Moonlight [RECENZJA]

Świat długo czekał na taką historię. Barry Jenkins opowiada o dojrzewaniu czarnoskórego homoseksualisty w zaklętym kręgu getta. Moonlight ściska nas za gardło i razi panoszącą się przemocą, a przy okazji odkrywa subtelności poznawania własnego „ja”. Dodatkowo udowadnia, że niezależne, niskobudżetowe kino ma niekiedy większą siłę przebicia niż wielomilionowe produkcje.

fot. David Bornfriend
fot. David Bornfriend

Głównego bohatera — Chirona — poznajemy na przestrzeni trzech rozdziałów, czyli trzech przełomowych etapów jego życia. Na początku to skryty chłopiec bez prawdziwego domu. Jego toksyczne relacje z uzależnioną od narkotyków matką zmuszają go do szukania męskiego oparcia. Pewnego razu, ukrywając się przed swoimi oprawcami w narkomańskim squacie, poznaje lokalnego dilera — Juana. On zastępuje mu jego prawdziwy dom i jako pierwszy uczy akceptacji podświadomie odczuwanego homoseksualizmu. Następnie obserwujemy dojrzewanie Chirona. Staje się on zupełnie samotny, praktycznie nie może już liczyć na nikogo. W szkole doświadcza ciągłych upokorzeń, a sam nie umie poradzić sobie ze swoją odmiennością. To również moment jego pierwszych bolesnych doświadczeń seksualnych. W końcu postawiony pod ścianą musi stawić czoła swoim oprawcom. Coś w nim pęka, staje się zupełnie inną osobą — twardą jak ściana. W trzecim rozdziale jest już dojrzałym mężczyzną, zupełnie innym niż w poprzednich częściach. W końcu cieszy się uznaniem ulicy, a jednocześnie nadal szuka akceptacji i zrozumienia dla swojej odmienności.

fot. David Bornfriend
fot. David Bornfriend

Kino afroamerykańskie w końcu doczekało się tak głośnego filmu. Moonlight to uliczna wersja Boyhood i Tajemnicy Brokeback Mountain. Barry Jenkins poruszył temat niezwykle delikatny, praktycznie niezauważalny. W patriarchalnym świecie miejskich gangów, gdzie siłą zdobywa się uznanie i dominacje, umieszcza bohatera-homoseksualistę. Chiron to bardzo niejednoznaczna postać, od najmłodszych lat borykająca się ze swoją odmiennością. Jest nieustannie poniżany, zarówno przez rówieśników, jak i ukochane osoby. Z każdą sekundą trwania filmu uświadamiamy sobie, że w tym świecie po prostu nie ma dla niego miejsca. Jednak to ciągłe cierpienie w żadnym stopniu nie jest fetyszyzowane. Barry Jenkins balansuje pomiędzy ulicznym klimatem a subtelnościami szukania własnej tożsamości. Całość obrazu dopełniają zdjęcia Jamesa Laxtona, będące kontrastem delikatności i siły. Film kręcony z ręki jest wyrażony niezwykle intensywną paletą barw, podkreślającą znaczenie nawet najmniejszego detalu tej historii.

fot. David Bornfriend
fot. David Bornfriend

W postać Chirona wciela się trzech różnych aktorów. Każda kreacja to zupełnie inny etap życia bohatera, dlatego ciężko w jakikolwiek sposób porównać ich między sobą. Zdecydowanie największym wyzwaniem było pokazanie dojrzewania Chirona. Wcielający się w jego postać Ashton Sanders świetnie potrafi wyczuć narastającą w nim przez lata frustrację. Jest wyrazisty, a także odważny, co potwierdza w ujęciach przepełnionych agresją czy zmysłowych chwilach pierwszego zbliżenia. Fenomen Moonlight wyraża się również dzięki genialnie napisanym rolom drugoplanowym. To one głównie tworzą klimat afroamerykańskiego getta. Szczególnie intrygujący jest Juan grany przez Mahershala Aliego. Dramat tej postaci polega na tym, że jest on zarówno zbawcą Chirona, jak i dilerem sprzedającym narkotyki jego matce.  Od zaklętego kręgu getta nigdy nie można uciec.

fot. David Bornfriend
fot. David Bornfriend

Moonlight może okazać się czarnym koniem tegorocznej gali oscarowej. To niesamowite, że tak niszowy film jest wymieniany w gronie faworytów. Barry Jenkins stworzył obraz, którego dotychczas nie było. Otwiera nam oczy na dramat ludzi przeżywających takie historie każdego dnia. Po obejrzeniu Moonlight pozostaje nam tylko trwałe uczucie beznadziei, świadczące o niesamowitej sile tej historii.

 

Dodaj komentarz