Złap muzykę w kadrze!

W otchłani fotografii znajdziemy wiele dziedzin łączących dokument, fotografię społeczną, fotoreportaż a nawet fotografię autorską i artystyczną. Jednym z przykładów takiej kombinacji jest fotografia koncertowa. Liczy się tu nie tylko znajomość warsztatu fotograficznego czy dobry sprzęt, ale także czujność w wyłapywaniu „decydującego momentu” i fotograficzny savoir-vivre.

 

Jak wiele potrzebujemy, aby połączyć pasję fotografowania i melomanię? Jak dużo doświadczenia i ile zapału trzeba zgromadzić w sobie, aby dostać się do fosy z magicznym photopassem? Jakie zasady i zagrożenia czyhają za barierkami? Na szczęście te i inne pytania nie pozostają bez odpowiedzi.

 

Po pierwsze: fotografia koncertowa – po co i dlaczego?

Zapewne każdy nie raz widział fotorelację z koncertu, festiwalu czy wydarzenia muzycznego, a to dlatego że fotografia koncertowa jest nieodłącznym elementem wielu relacji prasowych i wyspecjalizowanych serwisów internetowych. Fotografia koncertowa bywa dla wielu fotografów pasją, która pozwala na połączenie fotografii z muzyką, a nie tylko sposobem na przysłowiowy kawałek chleba.

 

Po drugie: magiczny photopass

Photopass to nic innego jak akredytacja dla fotografa, umożliwiająca wstęp do tzw. fosy (przestrzeń między sceną a barierką oddzielającą publiczność) w czasie przeznaczonym na robienie zdjęć. Innymi słowami mówiąc: zgoda organizatora na wykonywanie zdjęć podczas koncertu. Bez niej nie ma czego szukać z zaawansowanym technicznie aparatem pod sceną. Ważne jest też to, że takie akredytacje są jednorazowe. W przypadku festiwalu może być to akredytacja ważna przez cały okres jego trwania.

 

Jak zdobyć photopass? Photopass może być przyznawany dla poszczególnych redakcji magazynów, prasy codziennej czy serwisów internetowych, a także blogów fotograficznych. Otrzymanie takiej akredytacji zależy nie tylko od prestiżu danego tytułu, jego oglądalności czy poczytności, ale także od poziomu doświadczenia fotografa. Jeśli zgromadziliśmy wystarczającą ilość (dobrych!) koncertowych ujęć i posiadamy własną galerię internetową – nie ma przeciwwskazań, żeby nie próbować samemu zdobyć przepustkę. W końcu ważny jest ten pierwszy krok!

 

fot. Fila PadlewskaThe Wombats w Stodole, Warszawa, fot. Fila Padlewska

 

Po trzecie: co z tą fosą?

Jeśli już udało się zdobyć photopass, trzeba wiedzieć, jakie zasady panują (a są to żelazne zasady) w fosie i jak powinno się w niej zachowywać. Najważniejsza jest punktualność! Na kilka minut przed rozpoczęciem koncertu trzeba udać się do ochroniarza, który uprzejmie wpuszcza fotografów do fosy. Jeśli przegapi się ten moment, potem trudno byłoby się dostać do środka, a w dodatku traci się czas przeznaczony na zrobienie dobrych ujęć.

 

W fosie czasu jest naprawdę niewiele na wykonanie shotów. Zazwyczaj są to 3 pierwsze utwory (ok. 10-15 min.). Jednakże bywają też takie przypadki, że zdjęcia można robić przez cały koncert, albo na przykład tylko przez kilka chwil trwania poszczególnych kawałków. W przypadku przekroczenia dozwolonego czasu, lepiej nie szamotać się z ochroniarzami. Najlepiej jest mieć już wcześniej przygotowany aparat z ustawionymi parametrami, pod sceną nie ma czasu na zastanawianie się jaki czas i jakie ISO dobrać.

 

Nie dla lamp błyskowych! Inną żelazną zasadą jest zakaz używania lamp błyskowych. Nie powinno się strzelać ostrym fleshem artystom w oczy. Im najzwyczajniej to po prostu przeszkadza. Lampa błyskowa zabija również barwy oświetlenia scenicznego. Można jej używać raczej tylko w sporadycznych przypadkach.

 

Nie jesteśmy sami. W fosie obowiązuje fotograficzny savoir-vivre. Trzeba pamiętać, że w fosie nie jesteśmy tylko my. Są też inni fotografowie, ochroniarze a także technicy. Nie ma sensu przepychać się, wykłócać czy przeszkadzać innym w ich pracy. W fosie panuje zasada: ustąp mi, a ja ustąpię tobie. Każdy dostaje szansę na zrobienie dobrego ujęcia, nikt nie musi wychodzić z fosy poszkodowany. Trzeba uważać na wszechobecne kable, nieopacznie pozostawione torby fotograficzne (nie powinno się tego robić!) czy drabinki. I mieć oczy dookoła głowy – nigdy nie wiadomo, czy nie dostanie się przypadkiem butem czy kubkiem z piwem. Czujność to kolejna podstawa.

 

Kaiser Chiefs w Stodole, WarszawaKaiser Chiefs w Stodole, Warszawa, fot. Fila Padlewska

Po czwarte: co z tym sprzętem?

Niestety fotografia koncertowa jest dosyć wymagającym technicznie rzemiosłem. Możemy spokojnie zapomnieć o pstrykaniu zdjęć zwykłą cyfrówką czy innym pomysłowym sprzętem. Pod sceną liczy się nie tylko precyzja, ale też dobry ekwipakunek fotograficzny. Ciężka torba może nam ciążyć, ale czego się nie robi w imię fotografii?

 

Zapomnijcie o ciemnych obiektywach czy zoomach o szerokim zakresie ogniskowych. Przede wszystkim liczy się dobre szkło o jak najlepszym świetle – 2.8 to najlepsza opcja, a to dlatego, że podczas koncertów nie uraczy się zbyt przyzwoitego oświetlenia, tylko raczej losowego i w dodatku punktowego. Jeśli nie można sobie pozwolić na tzw. stałkę (obiektyw o stałej ogniskowej) ze światłem 1.7 czy 2.8, to niech już będzie to tele z 3.5 (nie każdy może sobie w końcu pozwolić na drogi sprzęt, i bez tego da się radę!).

 

Po drugie do fotografii koncertowej używa się stałek lub zoomów o małym zakresie ogniskowych. Najlepsze będą 30 mm i 50 mm z dobrym światłem. Pozwoli to nie tylko na krótsze czasy migawki zamrażające ruch, ale także na kombinacje z głębią ostrości. Do zbliżeń najlepsze są teleobiektywy o zakresie 70-200 mm. Przyda się też szeroki kąt do pokazania całego zespołu i publiczności np. 16-35 mm. 

 

Warto wspomnieć, że liczy się dobry korpus (tzw. body). Tańszą wersją jest korpus crop – body wyposażone w niepełnoklatkową matrycę, co znaczy, że ogniskowe obiektywów nie będa dawały autentycznej ogniskowej, ale trzeba będzie ją pomnożyć przez tzw. mnożnik ogniskowej (stosunek sensora światłoczułego do wymiarów pełnej klatki, tj. filmu 35 mm – źródło: Wikipedia), co pozwala ustalić faktyczny kąt widzenia obiektywu. Prosto rzecz ujmując: stosując niepełną klatkę, nasz obiektyw spowoduje na zdjęciu wrażenie wydłużenia ogniskowej, np. stosując 50 mm obiektyw otrzyma się podobny obraz przy zastosowaniu obiektywu 75 mm przy pełnej klatce. Droższą wersją korpusu jest full-frame – pełna klatka o szerokości filmu 35 mm, obiektyw będzie dawał taki sam kąt widzenia, w zależności od obiektywu, jak ten, który został zastosowany. Dobry korpus to taki, który nie sprawia niespodzianek w postaci nadmiernego szumu przy wysokich czułościach, a takie przydadzą się przy fotografii koncertowej. Z powodu przeważającego mroku i niezbyt satysfakcjonującego szalejącego po scenie światła, zdjęcia robi się w formacie pliku zwanym RAW, i przy wysokich czułościach (od 800 do 1600, a nawet 3200 ISO). Dlaczego RAW? RAW jest cyfrowym negatywem, który przy pierwszej obróbce zdjęć pozwoli „wyciągnąć” z nich szczegóły i dokonać korekty niepoprawnej ekspozycji.

 

Pomiar światła też ma tu nie lada znaczenie. Można zapomnieć o pomiarze matrycowym. Najlepszy będzie pomiar punktowy lub centralnie ważony. Należy pamiętać, że na koncercie światło jest zmienne, więc trzeba czekać na specjalne momenty, w których można je wykorzystać. Istotne jest też to, że ostrość kieruje się na oświetlone elementy, chyba, że zamysł jest inny – można kombinować z otoczeniem muzyków na scenie.

 

Czasy, w których się pstryka, zależą od warunków oświetleniowych i często będzie trzeba je zmieniać. Warto jest więc mieć wyćwiczony odruch szybkiego zmieniania migawki. Zazwyczaj przy tak słabym oświetleniu standardem są czasy od 1/15 s do 1/60 s, ale przy odrobinie szczęścia i przypadkowej uprzejmości reżysera oświetlenia, zdarza się używać nawet bardzo krótkich czasów, jak np. 1/400 s.

 

Ważnym elementem jest doświadczenie i zdobyty warsztat fotograficzny. Wiedza pozwala na zabawy z kompozycją czy perspektywą. Nie pstryka się niezmierzonej ilości klatek, warto poczekać na ciekawy moment i szanować sprzęt. Podczas koncertów może wydarzyć się wiele scenariuszy: nie raz dochodzi do interakcji między artystami a publicznością. Może dojść również do różnego rodzaju scenicznych ekscesów, które warto zarejestrować, a przeszkodzić w tym może zapełniona bezużytecznymi ujęciami karta pamięci. Warto mieć na uwadze, co jest w kadrze – nie ucinajmy artystom rąk czy głowy, dlatego też wiedza na temat kompozycji może być przydatna.

 

CSS w Proximie, WarszawaCSS w Proximie, Warszawa, fot. Fila Padlewska

 

Po piąte: pomocne gadżety!

Stopery do uszu. Słuch przede wszystkim! Jeśli nie chcemy dość wcześnie ucierpieć z powodu uszkodzenia bębenków i utraty zdolności słuchowych, to warto zainwestować 2-3 zł w stopery do uszu, dostępne w każdej aptece czy kiosku. Przebywanie w fosie wiąże się z narażeniem uszu na szkodliwe wysokodecybelowe dźwięki. Stopery pomogą w redukcji szkodliwego zakresu dźwięków, a jednocześnie tylko go wytłumi. Nie traci się więc okazji do posłuchania muzyki czy możliwości w komunikacji z ochroniarzami i innymi, a ratuje się siebie przed utratą słuchu. Nieważne, czy jest to jeden koncert na miesiąc czy dwa-trzy w tygodniu.

 

Monopod. Na koncertach statywy są bezużyteczne. Co poniektórzy fotografowie używają tzw. monopodów. Dobre body z odpowiednim osprzętowaniem waży dosyć sporo, co powoduje, że siły witalne słabną z minuty na minutę. A na koncertach można się nieźle nagimnastykować! Monopod pomoże w odciążeniu rąk i w utrzymaniu aparatu w bezruchu przy skąpych warunkach oświetleniowych.

 

Dwustopniowe drabinki. Dla niskich fotografów bywają niezwykle przydatne, ale dla tych +175 cm bywają również pomocne. Taką drabinkę można dostać bez problemu w każdym sklepie ogrodniczym czy dla majsterkowiczów. Drabinka pozwala na zmianę perspektywy i na zdjęcia bez zbędnych rąk wyłaniających się z tłumu. Przydatne na festiwalach, gdzie sceny zazwyczaj są wyżej niż w zamkniętych pomieszczeniach.

           

Fotografia koncertowa nie należy do najłatwiejszej roboty. Wymaga wielu poświęceń, zapasu energii i samozaparcia. Daje za to duży zastrzyk adrenaliny i satysfakcjonujące efekty! Można zgromadzić interesujące portfolio i „złapać” darmowy bilet na koncert. 🙂