Zagubione w lizbońskiej mozaice

Urokliwe uliczki, na których zatańczysz nocą. Potrawy  prosto z serca szefów kuchni. Miasto, które na każdym kroku może Cię zaskoczyć. Po prostu Lizbona.

Godzina 19. Lądujemy. Z przyjaciółką udajemy się do metra, aby dojechać do centralnej dzielnicy. Cztery linie, w których na szczęście nie można się zgubić ze względu na dobre oznakowanie. W trakcie podróży pierwszy raz obserwujemy mieszkańców Lizbony. Mamy marzec. Dostrzegamy uśmiechniętych ludzi i ich różnorodność, którą widać między innymi w ubiorze. Noszą zarówno zimowe kurtki, jak i letnie bluzy. Kiedy docieramy do centrum miasta, naszym oczom ukazuje się Praça dos Restauradores z monumentalnym pomnikiem. Skoro trafiłyśmy na jeden z placów głównych, czas wyciągnąć mapę i ruszyć w drogę do hostelu. I tutaj pojawia się problem. Błądzimy. Nocą każda alejka i każdy plac wyglądają podobnie. Lizbona leży na wzgórzu, przez co ciągnięcie bagaży jest coraz trudniejsze. Kilka razy trafiamy w to samo miejsce, aż w końcu, po półtorej godzinie docieramy do hostelu. Zatrzymujemy się w najbardziej rozrywkowej dzielnicy – Bairro Alto. Bardzo życzliwie witają nas młodzi ludzie. Zostawiamy walizki, łapiemy oddech i ruszamy na kolację. Nocna Lizbona ma wiele do zaoferowania: restauracje, sklepy i miejsca rozrywki. Wszystkie te miejsca mijałyśmy w drodze do hostelu. Pojawia się jednak kolejny problem. Idziemy inną trasą niż wcześniejsza. I jak na złość, nie trafiamy na żaden pub . Ta część dzielnicy wydaje się kompletnie uśpiona. Dostałyśmy nauczkę:  jeśli jesteś pierwszy raz w danym miejscu – podążaj tą samą ścieżką, którą przyszedłeś. Wtedy też z pewnością znajdziesz coś lepszego do zjedzenia i nie skończysz w miejscowej restauracji z kebabem.

 

fot.: Ewelina Włudarkiewicz
fot.: Ewelina Włudarkiewicz

Pasteis de nata, ginjinha czy może porto?

Na placu w Bairro Alto zebrała się duża grupa ludzi. W rękach trzymają małe kieliszki. Jak się okazuje, można skosztować tutaj lokalnej nalewki – ginjinhii podawanej w czekoladowym kieliszku, by smak był bardziej wyrazisty. To trunek z wiśni fermentowanych w brandy.

W Belem,  jednej z popularniejszych dzielnic Lizbony, przypadkowo trafiamy na najstarszą kawiarnię w mieście – Pastéis de Belem. Nie sposób nie stanąć w kolejce po słynne babeczki pastéis de nata podbijające serca turystów. Pomimo gwaru, kelnerzy i sprzedawcy nie tracą entuzjazmu, witając każdego z szerokim uśmiechem.

 

Pasteis de Belem, fot.: Ewelina Włudarkiewicz

 

Z kolei w dzielnicy Baixa serwują ciasto z nadzieniem serowo-rybnym i symboliczny kieliszek portugalskiego wina porto. Ciasto nie podbiło naszego serca, jednak tutaj ponownie wzrokiem przyciągnęły nas rozpromienione pracownice. Oprócz tego, kucharze oferują szeroki wybór owoców morza oraz serów, które w połączeniu z porto rozpływają się w ustach. Najlepiej gościć w restauracjach na uboczu, w cichych uliczkach. Nie ma tam pośpiechu, a kelnerzy dbają o każdego gościa najlepiej jak potrafią. To właśnie w takich miejscach można poczuć prawdziwy klimat Lizbony.

 

fot.: Ewelina Włudarkiewicz

Lizboński temperament

W tym mieście zdecydowanie najbardziej liczą się ludzie. To od nich zarażamy się beztroską i optymizmem, uczymy się delektowania każdą chwilą. Tutaj nawet niesprzyjająca pogoda nie jest w stanie przeszkodzić w czerpaniu radości z dnia. Lizbończycy uwielbiają rozrywkę. Na wyłączonej na co dzień z ruchu ulicy Pink Street nocą można oddać się tanecznemu szaleństwu. Podczas jednego z wieczornych spacerów moja przyjaciółka zostaje wciągnięta w wir portugalskiej muzyki. Z bólem serca opuszczałyśmy imprezę, gdy nastawał już świt. Rozradowani ludzie, oddani latynoskim rytmom. Kelnerki podchodzące do stolików w rytm muzyki. Czujemy się jak na domówce, ponieważ trudno odróżnić pracownika od gościa. Wszyscy bawią się wspólnie.

Imprezowanie ma też niestety swoje ciemne strony. Wielokrotnie na ulicach mężczyźni proponują różnego rodzaju używki, na co policja nie reaguje. Trzeba uważać także na kieszonkowców czyhających na chwilę naszej nieuwagi. Niewiele brakowało, a moja przyjaciółka straciłaby portfel. Na szczęście zachowała czujność, a wykazując się nie lada odwagą, przegoniła złodzieja. Ten incydent nie był w stanie zepsuć naszej podróży  ani na chwile nie opuściło nas dobre samopoczucie, którym promieniowali napotkani mieszkańcy.

 

Pink Street, źródło: Pinterest

 

Magia zachodów słońca

Kilkadziesiąt samochodów stojących przy wybrzeżu, a w środku zakochane pary, które zatrzymały się w podróży do kolejnego miejsca, by podziwiać piękny zachód słońca. Jesteśmy w słynącym z urokliwego wybrzeża Carcavelos. Miasteczko co roku przyciąga tysiące turystów. Da się tutaj poczuć unoszące się w powietrzu emocje, nutę romantyzmu oraz usłyszeć szum fal wzburzonego oceanu. Spacerujemy po plaży. Towarzyszą nam podmuchy silnego, ale ciepłego, wiosennego wiatru. Widzimy żywiołowe dzieci grające w piłkę. Mijamy lokale wypełnione rodzinami, które wpadły na filiżankę herbaty. Wszystko to jest otoczone harmonią i spokojem.

Naszą uwagę przykuwa kobieta. Stoi nad samym brzegiem oceanu. Wpatruje się w fale. Na tym odcinku plaży nie ma nikogo poza nią. Cała scena wygląda jak fragment obrazu lub kadr z filmu. W pewnym momencie widzimy jak zaczyna biegać i skakać wzdłuż brzegu. Najprawdopodobniej towarzyszą jej silne emocje.  W tym dniu po prostu przeniosłyśmy się do innego świata. Pełnego magii i uroku odczuwalnego każdą częścią ciała.

 

Carcavelos, fot.: Ewelina Włudarkiewicz
Carcavelos, fot.: Ewelina Włudarkiewicz

 

Miejsce o wielu twarzach

Lizboński dworzec odzwierciedla nowoczesną architekturę Portugalii. Obok stoją wieżowce rodem z Dubaju, a nad brzegiem rzeki Tag widać urzekające ogrody z elementami lizbońskiego wzornictwa. Jesteśmy w najbardziej nowoczesnej i różnorodnej dzielnicy. Spacerujemy wzdłuż głównej ulicy. Mijamy wiele unikalnych budowli. Naszym celem był jednak sam brzeg rzeki.  To tutaj prezentują się urokliwe ogrody. Trzeba przyznać, że latem z pewnością wyglądałyby bardziej bujnie, ale wszystko wynagradzają nam dźwięki dochodzące z głębi. Kilka kroków dalej ukazuje nam się miejsce, w którym przechodnie mogą tworzyć muzykę. Sprzęty wyglądające z pozoru jak zwykłe rury lub stojaki na rowery, które po dotknięciu zmieniają się w prawdziwe instrumenty. Najbardziej zachwycone są dzieci. Sądząc po ich minach, bawią się tu lepiej niż na placu zabaw. My też poddajemy się chwili i tworzymy własną, nieznaną nikomu melodię.

 

źródło: tripadvisor.pl

 

To wszystko z widokiem na rzekę Tag i rozciągający się most Vasco da Gamy – najdłuższy w Europie. Na szczęście korzystając z kolejki linowej biegnącej wzdłuż brzegu rzeki, możemy zobaczyć go niemal w całej okazałości. Mamy widok na panoramę dzielnicy. To niesamowite, że zaraz obok wystawy Expo, stadionu i wieżowców znajdują się kolorowe ogrody. Najwyraźniej Lizbończycy dbają o równowagę w przestrzeni publicznej.

Ostatnim i zarazem bardzo przyjemnym punktem podróży stał się słodki milkshake w przypadkowo napotkanej restauracji wystylizowanej na dinner z lat 50-tych. Do hostelu wracamy metrem. Każda usatysfakcjonowana. Ta wyprawa była połączeniem przypadków. Dzięki temu zobaczyłyśmy tak wiele, przeżyłyśmy przygodę o jakiej nam się nie śniło. Poznałyśmy życie tych ludzi niemal od podszewki , zobaczyłyśmy ich zachowania w codziennych, rutynowych sytuacjach. To właśnie było celem tej podróży.

 

własne źródło
most Vasco da Gamy, fot.: Ewelina Włudarkiewicz

 

Trzy dni to zdecydowanie za mało, aby całkowicie zwiedzić Lizbonę, ale wystarczająco dużo, żeby się w niej zakochać.

Zakochałyśmy się w ludziach, w uciesze życia. Urzekły nas małe, urokliwe uliczki, klimatyczne restauracje z pysznym jedzeniem, kafelkowe wzornictwo i przede wszystkim – niepowtarzalne widoki oraz to, że zawsze kiedy się zgubisz, możesz odkryć coś zaskakującego.