Święconka, małżeństwo i gadanie gorylem

Historycznym, bo pierwszym gościem Wywiadów Czachora jest mój idol — komik dziennikarz i mąż z 25-letnim stażem — Szymon Majewski. Prowadził takie programy, jak Mamy Cię, Bułka z Szymkiem czy Szymon Majewski Show, w którym powstały kultowe Rozmowy w Tłoku. Obecnie możecie go usłyszeć w Radiu Zet, gdzie udowadnia, że Warto Rozbawiać, a także zobaczyć go na deskach warszawskiego Och-Teatru, w którym prowadzi swój autorski monolog One Mąż Show.

Kacper Czachor: Mam nadzieję, że nie denerwujesz się za bardzo, bo z moich informacji wynika, że nie jest to twój wywiadowy pierwszy raz.

Szymon Majewski: Nie, bardzo lubię wywiady, problem w tym, że gadam zbyt szeroko, mam dużą amplitudę tematów i jestem w stanie od pytania o godzinę dojść może nie do Jagiellonów (śmiech), ale do piękna ziemi rzeszowskiej bądź dorzecza Tanwi i Sanu.

Jako że rozmawiamy świeżo po Świętach Wielkiej Nocy, powiedz proszę jak wyglądają one u Majewskich? Czy pojawiły się pytania z twojej facebookowej listy świątecznych zwrotów?

Absolutnie tak. „Rozepnij pasek” to tekst mojego przyszywanego dziadka. Te święta są u mnie dosyć tradycyjne, chociaż zaczynają się pojawiać aspekty nowoczesności, które wprowadzają moja córka, żona i jej siostra — pojawiają się potrawy wegetariańskie, egzotyczne. Z jednej strony serek halloumi, a z drugiej żurki i inne tradycyjne potrawy. Także, podobnie jak święta Bożego Narodzenia, Wielkanoc jest u nas obchodzona głównie w sposób tradycyjny, a nawet muszę powiedzieć, że w tym roku, ku uciesze mojego wujka Tadzika, który jest bardzo religijny, poszedłem z moimi dwoma kolegami ze święconką, a przyznam szczerze, że zdarzyło mi się to ostatni raz jak moje dzieci chodziły w tym celu do kościoła z babcią. Także moja przerwa była długa, ale poszedłem, jak moi koledzy to ujęli, szlakiem Wokulskiego — Krakowskim Przedmieściem, a później na małe piwo u „Samsona”, ale wróciliśmy bardzo grzecznie. (śmiech)

lista świątecznych zwrotów, źródło: Szymon Majewski/facebook

Ale wracając, zdecydowanie wszystkie hasła były, czyli walka z przejedzeniem, tak zwane Mazurkas Travel, czyli wymiana mazurków, tak jak wymienia się proporce. Okazuje się, że kupiło się cztery rodzaje, a je się i tak te robione. A po świętach pojawia się typowy problem z suchymi ciastami, które będę jadł do kawy przez następny tydzień, żeby nic się nie zmarnowało — tę obsesję mam po dziadku.

Zostając przy ciastach, nie żałujesz, że nie podzieliłeś się ze światem zdjęciami wypieków z jakimś chwytliwym hasztagiem?

Nie, z tego też się śmiałem. Stwierdziłem ostatnio, że to jest ciągłe balansowanie między tym, czy mam się czuć celebrytą czy raczej anty-celebrytą. I za każdym razem, gdy przychodzi mi ochota na wrzucenie mazurka, który został zrobiony przez moją żonę, to moja córka mówi: „Tato zwariowałeś? Wszyscy ludzie to robią, robienie zdjęć jedzenia i wrzucanie tego na Instagram to największy obciach”. I nagle myślę sobie: cholera,  ma rację. Wrzucasz zdjęcia czegoś, czym nie możesz się podzielić. Jeszcze kiedy robiłem sernik na WOŚP, to rozumiem, ale w takiej sytuacji czym mam imponować? Dlatego, jeśli jakieś zdjęcie już wrzucam, to okraszam je jakimś żartem, staram się być autoironiczny, żeby nie stać się ani ciachową, ani ciuchową blogerką.

Poruszając się wciąż w kręgu rodzinnym. W tym roku, podobnie zresztą jak moi rodzice, świętujesz 25-lecie małżeństwa. Masz poczucie, że przez te lata nabrałeś małżeńskiej ogłady i poznałeś receptę na co najmniej kolejne 25 lat?

Twoi rodzice też 25 lat, tak? Niewiarygodne… Widzisz, mam też syna i też ma 23 lata, córka ma 25, ale wracając do pytania, to moja żona wyjechała dziś na wiosenny wypad z sześcioma koleżankami i zastanawiałem się, co sprawia, że jest się przez 25 lat razem. Nie uważam, że jest jakaś jedna recepta, jest za to coś, co mam realizować, coś niedopowiedzianego. Uważam, że wielkim problemem związków jest to, że z chwilą podpisania tego, co niektórzy nazywają cyrografem, a w istocie jest dokumentem małżeńskim, pary uważają, że wchodzą w posiadanie siebie, jakby wchodziło się w posiadanie auta czy szafy i oznacza to, że wszystko zostało załatwione. Poderwana, zdobyta, jest moja i to wszystko. A tymczasem moim zdaniem jest zupełnie odwrotnie, podpisując ten dokument zobowiązujemy się do nieustannego podrywu, który dopiero się zaczyna. Kwestią kluczową jest podtrzymanie opinii o naszej genialności z randek, że wciąż tacy jesteśmy. Teraz dopiero musimy coś udowodnić: tak jak Real Madryt wygrał Ligę Mistrzów i pokazuje, że rządzi, bo wygrał ją ponownie, a nie jak Legia — jednorazowy błysk, a później przegrywa — tak jak ostatnio z Arką. Można te zmagania porównać też do wolności, raz zdobyta nie jest dana na zawsze i trzeba ciągle o nią walczyć.

Możesz zatem podać jakieś konkretne działania, które wzmacniają waszą więź?

Tak, chociaż jest to czasami po prostu obserwowanie, słuchanie siebie nawzajem. Czytałem nawet wczoraj tekst o małżeństwach, napisany z punktu widzenia kobiety, która zajmuje się mediacjami. Co ciekawe, napisała, że wiele związków rozpada się przez totalne duperele, tylko przez to, że nie są omówione i są zostawione same sobie. Za przykład podała wiadomość, w której żona pyta męża, dlaczego się do niej dziś nie odzywa, czy coś jest nie tak. Kiedy mąż odpisze jej zdawkowo i nie wyjaśni przyczyn, bądź co gorsza oskarży ją o czepianie się, to mamy problem. Jeśli natomiast wyjaśni, że ma dużo pracy i stąd jego milczenie, to sprawa jest załatwiona. Żona ma poczucie, że mąż się nią interesuje, wystarczy jeden dłuższy SMS, by zażegnać kryzys. Według mnie podstawą jest rozmowa, dialog, tak jak w polityce czy innej dziedzinie, jeśli nie wyjaśnimy sobie, co jest nie tak, to czeka nas afera. Jeśli mąż nie będzie mówił o problemach żonie, to ona przestanie się go o nie pytać, nie będzie uzyskiwać odpowiedzi. Byłem nawet świadkiem na rozprawie rozwodowej znajomych, gdzie 15 lat małżeństwa zostało niejako sprowadzone do tego, co znajdowało się w lodówce, a co nie.

W Och-Teatrze prowadzisz swój autorski monolog, który bardzo polecam — One Mąż Show. Przybliż proszę czytelnikom aurę tego przedstawienia.

Jest to przedstawienie o tyle dziwne, że nie jest typowym monologiem, bo powstało wyłącznie na podstawie moich doświadczeń: tego, co — choć przeze mnie podkoloryzowane — w istocie miało miejsce. Pomysł na monolog przyszedł, gdy pisałem felietony o małżeństwie dla „Zwierciadła”. To jest o tyle dla mnie fajne, że mówię o zdarzeniach autentycznych, jest to dla mnie trochę psychoterapia. Wychodząc, nie wiem, jakie będą reakcje publiczności, ludzie trochę przeglądają się w tym, co mówię. Widzę singli, pary, każdy widzi to inaczej, może prowokuję ich do rozmowy, a sam się oczyszczam z pewnych emocji. To ciągle trwa, a przecież zacząłem grać ten monolog 4 lata temu. Dzięki elementowi improwizacji, pewnej nieprzewidywalności, niektóre historie odżywają na nowo.

Abstrahując od artystycznych walorów twojego monologu: nie uważasz, że dla ciebie jako męża to strzał w dziesiątkę? Przecież kiedy przyjaciółki twojej żony zapytają, co robisz w pracy, dowiadują się, że przez półtorej godziny bez przerwy mówisz o swojej wybrance.

Dokładnie tak, to jest to. Zaczęliśmy też z żoną robić audycję w Radiu Zet — Nieporadnik Małżeński — i zauważyłem, że to nas w jakiś sposób leczy. Często jest tak, że siadamy w radiu w bojowych nastrojach, po ciężkim tygodniu, by czytać teksty i nagle żona zaczyna się śmiać, bo jest tam zawarty dialog, który miał miejsce wczoraj i ona mówi: „Boże, ja to powiedziałam” albo ja się śmieję z moich nieudolnych prób zadowolenia żony, na przykład w kwestii porządku. Jest to trochę psychoterapia na oczach i uszach ludzi, ale jest to fajne, bo zawsze mogę powiedzieć, że to tylko anegdota. Sam moment rozpoczęcia One Mąż Show był trudnym czasem: rozstałem się ze swoją stacją telewizyjną, spaliło mi się mieszkanie i jeszcze przed tymi wydarzeniami mój znajomy namawiał mnie do zrobienia słynnego monologu satyrycznego Mężczyźni są z Marsa, a ja strasznie nie lubię gotowców i stwierdziłem, że po co mam opowiadać monolog jakiegoś obcego gościa, skoro mam własne małżeństwa  i doświadczenia i tak to się zaczęło. Wysłałem Krystynie (Jandzie — przyp. red.) i zaprosiła mnie do swojego teatru.

Co ciekawe, teraz pracuję nad trudnym monologiem o mnie i o mojej mamie, która nie żyje od dziesięciu lat. O mojej relacji z mamą. Będę mamie trochę zdawał relację z tego, co u mnie w tej chwili, będę jej to opowiadał na scenie.

Miałeś z mamą bliską relację, prawda?

Tak. I choć mama zapewne jest ważna w życiu każdego dziecka, to u mnie było tak, że mama wychowywała mnie sama. Rodzice się rozwiedli, więc nasz związek był w jakiś sposób silniejszy i o tyle specyficzny, że była to relacja nadopiekuńczej spokojniej matki z nadpobudliwym dzieckiem. Teraz pewnie skierowano by mnie na jakieś badania w kierunku ADHD, wtedy mówiło się na takie dzieci po prostu żywe srebro.

Na swoim facebookowym profilu napisałeś: „Prezydent zawetował ustawę degradacyjną. Generalnie niektórzy się cieszą”. Jaka jest twoja opinia w tej sprawie? Wiem, że historia w twojej rodzinie zawsze miała ważne miejsce.

Uważam, że prezydent dobrze zrobił, że zawetował tę ustawę. Podchodząc do tego nieco komicznie, wolę myśleć, że stan wojenny, to była walka z generałem, a nie szeregowcem. Nie jestem oczywiście miłośnikiem Wojciecha Jaruzelskiego i mam wrażenie, że to się pogłębia, im więcej czytam. Jeszcze kiedyś wydawał mi się postacią tragiczną, co się zmieniło. Z drugiej strony, zastanawiam się, jaka jest chwała odbierać komuś coś, skoro już go nie ma. Warto było zrobić to za jego życia. Rzecz jasna rozumiem też, że taki rodzaj sprawiedliwości mógłby dać satysfakcję ofiarom stanu wojennego, które nie doczekały się skazania takich postaci za ich życia. Ja jednak bym już przy tym nie grzebał i dlatego z tym wetem się zgadzam. Mam w sobie wiele takiego ludzkiego współczucia — za co często płacę — które włączało mi się na przykład przy protestach pod domem Jaruzelskiego, u schyłku jego życia, czy kiedy oberwał kamieniem. Unikam radykalności, często widzę w ludziach pozytywy, nie chcę widzieć w nich demonów, demiurgów zła, szukam dobra. Myślę, że jestem pod tym względem mocno chrześcijański jak moja mama. Jeśli widzę ich wady to w kategoriach ludzkiej słabości, za co często dostaję po tyłku.

źródło: Szymon Majewski/facebook

Trudno jest być centrystą?

Oj trudno, nieraz dostaje mi się od znajomych, którym nie podoba się mój wpis, bo uważali, że jestem z nimi. Próbują mnie co jakiś czas pozyskać, a ja staram się być trochę z boku i myśleć zdroworozsądkowo. Ostatnio robiłem wywiad z Joanną Szczepkowską, której poglądy mi zasadniczo pasują i jej też się dostaje za to, że jest wyważona. Powiedziała piękną rzecz, że mamy teraz czasy, w których poglądy dostaje się w pakiecie. Czyli jeśli jestem przeciwko wycince lasów, to mam już być lewakiem. Jeśli natomiast wypowiadam się dosyć często — co czynię — o tradycji Powstania Warszawskiego, ważnej w mojej rodzinie, bo cała moja rodzina walczyła w powstaniu — ciotka była sanitariuszką, dziadek bronił barykady w Alejach niedaleko stąd — tutaj jednak prawicowiec. Kiedy znowu mówię, że kobiety powinny mieć jakieś prawo do decydowania, mimo że aborcja nie jest w żaden sposób okej, a jest raczej tragicznym wyborem, dramatem —  znowu lewak — ale nie jestem znowu radykalny jak Sylwia Chutnik, mimo że wspieram kobiety. Chcę po prostu dać sobie pole manewru, nie iść za owczym pędem. Boję się, żeby nie wyszło, że mój dziadek miał rację, kiedy mówił, że Polacy radzą sobie z tragedią i przekleństwem wojny, a nie potrafią sobie poradzić z „przekleństwem” pokoju. Mamy pretensje do Żydów, że się wspierają, co nam przeszkadza do ciężkiej cholery się wspierać?

Jestem ciekawy co sądzisz na temat niedoboru programów typu talk-show w polskiej telewizji? Nie uważasz, że Kubie Wojewódzkiemu przydałaby się konkurencja? Nie kusi cię powrót na domowe ekrany?

U mnie sytuacja jest skomplikowana, bo kiedy pięć lat temu rozstawałem się z TVN-em, było to rozstanie nieco wymuszone. Zrobiłem reklamę, na którą była zgoda… Zagmatwana historia. Miałem wtedy głód po tym burzliwym rozstaniu, ale gdy patrzę na to dziś, to widzę, że był to dobry czas na przerwę. Nie wiem do końca jak pracuje Kuba, ale intensywność naszego programu (Szymon Majewski Show — przyp. red.) była tak duża, że na dobrą sprawę napędzenie tej machiny doprowadziło w końcu do przegrzania. Mieliśmy w pewnym momencie dosyć tempa, natłoku tematów. Nie ukrywam, że były momenty, że mi później tego wszystkiego brakowało, ale kiedy trochę wyhamowałem, to bardzo polubiłem to, co się teraz dzieje. Mam na myśli powrót do „Zetki”, której nigdy do końca nie zostawiłem, także odczuwam pewien spokój, chociaż pojawiają się pewne głosy i propozycje. Powiem Ci szczerze, sam nie wiem czy wrócić teraz na swoje stare graty i zaproponować nową odsłonę tego, co było. Czy może lepiej jak robić coś teraz, to może iść w zupełne novum. Uwierz mi, polityka jest teraz tak prosta — podziały, które są — że czasami parodiowanie tego może nie być śmieszne.

Powiedz proszę, za co tak lubisz humor abstrakcyjny, gry słowne? Zgodzisz się, że jest to czysta sztuka dla sztuki? Żarty, które nie muszą nikogo obrażać, by śmieszyć?

Żart nie zawsze musi obrażać. Co więcej żart, jeżeli obraża, to coś z nim nie tak. Bo najpierw powinien być śmieszny, a później dopiero można nim dosolić. Ostatnio wrzuciłem rysunek Pawła Jarońskiego „Jesteś pod Ł”. Nie wiem, czy widziałeś jego stronę, jest fantastyczny. Ja dorastałem na abstrakcyjnym poczuciu humoru, to dla mnie szermierka bez krwi, czysta zabawa. Ktoś może powiedzieć, że to ozdobniki, które niczemu nie służą, a ja przeciwnie uważam, że trzeba mieć do tego świeżość i inaczej połączone synapsy. To jest też swego rodzaju „basic” — jak to robisz dobrze, wyjdą Ci inne rzeczy. Ja od tego zaczynałem, jak miałem 23-24 lata, a potem dopiero doszedł humor polityczny, bo zacząłem tym żyć. Pojawiły się dzieci, inne doświadczenia, ale na początku była właśnie abstrakcja i finezyjny humor, który uwielbiam. Nie ma nic fajniejszego od stania z kumplami i przerzucania się takimi sucharami. Nie było Cię jeszcze na świecie, kiedy w audycji Czuj mózg robiłem różne rebusy. Wtedy nikt specjalnie nie badał słuchalności, nie wiem, ile osób tego słuchało, ale dawało to efekt. Sam staram się, choćby w reklamach Plusa, przemycić choć jeden tego typu żart, niech będzie smaczkiem choćby dla wąskiej grupy odbiorców. To jest swego rodzaju kod jak podbite oko w Fight Clubie, nić porozumienia.

Jeżeli mogę wypowiedzieć się w imieniu młodzieży, to myślę, że my także lubimy humor abstrakcyjny. Przeczytałem na przykład ostatnio na popularnej wśród młodych stronie Suchar Codzienny, że 99% karpi uważa, że Wielkanoc jest lepszym świętem niż Boże Narodzenie.

(śmiech)

A jako że obaj nie jesteśmy orłami z matmy: jestem ciekawy czy wiesz, czym różnią się matematyk dodający dwa do trzech, od matematyka dodającego trzy do dwóch?

(cisza)

W sumie niczym.

Dobre. Mnie się podobał żart: jak inaczej nazwać matematyka? X-Men.

Przekażę wujkowi, który jest matematykiem, powinien się ucieszyć.

Nie mógłbym, zamykając temat humoru, nie zapytać o twojego przyjaciela — Michała Zielińskiego. Pamiętam go jeszcze z Rozmów w Tłoku, a to, co teraz wyprawia w polskiej wersji Saturday Night Live, jest komediowym majstersztykiem. Możesz zdradzić, jak rozmawiacie przez telefon, gdy nie ma twojej żony w domu?

Nasza rozmowa to często jedna wielka onomatopeja. Rozmawialiśmy ostatnio koniem i gorylem. Potrafimy do siebie zadzwonić i rozmawiać w ten sposób przez godzinę. Kiedyś mieliśmy fazę — bo u nas tak to wygląda, włącza nam się konkretna, gdy zaczyna nas coś rajcować — i tak przez parę tygodni rozmawialiśmy dźwiękami ekspresów do kawy. Dlatego, że Zielakowi zepsuł się ekspres i zaczął wydawać odgłosy „sssy sssy sssy”, jakby zaraz miała wybuchnąć bomba, a ja oddzwaniając do niego naśladowałem ekspres prawidłowy i tak przez 40 minut. Także moja żona powiedziała, że jeśli od tego nie zwariujemy, to jeśli będziemy kiedykolwiek w domu starców, to powinni nas usadzić w jednym. Bo już mamy opracowane takie kody i jesteśmy już tak daleko w pewnych rzeczach, że nawet mimo podsłuchów bylibyśmy nie do odczytania. Zdarza nam się czasami też rozmawiać niesłyszanymi dźwiękami w polskim filmie, co jak wiemy, jest jego bolączką. Jest na przykład dobry serial, któremu kibicuję — Kruk. Szepty słychać po zmroku — świetnie zmontowany, ale oczywiście nie słychać dobrze. I my z Zielakiem udajemy polskich dźwiękowców, którzy siebie nawzajem nie słyszą. (śmiech) A Michał Zieliński jest gigantem. Nie chcę wchodzić w żadne porównania do Jima Carrey, bo to zawsze artyście umniejsza, i cieszę się, że robi ten SNL, ale to jest typ faceta, który powinien mieć swój typ kina jak Louis de Funès czy Fernandel we Francji. Gdybym był reżyserem komediowym, stworzyłbym dla niego bohatera, bo na to zasługuje i uważam to za spore niedopatrzenie i niewykorzystanie jego talentu.

Na koniec chciałbym z tobą zagrać w pytaniowego ping-ponga. Postać historyczna, z którą chciałbyś porozmawiać?

Józef Piłsudski. Mój dziadek go uwielbiał, był jego żołnierzem w roku 1920, służył jako 17-latek w Modlinie. Jest to dla mnie postać fascynująca, ogniskująca we mnie złość i wielką sympatię.

Ukryty talent?

Cały czas twierdzę, że mam talent pisarski. Kiedy czytam jakąś fajną książkę, to denerwuję się, że ja jej nie napisałem. (śmiech) Ciągle wierzę także, że mój talent bokserski się rozwinie, choć trenuję już od pięciu lat, i uda mi się wejść między Wildera a Joshuę.

Sylwester impreza czy Subaru Impreza?

Jedno i drugie nie. Lubię Subaru, ale ten model jest dla mnie zbyt sportowy, a z drugiej strony w Sylwestra lubię być w domu o północy czy pierwszej i się wyspać.

Wywiad, którego nie zapomnisz?

Przyszły przeprowadzić ze mną wywiad trzy studentki, z czego dwie zasnęły. (śmiech) Naprawdę, na początku Radia Zet, wydawały się głęboko zainteresowane wywiadem ze mną, powiedziały, że to było ich marzenie i uwierz mi jedna zamykała oczy, a druga po prostu zasnęła.

Może przesadziły z alkoholem, żeby się nie stresować?

Nie wiem. (śmiech) Ale sytuacja była lepsza, bo nie dość, że przysnęły, to jeszcze nic nie nagrały. Zadzwoniły później, że nic się nagrało, jakaś masakra.

Niskie stopy procentowe czy stopy na wysokich obcasach?

Zawsze stopy na obcasach — to uwielbiam. Lato, nogi, stopy, kobiety w szpilkach, to jest niewiarygodne, nie ma nic wspanialszego.

Cecha, którą w sobie cenisz?

Poczucie sprawiedliwości i wrażliwość dzieciaka. Myślę sobie, że gdybym miał mniej skrupułów, w moim zawodzie byłbym dalej, ale straciłbym jako człowiek.

Holyfield czy Tyson?

Tyson, ale tylko z tego względu, że to jest takie zaprzeczenie mojej energii. Nie mam w sobie takiej zwierzęcości. W nim było ono też na pewno powodowane trudnym dzieciństwem, chcę przeczytać jego biografię, podobno jest świetna. Uwielbiam oglądać na YouTube jego walki, patrzeć na dynamikę ruchów.

Gość, którego chciałbyś zobaczyć w wywiadzie u mnie?

Nie wiem czy ułatwić ci sprawę, czy utrudnić, ale Dawid Podsiadło. Jest wspaniałym rozmówcą. Inteligentny, działający na tych falach. Może nie jest rozmówcą łatwym, ale to wywiad-marzenie, bo usatysfakcjonuje cię na wielu płaszczyznach. Wielowarstwowy, młody, niezepsuty chłopak.

Skoro zaczęliśmy od Świąt, to na nich skończmy: co kanibal robi na Wielkanoc?

Czekaj, czekaj… Zje… Nie wiem.

Blisko. Upiecze babkę.

A dobra, widzisz, zrobiłem kiedyś skecz Hannibal Lektor o lektorze, który zjadał końcówki i przez to nikt nie rozumiał, o co chodzi. (śmiech)