Empty wallet due to coronavirus economic impact social banner illustration

Wiek, który upadł, zanim się zaczął

6,9 procent. Taką liczbę wyświetla ekran telefonu w wynajętej kawalerce na warszawskiej Ochocie. Dla Kuby i Marty, którzy właśnie kończą finanse i zarządzanie, to liczba, która definitywnie zamyka dyskusję o własnym mieszkaniu. Siedzą przy stole, wpatrzeni w kalkulator kredytowy, i po raz kolejny sprawdzają, czy da się coś jeszcze ściąć z wydatków. Nie da się. Osiemnaście lat wcześniej, po drugiej stronie oceanu, z nowojorskiej siedziby Lehman Brothers wychodzi Dan. Jest 15 września 2008 roku, a on jest jednym z tysięcy pracowników, którzy opuszczają bank z kartonowymi pudłami w rękach. Kamery CNN rejestrują każdy jego krok. Dan płacze, nie ukrywając twarzy, bo nie ma już po co. Pudło, które niesie, zawiera kubek, kilka zdjęć i dyplom oprawiony w ramkę. Nie wie jeszcze, że niesie w nim także przyszłość ludzi, których nigdy nie spotka.

Kuba i Marta nigdy nie słyszeli o Danie. A jednak to właśnie decyzje podejmowane w nowojorskich biurowcach dwie dekady temu wyznaczają dziś granice ich życiowej niezależności. Łączy ich jedna nić, choć żadne z nich by jej nie dostrzegło: pudło z biurkiem w Nowym Jorku i odmowa kredytu w Warszawie to dwa końce tej samej historii.

Świat, w którym ryzyko było towarem

Praca Dana polegała na tym, żeby ryzyko traktować jak towar. Świat, w którym się obracał, udzielał kredytów hipotecznych ludziom bez stabilnych dochodów i kusił ich tak zwanymi teaser rates, czyli sztucznie obniżonymi ratami, które obowiązywały tylko przez rok lub dwa. Potem koszty spłaty rosły gwałtownie i wywracały domowe budżety do góry nogami. Taki system nie był dziełem przypadku. Banki i pośrednicy nie zamierzali trzymać tak ryzykownych umów u siebie, więc łączyli pożyczki w większe pakiety i zamieniali je w skomplikowane instrumenty finansowe, takie jak MBS czy CDO, które sprzedawano inwestorom na całym świecie. Agencje ratingowe wystawiały tym produktom najwyższe oceny bezpieczeństwa. W ten sposób ryzyko niewypłacalności konkretnego dłużnika, mieszkańca przedmieść Kalifornii czy Florydy, rozlało się po całym globalnym systemie, a nikt nie czuł się za nie odpowiedzialny.

Kiedy w latach 2004–2006 Rezerwa Federalna podniosła stopy procentowe z 1,0 do 5,25 procent, cała konstrukcja zaczęła pękać. Ludzie przestali spłacać raty, domy traciły wartość, a papiery, które miały być bezpieczne, okazały się bezwartościowe. Upadek Lehman Brothers, który pozostawił po sobie dług sięgający 613 miliardów dolarów, był momentem, w którym pęknięcie stało się widoczne dla wszystkich. Skutki pojawiły się błyskawicznie: w osiemnaście miesięcy indeks S&P 500 spadł o ponad połowę, z amerykańskiego rynku wyparowało 8 bilionów dolarów prywatnego majątku, bezrobocie skoczyło do 10 procent, a do 2014 roku komornicy przejęli w Stanach Zjednoczonych ponad 9 milionów domów.

Bailout zamiast rozliczenia

Odbudowa systemu nie polegała jednak na rozliczeniu winnych. Poza Kareemem Serageldinem z Credit Suisse żaden z kluczowych menedżerów z Wall Street nie trafił do więzienia. Rządy państw zachodnich postawiły na bailout: wykupiły prywatne długi za pieniądze podatników, obniżyły stopy procentowe do poziomu bliskiego zera i uruchomiły masowy druk pieniądza. Instytucje, które zawiodły, przetrwały. Ci, którzy stracili domy, musieli radzić sobie sami.

Jesienią 2011 roku w nowojorskim Zuccotti Park pojawili się ludzie z transparentami „We are the 99%”. Ruch Occupy Wall Street był ostatnią poważną próbą publicznej rozmowy o tym, jak dzieli się bogactwo. Protestujący powoływali się na twarde dane Biura Budżetowego Kongresu, z których wynikało, że w latach 1979–2007 dochody najbogatszego 1 procenta Amerykanów wzrosły o 275 procent, podczas gdy najuboższa jedna piąta społeczeństwa zyskała zaledwie 18 procent. Namioty stały kilka tygodni, hasło obiegło świat, ale w prawie nie zmieniło się nic. Zryw wygasł, zostawiając po sobie wrażenie, że z kapitałem nie da się wygrać, a w najlepszym razie można go przeczekać.

Energia poszła gdzie indziej

I tu zaczyna się najciekawsza część tej historii, bo energia, która nie znalazła ujścia w sporze o pieniądze, nie zniknęła. Przepłynęła gdzie indziej. Pokolenie, które wchodziło w dorosłość po 2008 roku, szybko zrozumiało, że gra o kapitał została rozdana, zanim zasiadło do stołu. Pieniądze okazały się trudne do zarobienia, mieszkania nieosiągalne, a bogactwo zarezerwowane dla tych, którzy mieli je już wcześniej. Dla młodych ludzi była to lekcja zimna i nieprzyjemna: kapitał nie jest dla nich, jest dla kogoś innego, dla bogatych wujków z nowojorskich biurowców i ich polskich odpowiedników. A skoro nie można było o niego walczyć, zaczęto szukać innego pola, na którym walka miała jeszcze sens.

Tym polem stała się ideologia. W ciągu kilku lat styl życia i światopogląd zaczęły pełnić funkcję, jaką wcześniej pełniły majątek i pozycja zawodowa: mówiły, kim jesteś. Gwałtownie przybyło wegan, a restauracje i supermarkety zaczęły oznaczać „roślinne” produkty tak chętnie, jak wcześniej oznaczały „promocję”. Moda na zdrowy tryb życia przerodziła się w przemysł wellness, wart według szacunków branżowych biliony dolarów na świecie. Wrócili hippisi, tym razem w wersji zero waste i minimalizmu, z bawełnianymi torbami, jogą i medytacją w aplikacji. Na pierwszy plan wysunęły się także spory o tożsamość: o prawa mniejszości, w tym osób LGBT, o płeć, pochodzenie, język. Te sprawy są realne i ważne, a wiele z nich zasługiwało na to, by wreszcie zostać usłyszanymi. Ale warto zauważyć, że ich medialne i polityczne znaczenie wzrosło w momencie, gdy rozmowa o ekonomii stała się dla młodych bezsilna. Spór o wartości dawał to, czego spór o pieniądze już nie dawał: poczucie sprawczości, wspólnotę i widoczny, natychmiastowy efekt.

Rynek zareagował tak, jak reaguje zawsze, czyli zobaczył klientów. Marki zaczęły przemalowywać logo na tęczowe w czerwcu, producenci odzieży sprzedawali koszulki z hasłami o planecie, a bio, eko i fair trade stały się dopłatą, którą płaciło się za czyste sumienie. Ideologię można było teraz kupić, założyć i opublikować w mediach społecznościowych. Nie chodzi o to, że wszystkie te ruchy są sztuczne albo wyłącznie komercyjne. Chodzi o to, że w świecie, w którym nie stać cię na mieszkanie, tożsamość stała się jedynym dobrem, które da się zdobyć samodzielnie i na kredyt zaufania.

Nie będziesz mieć nic i będziesz szczęśliwy

Gdy własność staje się nieosiągalna, system szybko tworzy na to odpowiednią opowieść. W 2016 roku na łamach Światowego Forum Ekonomicznego ukazał się tekst ze słynnym zdaniem: „Nie będziesz mieć nic i będziesz szczęśliwy”. Brzmiało to jak proroctwo, a było raczej diagnozą. Zapowiadało erę subskrypcji i tak zwanej gospodarki dostępu, w której wszystko można wynająć, a niczego nie trzeba mieć. Długoterminowy najem, leasing, częsta zmiana pracy i praca zdalna z walizką zyskały miano nowej wolności. W rzeczywistości były odpowiedzią na brak płynności finansowej, ale opakowaną tak, żeby wyglądała na wybór. Dla młodego pokolenia ta filozofia stała się wygodnym mechanizmem obronnym.

Kuba i Marta znają ją z autopsji. Gdy rozmawiają o podróżach, o rezygnacji z samochodu, o tym, że „po co komu własność”, nie robią tego z beztroski. Kiedy Kuba pyta przy stole, po co właściwie odkładają pieniądze, chłodno kalkuluje szanse. Widzi, że próg wkładu własnego ucieka szybciej, niż rosną ich oszczędności, i że rezygnacja z walki o mieszkanie daje przynajmniej poczucie ulgi. Odrzucenie zasad tej gry to dla nich jedyny sposób na zachowanie twarzy. Marta kupuje roślinne mleko, Kuba jeździ rowerem, oboje mają poglądy na wiele spraw. Tylko o jednym nie rozmawiają: o tym, że bez rodziców nie mają szans na własne cztery ściany.

Matematyka nie wybacza

Ta sytuacja to w Polsce efekt czystej matematyki. Dane Eurostatu pokazują, że młody Polak wyprowadza się od rodziców średnio w wieku 27,5 roku, podczas gdy w krajach skandynawskich dzieje się to przed dwudziestką. Z raportów GUS wynika z kolei, że ponad połowa Polaków w wieku od 25 do 34 lat wciąż mieszka w domu rodzinnym. Nie chodzi o brak dojrzałości. Problem leży w relacji cen do zarobków: ceny nieruchomości w największych miastach odskoczyły od pensji, a kupno własnych metrów kwadratowych wymaga dziś dochodów z wielu lat pracy. Do tego dochodzi koszt samego długu. Oprocentowanie kredytów w Polsce na poziomie 6–7 procent wygląda fatalnie na tle Europy Zachodniej, gdzie płaci się 2–3 procent.

Raporty rynkowe, w tym wyliczenia firmy Deloitte, wskazują na ciekawy trend: młodzi ludzie coraz częściej stawiają sens pracy ponad wysokość wynagrodzenia. Wygląda to ładnie, ale kryje w sobie smutną prawdę. Millenialsi i Pokolenie Z to pierwsze roczniki od czasów wojny, które na progu dorosłości posiadają wyraźnie mniejszy majątek niż ich rodzice w tym samym wieku. System stworzony przed 2008 rokiem uratowano poprzez przerzucenie kosztów na najsłabszych. Krótka kariera Dana dobiegła końca w jeden dzień, ale wywołana przez ludzi takich jak on deformacja pozostała. Koszt tamtych decyzji nie zniknął, tylko został rozłożony na raty, które w drogich mieszkaniach i wysokich stopach procentowych płacą dziś dwudziestolatkowie na Ochocie.

Początek był wcześniej

A przecież nawet ten obraz, który tak mocno zapadł nam w pamięć, nie jest początkiem. Kamery CNN uchwyciły Dana z kartonowym pudłem we wrześniu 2008 roku i to ten moment uznaliśmy za chwilę, w której runął świat. Tymczasem katastrofa trwała już od dawna. W kwietniu 2007 roku, półtora roku wcześniej, bankructwo ogłosiło New Century Financial, drugi co do wielkości pożyczkodawca subprime w Stanach Zjednoczonych. To wtedy runął pierwszy klocek. Nikt nie płakał przed kamerami, nikt nie niósł pudeł, a świat prawie nie zwrócił na to uwagi. Dla pokolenia Kuby i Marty wiek XXI zaczął się więc od upadku. Upadł, zanim zdążył się na dobre zacząć.

Źródło zdjęcia: rawpixel.com / Magnific / https://www.magnific.com/free-photo/empty-wallet-due-coronavirus-economic-impact-social-banner-illustration_18835232.htm#fromView=search&page=1&position=1&uuid=afde8084-07fe-413b-ac14-7676bfae858f&track=ais_hybrid&query=%D0%BA%D1%80%D0%B8%D0%B7%D0%B8%D1%81
Najpiękniejsze Jarmarki Bożonarodzeniowe
Sezon na odwiedzanie Jarmarków Bożonarodzeniowych właśnie się rozpoczął. Gdzie najlepiej...
Bielany z nową galerią

Na Bielanach zostało otwarte centrum handlowe, które pod względem liczby...

Chronicznie niedofinansowana nauka i jej skutki

Podczas czwartkowego posiedzenia sejmowej Komisji Edukacji i Nauki wiceminister nauki...

Kino w towarzystwie gwiazd

Szykuje się idealne połączenie dla miłośników spędzania czasu na świeżym...

Karp – tak, węgorz – nie
Nie wiesz, jaką rybę zjeść na obiad? Zajrzyj do poradnika...