Niezależnych Ars Independent w Katowicach. fot. Michał Romański

 

Mając przed oczami twoje filmy nie wykluczam, że kiedyś zobaczę filmowy reżim z dyktatorem-reżyserem na ścianie. Gdybyśmy żyli w filmowym reżimie, a na ścianie miałby zawisnąć właśnie taki dyktator, to kto nim by był?

Szczerze powiedziawszy wolałabym kogoś, kto nie będzie okrutny. Chyba wybrałabym Godarda, w każdym razie jakiegoś francuskiego reżysera. Nie twierdzę oczywiście, że jako naród są słabi, ale skoro mówimy o dyktaturze filmu, filmu czyli sztuki, a Francuzi świetnie orientują się w sztuce, to wybór pada na francuskiego artystę. Nie podoba mi się idea „prowadzenia narodu”, ja wolę wolność i myślę, że będąc pod francuską dyktaturą byłoby więcej wolności w sztuce. Tak myślę o Godardzie, Truffaut albo o Fellinim, który jest co prawda Włochem, ale to nie przeszkadza.

Jest jednak jeden reżyser, który nie mógłby być wodzem. Jego film „Melancholia” jest świetny, ale nie wyobrażam sobie dyktatury Larsa Von Triera. To samo się tyczy Tarantino.

 

Przekreślasz Tarantino? Kiedy rozmawiałam z innymi o Twoich filmach, podczas festiwalu Ars Independent 2013 dochodziło do porównań ciebie z Davidem Lynchem, z Emirem Kusturicą, i właśnie z Quentinem Tarantino.

Nie przekreślam Tarantino, bardzo sobie go cenię jako reżysera, a w szczególności te filmy, których ludzie za bardzo nie lubią, wiesz, tak na przekór. Ale jako dyktator niestety byłby okrutny. Uważam, że film „Bękarty wojny” jest genialny – to się właśnie nazywa artystyczna wolność, o której wspominałam. Tarantino pokazuje, że z filmowym porządkiem świata możesz zrobić wszystko.

 

kadr z filmu pozar.jpgKadr z krótkometrażowego filmu „Pożar” (2007)

 

Przecież Ty robisz dokładnie to samo, wszystko jest do góry nogami. W „Zakładniku” porywaczem samolotu okazuje się kilkuletni chłopiec, a zakładnikiem dorosły mężczyzna. W „Pizzas” dwóch pracowników pizzerii kradnie sejf oraz… gigantycznego rożka lodowego. Zastanawia mnie, co cię najbardziej interesuje w kinie: prawda czy śmiech?

Właściwie jedno i drugie. Widzisz, śmiech tak naprawdę nie jest celem. Niby jest wszystko na opak i to jest śmieszne, ale zauważ, że w prawdziwym życiu też jest pomieszanie z poplątaniem. W „Pizzas” jest scena, jak dwóch chłopaków jedzie przez las i w pewnym momencie jeden z nich widzi skrzata. Tak naprawdę nie jest to skrzat, tylko mały zagubiony chłopczyk w czerwonej czapce. Możesz spotkać skrzata, który nie jest do końca tym o czym wcześniej myślałeś, ale to jest możliwe. Ja chcę moimi filmami walczyć z nudą, z marazmem, który większość ludzi widzi w swoich życiach. Wydaje mi się, że ten marazm jest spowodowany literaturą klasyczną, która jest taka poważna i poprawna, i taka od-do. Nie mam nic przeciwko klasyce, ale wydaje mi się, że nie mamy w sobie w ogóle luzu, jesteśmy spięci. Wszystko jest poprawne i nudne, a tak naprawdę obok nas dzieje się mnóstwo niesamowitych rzeczy, takich niecodziennych, a jednak wpisujących się w codzienność, tylko trzeba je odkryć.

 

W „Zakładniku” biathloniści są wyborowymi strzelcami, a sam zakładnik dorosłym facetem uprowadzonym przez chłopca. To jest zakręcone.

Oj, przestań! Polacy też mają zakręconych reżyserów np. Grzegorza Królikiewicza, nie musicie jechać do Rygi. Co prawda to nie jest mój typ filmowego szaleństwa ale on jest dopiero zakręcony! Wy, Polacy, w ogóle macie świetną historię kina, której Wam szczerze zazdroszczę.

 

Do różnic między polską i łotewską kinematografią wrócimy za chwilę. Jesteś po moskiewskiej filmówce, i powiedziałaś kiedyś, że będziesz robić tylko i wyłącznie dokumenty, a na koncie masz już cztery pełnometrażówki, więc dlaczego zmieniłaś zdanie?

Zawsze chciałam robić dokumenty, a świat był zawsze tak ciekawy, że chciałam łapać tylko chwile. Jeśli chodzi o filmy fabularne to lubiłam je po prostu oglądać. Sześć lat po szkole, stwierdziłam, że przecież film to film, bez różnicy czy nazwiemy go dokumentem czy fikcją, a fikcją jednak możemy pokierować.

 

Nie miałaś trudności, żeby przejść z planu dokumentalnego na plan fabularny?

Jak studiowałam film dokumentalny, to nigdy nie byłam na planie fabuły. Jasne – wiedziałam co to film, przecież byłam po filmówce, ale miałam z tyłu głowy, że plan fabuły różni się od tego, co robiłam wcześniej. Pierwszy długi metraż to był „Pantofelek”. Mieliśmy już zrobione storyboardy, role obsadzone, cały ten filmowy entourage dopięty na ostatni guzik. Zapytałam się mojego kamerzysty, który był bardziej doświadczony niż ja, co ja mam powiedzieć? Akcja, stop, cięcie czy jak? Nie wiem skąd się to wzięło, ale podobno w każdym kraju mówi się inaczej – na Łotwie zamiast „akcja” mówi się „motor”. Mój kamerzysta powiedział, że w sumie to nie muszę nic mówić. Cieszyłam się jak cholera, że moje kolejne marzenie się spełnia i w końcu powiedziałam to, „akcja”! Pierwsza scena w „Pantofelku” to scena z chłopcami na dziedzińcu, przychodzą żołnierze, wszystko się nagrywa, ale coś było nie tak. Nagle kamerzysta mówi do mnie: powiedz stop! Ja, będąc w amoku, kompletnie zapomniałam o tym, że film kręcimy na 35mm, i każda minuta to tak naprawdę kręcące się pieniądze, a ja stałam jak słup soli i się cieszyłam nie wiadomo z czego.

 

Wróćmy do pytania o łotewskie i polskie kino. Powiedz, jak wygląda przemysł filmowy na Łotwie?

My nie mamy przemysłu filmowego. Możemy mówić o trzech do czterech filmów pełnometrażowych na rok, zdarza się, że na rok produkuje się tylko dwa filmy. Na moje szczęście dokumenty, zaraz obok animacji, są bardziej popularnymi produkcjami, ale fabuły? Zapomnij! Porównując nasze kraje polska historia kina jest nieporównywalna do łotewskiej. Wasze dzieje filmu można uporządkować chronologicznie, a na Łotwie, no cóż…

 

kard z filmu pizzas.jpgKadr z filmu „Pizza”, 2012r.

W takim razie, które polskie filmy cenisz sobie najbardziej?

Bardzo lubię „Nóż w wodzie” Polańskiego, i ciągle pamiętam film Wajdy „Popiół i diament”. Oczywiście filmy Kieślowskiego, moim ulubionym jest „Amator”. I jak już wspominałam – Królikiewicz, który robi na mnie największe wrażenie z całej polskiej kinematografii. Pamiętam jego debiutancki film „Na wylot”, gdzie artysta malarz zabija staruszków. To świetne i mocne kino.

 

Niejednokrotnie odwiedzałaś Polskę, czy to za sprawą Warszawskiego Festiwalu Filmowego, czy też twój montażysta jest Polakiem. Gdybyś miała zrobić film o Polsce to o czym?

Nigdy nie myślałam o filmie poza granicami mojego kraju, aczkolwiek zawsze myślałam o Polsce, jako o kraju niezwykle filmowym. Jest kilka miejsc, w których chciałabym zrobić film np. w Warszawie. To chyba dlatego, że mój montażysta tu mieszka i pokazywał mi miasto. Największą uwagę zwróciłam na schody, macie strasznie dużo fajnych schodów do kręcenia ujęć! To samo ze skrzynkami pocztowymi. Są takie maleńkie, w ogóle nie można tam włożyć gazety, tylko list. To są takie drobne detale, które bardzo lubię odkrywać, a później eksponować.

 

A zdarzyła Ci się jakaś filmowa historia, tutaj w Polsce?

Właśnie! Na pewno, gdybym miała robić film o Polsce wplotłabym też historię, która mi się przytrafiła pod koniec lat 90., kiedy przyjechałam do Warszawy na festiwal filmowy. Postanowiłam, że pójdę popływać. Wsiadłam do hotelowej windy i nie wiem jak to się stało, ale znalazłam się w piwnicy, gdzie było ciemno, brudno i przerażająco, a ja w kapciach i stroju kąpielowym, i co teraz? W tej piwnicy byli też robotnicy. Zapytałam się jednego z nich po angielsku, że szukam basenu. Nie zrozumiał, więc zaczęłam mówić po rosyjsku. Robotnik zaczął mnie prowadzić jakąś okrężną, dziwną drogą, a kiedy już dotarliśmy okazało się, że w basenie nie ma wody, jest nieczynny. Nagle pojawiła się jakaś kobieta i zaczęła krzyczeć, co my tutaj robimy, a ja jeszcze w tym stroju kąpielowym musiałam wyglądać naprawdę komicznie. Już się zbieram do tłumaczenia, że się zgubiłam, a ten robotnik, wyobraź sobie, udał, że mnie nie zna i też zaczął na mnie krzyczeć. Wybiegłam stamtąd i znowu trafiłam w jakieś dziwne miejsce, to była chyba pralnia. Szybko poszukałam windy i skierowałam się do góry. Może właśnie powinnam o tym zrobić film? O tych ciemnych stronach punktów usługowych.

 

Myślę, że gdybyś zrobiła taki film, też nie mogłabyś zostać dyktatorem filmowym.

Kiedyś na Warszawskim Festiwalu Filmowym po filmie „Zakładnik” miałam spotkanie autorskie. Było bardzo późno, zaczęliśmy dyskutować, aż w pewnym momencie zasnęłam. Nie patrz tak na mnie, naprawdę zasnęłam, byłam strasznie zmęczona! Kiedyś też byłam tak bardzo zmęczona i jechałam na rowerze, i też na nim zasnęłam, to było stosunkowo niedawno. A na tym spotkaniu od razu się obudziłam, bo wszyscy zaczęli się śmiać. Jak widzisz, ja się po prostu nie nadaję na dyktatora.

 

Laila Pakalnina, ur. 1962 – łotewska reżyserka i scenarzystka. W 1986 roku ukończyła studia na Wydziale Dziennikarstwa Telewizyjnego na Uniwersytecie Moskiewskim, a w 1991 roku ukończyła studia na Wydziale Reżyserii Filmowej w Moskiewskim Instytucie Filmowym (VGIK). Na swoim koncie ma 22 dokumentów, 5 filmów krótkometrażowych i 4 pełnometrażowe filmy fabularne. Jej twórczośćć widziała publiczność festiwali w Cannes, Wenecji, Berlinie a także Warszawskiego Festiwalu Filmowego i Międzynarodowego Festiwalu Filmów Niezależnych Ars Independent.