Przerwane posiedzenie: zabójstwo Wazgena Sarkisjana

W głównej sali armeńskiego parlamentu panuje leniwa atmosfera. Posłowie opozycji składają interpelację. Premier Wazgen Sarkisjan ziewa na swojej ławie. Nikt nie spodziewa się, że za chwilę to miłe popołudniowe posiedzenie zostanie przerwane krzykami umierających.

 

Premier rozgląda się leniwie po sali parlamentu. Część posłów i ministrów już zdążyła się wymknąć bocznymi drzwiami. Nikomu nie chce się słuchać narzekań opozycji na tegoroczny budżet i rządowe wydatki. Przecież sytuacja w kraju zmierza ku lepszemu, gospodarka zaczyna się rozwijać. Na co tu narzekać? Sarkisjan uznał, że nie ma sensu aby jego straż przyboczna pilnowała go podczas tak nudnego posiedzenie. Odprawił ich i kazał czekać w samochodzie przed budynkiem.

Վազգեն_Սարգսյան.jpgWazgen Sarkisjan /źródło: wikipedia

 

To zamach stanu

Wazgen Sarkisjan ziewną i spojrzał na zegarek. Dochodziła 17.15 27 października 1999 roku. Pora coś zjeść pomyślał coraz bardziej znudzony i zmęczony. W momencie gdy otwiera usta, żeby po raz kolejny ziewnąć drzwi sali głównej armeńskiego parlamentu otwierają się z hukiem. Do pomieszczenia wbiega pięciu mężczyzn ubranych w długie płaszcze spod, których wyciągają karabiny i pistolety. Napastnicy strzelają po sali krzycząc: „To jest zamach stanu”.

 

Wszystko dla twoich dzieci

Kiedy reszta zamachowców strzela na oślep po sali parlamentu, jeden z nich podchodzi do siedzącego w ławach rządowych premiera. Ten wydaje się być spokojny, jakby niecodzienna sytuacja nie wywarła na nim wrażenia. Napastnik patrząc w oczy politykowi mówi: „Dosyć już się nachlałeś naszej krwi”. „Wszystko co robię, robię dla przyszłości twojej i twoich dzieci” odpowiada wstając Srakisjan. Zamachowiec stojąc na wyciągnięcie ręki od polityka, bez słowa, strzela. Wazgen Sarkisjan trafiony pociskiem w klatkę piersiową opada zakrwawiony na krzesła. W tej chwili w sali rozpętuje się istnie piekło. Zamachowcy strzelają po zebranych politykach i nielicznych dziennikarzach. Kto może stara się ukryć między sejmowymi ławami.

Armenian_National_Assembly.jpgBudynek armeńskiego parlamentu, w którym doszło do zamachu/ źródło: wikipedia

 

Po orędziu się poddam

Od kul zamachowców zginęli premier Sarkisjan, siedmiu posłów i przewodniczący parlamentu. Leżą w kałużach krwi między przestrzelonymi ławami. Tylko Sarkisjan siedzi wciąż na krześle, głową oparty o pulpit. Zamachowcy wzięli zakładników spośród żywych polityków i zabarykadowali się w sejmie. Uwolnili tylko rannych i część dziennikarzy. Przywódca grupy, w którym obecni na sali dziennikarze rozpoznali swojego kolegę ze studiów Nairiego Unanjana powiedział, że wypuszcza ich pod warunkiem, że ci umożliwią mu wygłoszenie w mediach orędzia do narodu. Po tym obiecał, że wraz ze swoją grupą się podda. Władze przystały na ten pomysł.

 

Dla dobra kraju

Przez cała noc z 27 na 28 października 1999 roku zamachowcy czekali zabarykadowani w otoczonym przez wojsko i policję budynku parlamentu. O 10.00 do gmachu wpuszczono kamerzystę, który miał nagrać orędzie Unanjana. Mężczyzna powiedział, że jego zamach to akt patriotyzmu, a premiera zabił dla dobra kraju, gdyż był on winny nędzy i wyzysku ludzi. Dodał, że zamach powinien być nauczką dla przyszłych ormiańskich przywódców, którzy nie pamiętają o swoich obywatelach. Po przeczytaniu orędzie wszyscy zamachowcy oddali się w ręce władz.

 

Nigdy nie zaprzeczył

Tuż po zamachu część Ormian zaczęła zastanawiać się jak to możliwe, że pięciu uzbrojonych mężczyzn tak łatwo weszło do parlamentu. O kontakty z zamachowcami zaczęto podejrzewać prezydenta kraju, który był jedynym beneficjentem mordu. W końcu zginęli wszyscy jego przeciwnicy polityczny w walce o władzę i przyszłą kadencję. Nigdy nie udowodniono tych zarzutów. Cztery lata po zamachu sąd w Erewaniu wydał wyrok. Uznano, że zamachowcy działali sami. Wszystkim wymierzono karę dożywocia. Tylko Nairi Unanjan nigdy nie zaprzeczył swojej winie.