Lid: Czy można nakręcić film o festiwalu muzycznym, a jednocześnie opowiedzieć historię całego pokolenia? Piotr Łazarkiewicz w „Fali” udowadnia, że można. Jarocin nie jest tutaj jedynie miejscem koncertów. Staje się przestrzenią buntu, wolności, frustracji i poszukiwania własnego języka. Co sprawia, że festiwal sprzed dekad wciąż przyciąga uwagę? Od szokujących scen po pytania o granice buntu — odkrywamy fenomen kultury rockowej.
Film „Fala” – historia rock festiwalu

Jarocin. Niewielkie miasto, które na kilka sierpniowych dni zamieniało się w centrum polskiego świata rockowego. Przyjeżdżali tu punkowcy, metalowcy, hipisi, fani reggae i ci, którzy po prostu nie chcieli mieścić się w żadnej kategorii. W latach 80. Festiwal Muzyków Rockowych stał się dla młodych ludzi czymś znacznie większym niż wydarzeniem muzycznym. Był miejscem spotkania i – przede wszystkim – miejscem, w którym można było przez chwilę poczuć się wolnym.
Właśnie ten świat próbuje uchwycić Piotr Łazarkiewicz w „Fali”, dokumencie, zrealizowanym podczas festiwalu w Jarocinie w 1985 roku. Film trwa niespełna 120 minut, ale jego temat wydaje się znacznie większy niż sam festiwal. To opowieść o młodych ludziach, ich emocjach, muzyce, gniewie i potrzebie wyrwania się z rzeczywistości, która nie dawała im zbyt wielu powodów do optymizmu.
Reżyser nie narzuca widzowi jednoznacznej interpretacji. Przeciwnie — pozostawia mu przestrzeń do własnych ocen i refleksji.
Kiedy zdecydowałam się na seans, spodziewałam się raczej prostego dokumentu o polskim festiwalu muzycznym. Nie przyszło mi nawet do głowy, że trafię w sam środek rockowego, a momentami wręcz punkrockowego świata, w którym muzyka staje się czymś znacznie więcej niż tylko rozrywką. Szybko okazało się, że oglądam nie tylko zapis koncertów, lecz także opowieść o pokoleniu. Które próbuje znaleźć własny język, własną tożsamość i własne miejsce w rzeczywistości PRL-u.
Kamera poza czasem
Festiwal został zarejestrowany przez filmowców ze Studia im. Karola Irzykowskiego. Kamera przygląda się zarówno młodym uczestnikom, jak i ówczesnym władzom miasta oraz przedstawicielom organizacji społecznych. Z dzisiejszej perspektywy szczególnie interesujące jest to, jak wiele można odczytać z samych spojrzeń, gestów, wypowiedzi i wzajemnych reakcji bohaterów. Co ciekawe, odrestaurowany materiał prezentuje się na dużym ekranie tak dobrze, że w pewnym momencie zaczęłam się zastanawiać, czy rzeczywiście oglądam zapis sprzed kilku dekad. Jakość obrazu potrafi zaskoczyć na tyle, że na chwilę zapomina się o jego historycznym pochodzeniu.
Dokument i kontrowersje
Jednak to nie techniczna strona filmu okazuje się najważniejsza. Dokument jest kontrowersyjny przede wszystkim dlatego, że pokazuje rzeczywistość pełną sprzeczności. W realiach zimnej wojny, w państwie, w którym niezależność myślenia i ekspresji nie zawsze były oczywiste, festiwal staje się przestrzenią względnej wolności. Jednocześnie trudno nie dostrzec obecnego w niej napięcia. Oglądałam wersję bez cenzury, co dodatkowo pozwoliło mi przyjrzeć się temu, jak cienka bywa granica między swobodą wyrażania siebie a buntem, który staje się celem samym w sobie.

Właśnie ta granica wydaje mi się jednym z najciekawszych tematów filmu. Czy sprzeciw wobec obowiązujących norm musi oznaczać poszukiwanie wolności, czy czasem stanowi jedynie sposób na rozładowanie frustracji? I w którym momencie muzyka przestaje być artystyczną wypowiedzią, a staje się narzędziem wyrażania emocji, z którymi trudno poradzić sobie w inny sposób?
Akt wolności?
Wywiady z solistami i muzykami różnych zespołów odsłaniają mniej oczywistą stronę rockowego świata. Za scenicznym wizerunkiem, ostrymi tekstami i prowokacyjnymi zachowaniami kryją się ludzie z własnymi problemami, rozczarowaniami i bólem. To często zwyczajni faceci, którzy szukają schronienia we własnym świecie, niejednokrotnie pełnym mroku. Jednocześnie spotykają się z niechęcią, a nawet nienawiścią ze strony tych, którzy odrzucają ich przede wszystkim ze względu na muzykę, jakiej słuchają, i sposób, w jaki postanowili wyrażać siebie.
Nie oznacza to jednak, że każdą formę ekspresji można uznać za autentyczny akt wolności. W pewnych momentach pojawia się podejrzenie, że za destrukcyjnymi tekstami o krwi i śmierci kryją się negatywne, nieprzeżyte emocje, których bohaterowie nie potrafią wyrazić inaczej. Prowokacja może być więc zarówno manifestem niezależności, jak i próbą zagłuszenia własnych doświadczeń. Film nie rozstrzyga tej kwestii, ale właśnie dlatego skłania do myślenia.
Z czasem zaczęłam też zastanawiać się nad samą publicznością. Czy wszyscy przychodzili na festiwal dla muzyki? A może część uczestników szukała przede wszystkim okazji do zamanifestowania sprzeciwu, utożsamiając się z hasłami, które wybrzmiewały ze sceny? Być może publiczność nie była tak jednolita, jak mogłoby się wydawać. Jedni chcieli słuchać rocka, inni potrzebowali symboli, wokół których mogliby zbudować własną tożsamość. I znów powraca pytanie, które towarzyszyło mi podczas seansu: skoro muzyka wpływa na człowieka, to w jaki sposób właściwie to robi? Czy zmienia nasze poglądy? Albo pomaga rozładować emocje? Czy raczej daje głos temu, co już od dawna w nas tkwi?
Spotkanie dwóch światów
Film jest interesujący również pod względem wizualnym. Szczególnie zapadły mi w pamięć sceny festiwalowej radości zestawione z ponurym obrazem miasta: przemoczonymi kartonami, deskami i szarymi ulicami. Ten kontrast mówi więcej, niż mogłoby się wydawać.
Z jednej strony mamy energię, spontaniczność i poczucie wspólnoty, z drugiej — przestrzeń, która wydaje się pozbawiona podobnej żywiołowości. Muzyka na chwilę przejmuje miasto, nadając mu zupełnie inne znaczenie. Nie mniej interesujące są konfrontacje między przedstawicielami świata uporządkowanej elegancji a społecznością punkrockową. Zderzają się tu nie tylko odmienne gusta muzyczne, ale również różne sposoby rozumienia porządku, estetyki i społecznych norm. To spotkanie dwóch światów. Światów, które niekoniecznie chcą się nawzajem zrozumieć, a jednak muszą stanąć naprzeciw siebie.

Przyznam też, że zaskoczyły mnie sylwetki muzyków i dziewczyn biorących udział w konkursie. Odniosłam wrażenie, że wysportowane ciało miała wówczas co druga lub trzecia osoba — przynajmniej tak wynika z obrazów pokazanych w filmie. To drobna obserwacja, ale właśnie takie szczegóły sprawiają, że archiwalny dokument potrafi zaskoczyć współczesnego widza. A także uruchomić refleksje, których wcześniej w ogóle się nie spodziewał.
Jednym z najbardziej niezwykłych momentów jest dla mnie scena, w której podczas występu artysta unosi radio, próbując uzyskać określony efekt dźwiękowy. W takiej chwili koncert przestaje być po prostu koncertem. Scena zamienia się w przestrzeń teatralnego eksperymentu, w którym gest, dźwięk i zachowanie wykonawcy stają się równie ważne jak sama muzyka. To właśnie w takich momentach widać, że rock i punk rock nie ograniczają się do kompozycji czy tekstów — mogą stać się pełnoprawnym spektaklem, prowokacją i sposobem manifestowania własnej obecności. Nagość, bieganie, pogo (slamdance) wśród ludzi i głośna muzyka rockowo-punkowa może nie są dla każdego, ale jako zjawisko kulturowe dawno już zajęły swoje miejsce w historii Festiwalu Muzyków Rockowych, a w czasach PRL-u miały szczególne znaczenie.
Natalia Chyntalian
Artykuł został zredagowany z wykorzystaniem ChatGPT.
