Cztery zmysły w Izraelu [część 1]

Jesteście rodziną? Ktoś miał dostęp do waszego bagażu? A może ktoś dał wam coś tutaj na lotnisku? Znacie kogoś na miejscu? Może kogoś w Palestynie? Na pewno? Jaki cel ma wasza wyprawa?
No dobrze, w takim razie życzymy miłego i bezpiecznego lotu!

 

Autor: Łukasz Gworek

Przeprawa pomiędzy Krakowem a Tel-Avivem to próba cierpliwości. Tutaj nie ma miejsca na szybkie i powierzchowne kontrole, do jakich przyzwyczaiło nas przemieszczanie się po terenie Unii Europejskiej. Sześć odpraw jeszcze na terenie Polski, w tym rozmowa z służbami bezpieczeństwa, nieoficjalnie nazywana przesłuchaniem. Urzędnicy pytają o wszystko, co może być związane z bezpieczeństwem. Szczególnie dopytują o bagaż — czy ktoś miał do niego dostęp, czy nie przewozi się nic niebezpiecznego i czy jakiś nieznajomy nie przekazał podróżującemu, już na lotnisku, jakiejś tajemniczej przesyłki. Wśród moich towarzyszy nadchodzące przesłuchanie budziło strach. U mnie było wręcz przeciwnie — czekałam z niecierpliwością! Było jednak mniej spektakularnie, niż sobie wyobrażałam. Wnikliwa, ale rutynowa kontrola. Chyba wyglądam zbyt niewinnie, by ktoś mógł uwierzyć,
że mam niecne zamiary.

Pierwsze obserwacje

Nazaret. Pierwsza kolacja, pierwszy nocleg. Pierwsze zetknięcie z arabską kulturą. Piątkowy wieczór.
Dla muzułmanów piątek to święty dzień. Na ulicach tłoczno, mimo późnej godziny budki z kebabem i sklepy wciąż otwarte. Wokół prawie sami mężczyźni. Wąską ulicą przejeżdża mnóstwo samochodów, z których głośno gra arabska muzyka. Kierowcy co chwilę się zatrzymują. Spotykają znajomych, wysiadają, rozmawiają, jadą dalej. Mimo że nie pada deszcz, chodnikami płyną strumienie wody. Ktoś myje podłogę w swoim barze, ktoś porządkuje samochód. Wchodzę do jednego spożywczaka, potem do kolejnego. Orientuję się, że na żadnym produkcie nie ma oznaczonej ceny. Zależna jest od tego, kto i kiedy kupuje. To, za co turyści płacą 30 szekli, tubylcy kupują za 10. Zawsze można się targować. Im ładniej się uśmiechasz i im lepszą taktykę przyjmiesz, tym mniej zapłacisz.
Idę dalej. W tle słyszę śpiew muezzina, wzywającego muzułmanów na modlitwę. W witrynach barów mężczyźni pospiesznie rozkładają dywaniki. Zaczynają chwalić Allaha w rytm pieśni.

Nazaret nocą.  Autor: Łukasz Gworek

Ciecierzyca, sezam i habak

Powiedzieć, że Izrael pachnie, byłoby grubą przesadą. Nawet na najbardziej turystycznych uliczkach czuć zapach psujących się resztek jedzenia. Przez te aromaty przebija się jednak intensywna woń świeżo przygotowywanych falafeli, beduińskiej herbaty i wypiekanych z rana pszennych placków. Falafel to warzywny kotlet, zwykle przygotowany z ciecierzycy i smażony w głębokim tłuszczu. Podawany jest w picie (pszennym placku)
z dodatkiem warzyw i pasty tahini. Hummus, czyli krem z ciecierzycy i sezamu, w Izraelu podawany jest turystom na śniadanie, obiad i kolację. Najczęściej w towarzystwie zataru — mieszanki sumaku, prażonych ziaren sezamu, tymianku, majeranku i oregano. Herbata beduińska to napój mieszkańców pustyni. Jest słodka i intensywna —
ma nawadniać i dodawać energii w czasie upału. Smak zawdzięcza liściom habaku dodawanym pod koniec gotowania. Habak to inaczej biblijna mięta lub arabska bazylia. Próbowałam — ni to mięta, ni bazylia.

Nieodłącznym elementem ciasnych izraelskich uliczek są stargany ze świeżo wyciskanymi sokami z pomarańczy
i granatów. W smaku owoców czuć słońce! Są dojrzałe, słodkie i orzeźwiające. Izraelskie słodkości to przede wszystkim chałwa, baklava i różne galaretki. Coraz więcej podobnych smaków można znaleźć w polskich menu. Baklava izraelska jest bardziej lokalnym przysmakiem. Zwykle składa się z dużej ilości orzechów, daktyli, miodu, cynamonu i ciasta filo. Takie połączenie składników tworzy aromatyczne, miękkie, słodkie delicje. Ale to wszystko to nic! W Izraelu znalazłam coś tak prostego, a zarazem genialnego, że moje kubki smakowe domagają się, by poczuć ten smak jeszcze raz. Daktyle w czekoladzie nadziewane migdałami. Pychota! Żeby nie było tak słodko dodam, że za 500 gramów takiej przyjemności trzeba zapłacić przynajmniej 10 dolarów.

Pita z warzywami, falafelami i pastą tahini. Autor: Dominika Kieszkowska
Stragan z lokalnymi przysmakami. Autor: Dominika Kieszkowska

W Izraelu zmysły pracują na najwyższych obrotach. Nic nie jest powtarzalne ani przewidywalne. Mógłbyś jednak pomyśleć, że popełniłam błąd — zmysłów przecież jest pięć, a w tekście opisane są tylko cztery. To celowy zabieg. O dotyku nie mogę zbyt wiele napisać, bo wśród lokalnych sprzedawców panuje jedna wyjątkowa — obca dla nas, Europejczyków — zasada. Dotykasz — kupujesz. A jako że podróż musiała zmieścić się w studenckim budżecie, starałam się hamować nawyk dotykania wszystkiego, co przykuło mój wzrok. Zmysły nie dają jednak pełnego obrazu rzeczywistości. Świata nie wystarczy widzieć, słyszeć, smakować, czuć czy dotykać. Trzeba go przede wszystkim zrozumieć, a przynajmniej próbować.

Jeśli chcesz próbować ze mną, zapraszam cię do lektury kolejnych tekstów.

Pomegranate juice? Autor: Dominika Kieszkowska