Humanizm wedle wizji Mołgi

Dezawuacja kierunków powszechnie uznawanych za humanistyczne to proces dosyć częsty we współczesnym świecie. Parę dni temu portal NaTemat.pl zdecydował się wziąć w nim udział, serwując nam artykuł, będący kolejną odsłoną męczącego sporu na linii humaniści vs umysły ścisłe. Tomasz Mołga, chcąc wywołać poruszenie i podburzyć przeciwko sobie komentatorów, postawił na tanią sensację, podpartą szybkim użyciem klawiszy ctrl + f bez głębszej refleksji. Czas na coś rzetelniejszego.

To nie jest zawodówka

Podstawowym faktem, o którym zdaje się zapominać wiele osób drwiących z humanistów, jest to, że żadne studia nie są ekwiwalentem doświadczenia zawodowego. Studia informatyczne – tak szeroko chwalone – to w gruncie rzeczy kierunki, na których trzeba wykonywać bardzo dużo samodzielnej pracy w domu, rozwijając swoje umiejętności i będąc na bieżąco z branżą. Sam materiał wykładany na kierunku nie zapewni sukcesu i pracy w zawodzie z prostego powodu: na każdych studiach to student decyduje o tym, co z nich wyniesie i w jaki sposób uczyni z tego użytek.

Ale to z humanistów się kpi, odsyłając ich do pracy w pewnym amerykańskim fast foodzie. „Robią sobie krzywdę, idąc na kulturoznawcze studia” – powiada redaktor Mołga, nie sprawdziwszy nawet uprzednio, co dokładnie wchodzi w program studiów przytaczanych przez niego kierunków (jeden z nich to w zasadzie filologia, nazwana kulturoznawstwem – a ciężko chyba obronić tezę, że po filologii nie ma pracy?).

Do zdobywania doświadczenia służy szkoła zawodowa. Studia, czy to na uniwersytecie, czy politechnice, to sposób kształtowania pewnej formacji kulturowej i wtłaczania fundamentów wiedzy, na podstawie których można szukać odpowiedzi na pytania stawiane przez świat, odnajdując nowe paradygmaty naukowe. To, w jaki sposób spożytkujemy wiedzę przekazaną nam podczas tego wyjątkowego doświadczenia, zależy tylko i wyłącznie od nas.

Student historii? To tylko nauczyciel

Niestety, w dyskusjach dominuje schematyzacja – ludzie, którzy nie mają pomysłu na siebie, idą na dziennikarstwo i zakładają, że po tych studiach będą dziennikarzami, po socjologii – socjologami, a po politologii – politologami. Nic dziwnego, że w obliczu takiej schematyzacji definicja właściwego zakresu potencjalnej pracy przyszłego kulturoznawcy nastręcza problemów. Nie ma przecież takiej pracy jak „kulturoznawca”. Ale są takie stanowiska jak przewodnik wycieczek turystycznych, pracownik muzeum, zarządca strony internetowej, menedżer w Human Resources, etc.

Ci, którzy twierdzą, że absolwenci historii i filozofii mogą być tylko nauczycielami, zapewne nie zauważają także, że zakres horyzontu myślowego człowieka nie sięga tylko jego studiów. Absolwent historii może się interesować w wolnym czasie fizyką, a socjologii być z zamiłowania biologiem. Nic nas nie ogranicza. Chyba że my sami.

Łatwiej schematyzować, trudniej odnieść się do kategorii humanisty jako osoby, która posiada wiedzę z wielu różnych dziedzin i czyni z niej użytek wedle swoich zainteresowań oraz celów życiowych.

Beka z oferty dydaktycznej humanizmu

Tak dalece się zagoniliśmy w uznawaniu humanistów za osoby gorszego sortu, że sami studenci dziennikarstwa czy socjologii chętnie borą udział w festiwalu kpin z samych siebie. Nie starają się odnaleźć swojej przyszłości i działać na różnych polach, aby rozwinąć zainteresowania czy umiejętności – za to uwielbiają lajkować memy o bezrobociu po ich studiach. W ten sposób panuje powszechne przyzwolenie humanistów na uznawanie ich kierunków za mało wartościowe, zarazem – studia, które służą odnalezieniu siebie, swojej tożsamości i rozwinięciu zainteresowań oraz horyzontów myślowych, zostają sprowadzone do roli kozła ofiarnego współczesnego świata.

Największym problemem są studenci, którzy zamiast polemizować, dyskutować, szukać odpowiedzi – wolą ograniczyć się do zdawania kolejnych przedmiotów, nie angażować się w życie uniwersytetu, nie rozwijać się jako wolontariusze. Wszystko to po to, aby po uzyskaniu tytułu magistra można było uczciwie ponarzekać, że „pracy to po tym nie ma”. I w ten sposób kreujemy wizerunek humanisty jako osoby leniwej, robiącej sobie krzywdę wyborem swoich studiów.

Chociaż pytanie brzmi, czy większymi leniami nie są osoby, którą każdą polemikę na ten temat sprowadzają do stwierdzenia, że po studiach humanistycznych nie ma co robić, mimo podawania rzeczowych i konkretnych kontrargumentów?

I co poradzisz, jak nic nie poradzisz

Zdawałoby się, że czeladnicy w cechu dziennikarskim, którzy w większości są po kierunkach powszechnie uznawanych za humanistyczne, powinni sami rozumieć, że wszystko to nie jest taką prostą sprawą – zwłaszcza, że wielu ludzi pracujących w fachu dziennikarskim nie jest absolwentami kierunku dziennikarstwo. Z drugiej strony: wielu z nich rozpoczęło swoją karierę w zawodzie dokładnie po tych studiach, które wszak przez wielu są mało cenione.

Redaktor Mołga wybrał jednak myślenie jednotorowe, idąc w ślady wielu komentatorów na portalu Facebook i sprowadzając wszystko do prostego równania, w myśl którego studia humanistyczne = praca w fast foodzie. A szkoda.

źródło zdjęcia wyróżniającego

Dodaj komentarz