Niewielkie nadzieje

Umierając w 1870 roku Charles Dickens nie wyobrażał sobie pewnie, że wkrótce świat obejdzie rewolucyjny wynalazek braci Lumière. Tym bardziej zdziwiłoby go, że jego własna twórczość stanie się bodaj najchętniej wykorzystywanym motywem w produkcji filmowej na świecie, a już na pewno na jego rodzinnych Wyspach. „Wielkie nadzieje” znowu na ekranach kin.

Nie licząc produkcji w konwecjach serialowych lub mini-serialowych, z lubością emitowanych w wielkim nakładzie przez BBC (ostatni taki projekt miał miejsce w 2011 roku) – to już ósma ekranizacja słynnej powieści. Opowiada ona o chłopcu imieniem Pip, pochodzącym z biednej rodziny, który pewnego razu pomaga zbiegłemu więźniowi, przynosząc mu jedzenie. Parę lat później Pip, już jako młodzieniec – czeladnik u kowala, otrzymuje duży spadek z tajemniczego źródła, co pozwala mu na gentlemeńskie wychowanie. Tajemnicą pozostaje tożsamość dobroczyńcy, choć Pip podejrzewa Pannę Havisham, u której niegdyś posługiwał. W jej wychowance, Estelli, jest szaleńczo zakochany, i ma nadzieję że jako gentleman będzie mógł zdobyć jej serce. Zagadka spadku ma się jednak rozwiązać inaczej i Pip będzie musiał się zmierzyć z twarzą z przeszłości.

351278.1.jpg

 

Z ekranizacjami Dickensa jest pewien problem. Jego powieści toczą się bowiem w bardzo długim przedziale czasowym – najczęściej około 30 lat, w trakcie których czytelnik poznaje dokładnie głównego bohatera od momentu jego narodzin. Wokół niego przewija się mnóstwo postaci mniej i bardziej ważnych, ma miejsce mnóstwo wydarzeń. Trudno to wszystko zmieścić w dwugodzinnej produkcji i to jeszcze w ten sposób, by widz wszystko zrozumiał i dobrze się bawił.

Mike Newell, który tym razem podjął się adaptacji, wpadł w pułapkę pogodzenia tych wszystkich elementów. Powoli więc rozwija w swoim filmie narrację, eksperymentując nieco z wątkiem miłosnym Pipa i Estelli, a potem nagle stwierdza, iż nie ma czasu na wyjaśnienie meandrów fabuły i zbywa je krótkim dialogiem między bohaterami. Osoba, która książki nie czytała, prawdopodobnie poczuje się w pewnym momencie nieco zagubiona. Kto ma wątpliwości co do tego, jak powinien wyglądać dickensowski scenariusz, powinien obejrzeć klasyczną adaptację tej samej powieści z 1946 roku.

351296.1.jpg

Ideą Newella było takie przedstawienie klasycznej powieści, by wyeksponować uczucia między głównym bohaterem a wybranką jego serca – Estellą, wychowywaną w przeświadczeniu, że jej życiowym celem jest łamanie męskich serc (co miało być swego rodzaju zemstą ze strony opiekującej się nią Panny Havisham, zostawionej niegdyś przy ołtarzu). Mogłoby to być istotnie dość ciekawe, gdyby nie fakt, że zaangażowany do głównej roli Jeremy Irvine, choć robi, co może, to nie może – nie może przeskoczyć faktu, że po prostu nie pasuje do roli Pipa (tutaj znowu odesłać można do filmu z 1946 roku i świetnego występu Johna Millsa). W takim wypadku tej relacji nie ratuje nawet dobry występ obiecującej Holliday Grainger jako Estelli.

Na uwagę zasługuje natomiast drugi plan obsady, w którym pojawiają się aktorzy nieodmiennie budzący skojarzenia z potterowską sagą (której czwartą część wyreżyserował Newell). Jest więc Helena Bonham Carter, po raz kolejny w wydaniu ekscentrycznym – tym razem jako wiecznie zamknięta w ciemnym pokoju Panna Havisham. Jest Robbie Coltrane jako adwokat opiekujący się wychowaniem Pipa. I wreszcie Ralph Fiennes – fenomenalny, budzący grozę zbiegły więzień – Magwitch, którego postać odgrywa w fabule niebagatelną rolę. Fiennes dokonuje na ekranie tak spektakularnego show, że po seansie aż nie szkoda straconego czasu i pieniędzy.

351279.1.jpg

Nie znaczy to, że Newell kompletnie sprawę zawalił, bo tak naprawdę reżyserowi niewiele zabrakło – ot, kilka poprawek w scenariuszu, mała rotacja w obsadzie – a przecież rekompensuje to świetną scenografią (ujęcia Londynu!) i kilkoma naprawdę zapadającymi w pamięć scenami. Pytanie tylko, czy naprawdę warto. Czy warto poświęcać czas i energię na kolejne pokazanie Dickensa na ekranie, i czy warto później to oglądać w czasach, gdy Dickens nieco stracił na uniwersalności. Na pewno, idąc na najnowszy film Newella, nie warto pokładać w nim Wielkich Nadziei.

7538614.3.jpg

Wielkie Nadzieje

USA, Wielka Brytania 2012

Reż. Mike Newell, 128 min

premiera: 7 czerwca 2013 roku