Nie wystarczy dobry przepis

Kampanię wyborczą można porównać do przygotowywania posiłku. Składniki są proste: reagowanie na potrzeby wyborców, umiejętność podkładania min konkurentowi, sztab odpowiednich ludzi i wyuczone na pamięć piarowskie formuły. O sukcesie dania decydują jednak szczegóły. Który z kandydatów na prezydenta Warszawy – Rafał Trzaskowski czy Patryk Jaki – miał lepszy przepis? I dlaczego to ten pierwszy okazał się lepszym kucharzem?

I tura wyborów samorządowych już za nami. Największy bój toczył się o fotel prezydenta stolicy. Niezmiennie od 12 lat rządzi tu Platforma Obywatelska. Oficjalnie wiadomo już, że dobra passa ugrupowania Grzegorza Schetyny (które połączyło swoje siły z Nowoczesną., wskutek czego obie partie przystąpiły do wyborów jako Koalicja Obywatelska) będzie trwać nadal. Wybory w Warszawie wygrał Rafał Trzaskowski (z wynikiem 56,67 proc.). Jego największy konkurent – Patryk Jaki uzyskał 28,53 proc. głosów. Można zatem ogłosić następujący werdykt: najgorętsza samorządowa walka rozstrzygnęła się w I turze, przewrotu nie będzie,
a dwóch najpoważniejszych kandydatów zostawiło pozostałych dwunastu daleko w tyle.

Kampanie wyborcze Rafała Trzaskowskiego i Patryka Jakiego niezaprzeczalnie różniły się od siebie, będąc jednocześnie bardzo podobnymi pod kilkoma względami. Kwestia, która je spaja i która może jednocześnie stanowić podsumowanie tegorocznych wyborów, nie napawa optymizmem na przyszłość. Nawet niewprawiony obserwator może z łatwością zauważyć, że w coraz większym zakresie rozlicza się polityków nie z wiarygodności składanych obietnic, ale ze skuteczności w manipulowaniu emocjami wyborców. Liczy się efektywność w pozyskiwaniu głosów, a nie tradycyjne postulaty i solidarność programowa. Przyjrzyjmy się teraz obu kampaniom na podstawie wybranych aspektów.

Kontakt z wyborcami

źródło: Patryk Jaki/facebook, mat. prasowe

Bezpośrednie spotkania i rozmowy z wyborcami to element charakterystyczny kampanii Patryka Jakiego. To on niemal codziennie wychodził do mieszkańców Warszawy w różnych miejscach: pod blokiem, w parku czy na oficjalnym evencie. Otworzył Jaki Cafe, czyli miejsce spotkań, wymiany poglądów i dyskusji o przyszłości miasta. Rozdawał kawę na „patelni”
i kiełbaski nad Wisłą. Organizował akcje, takie jak „36 impulsów w 36 godzin”, podczas której przedstawiał warszawiakom swoje pomysły dla stolicy czy „100imy pod blokiem”, kiedy to odwiedził 100 osiedli i blokowisk. Nie można odmówić mu motywacji i zaangażowania.

źródło: Rafał Trzaskowski/facebook, mat. prasowe

Rafał Trzaskowski był dużo bardziej powściągliwy
w swoich aktywnościach. Większy nacisk położył na obecność medialną, często organizował briefingi dla mediów i oficjalne spotkania z udziałem pokaźnej reprezentacji dziennikarzy. – Trzaskowski wydaje się prowadzić swoje działania od niechcenia, jakby wygrana mu się należała, nie musi się więc starać i przygotowywać. Jaki pokazuje zaś codziennie, że jemu się chce – powiedział jeszcze przed wyborami, w wywiadzie dla portalu Wirtualnemedia.pl, właściciel agencji PR Modern Corp Zbigniew Lazar. Co prawda kandydat Koalicji Obywatelskiej zorganizował akcję „Ławka Rafała”, z którą jeździł po mieście, by móc w cztery oczy porozmawiać z warszawiakami. „Co tydzień będę na Was czekał na ławce w różnych miejscach Warszawy. Na moim FB i TT dowiecie się o miejscu i godzinie kolejnego spotkania. Możemy mówić sobie na Ty – będzie się łatwiej rozmawiało:)” – napisał na Twitterze Trzaskowski. Pomysł nie był nowy, bo już Robert Biedroń zapraszał mieszkańców Słupska na czerwoną kanapę. Inicjatywa kandydata Koalicji Obywatelskiej spotkała się z falą krytyki. Ławka kojarzyła się raczej z pasywnością i staruszkiem drzemiącym w parku, a nie z energią i działaniem. Porównywano ją do ławki bohaterów serialu „Ranczo”, którzy spotykali się na niej przy wysokoprocentowych trunkach.

Wizerunek

Jeszcze przed oficjalnym ogłoszeniem kandydatur polityczne sylwetki obu działaczy były dosyć wyraźnie zarysowane. Trzaskowski dał się poznać jako merytoryczny i sprawny dyplomata, który poza urzędowaniem na wysokich stanowiskach polskiej administracji (był ministrem administracji i cyfryzacji, sekretarzem stanu w Ministerstwie Spraw Zagranicznych i posłem), prowadził owocną karierę na arenie międzynarodowej. Publicyści nazywali go także „nadzieją obozu liberalnego”.

Z kolei Jaki jawił się jako awanturnik i polityk bezkompromisowy, który świetnie mobilizuje twardy elektorat, ale nie potrafi prowadzić polityki koncyliacyjnej. Zaczęto mówić o nim szerzej, kiedy jako sekretarz stanu w Ministerstwie Sprawiedliwości doprowadził do utworzenia komisji weryfikacyjnej ds. reprywatyzacji, którą później sam kierował. Nadzorował również prace nad nowelizacją ustawy o IPN, która wprowadzała karę więzienia za przypisywanie narodowi lub państwu polskiemu odpowiedzialności za zbrodnie popełnione przez nazistowskie Niemcy. Spotkało się to z entuzjastyczną reakcją przedstawicieli wszystkich politycznych środowisk.

Jak się później okazało, to polityk Solidarnej Polski radził sobie w kampanii zaskakująco dobrze, a Trzaskowski spisywał się poniżej oczekiwań. Dużym obciążeniem był dla niego wizerunek człowieka z elity. Typowy przedstawiciel inteligenckiej socjety stolicy, naprzeciwko którego stanął rzutki chłopak
z blokowiska, musiał spotęgować siły, by nie stracić elektoratu. Musiał walczyć nie tylko z rywalem, ale również z własnym wizerunkiem.

mem na profilu Patryka Jakiego, źródło: nto.pl

Wpadki

Obaj kandydaci nie ustrzegli się przed kampanijnymi wpadkami. Umieszczenie zdjęcia mostu w Pradze czeskiej zamiast na warszawskiej Pradze w spocie, mem po meczu Niemcy-Meksyk czy ujawnianie piłkarskich preferencji klubowych (czym rozjuszył kibiców drużyny przeciwnej, którzy stworzyli na Facebooku profil „Polonia przeciwko byleJakiemu legioniście”) – to mniej chlubne szczegóły kampanii Patryka Jakiego.

Z kolei część drogi na prasowy briefing o transporcie publicznym Rafał Trzaskowski przebył taksówką,
a w wywiadach opowiadał o zamrażaniu funduszy przez UE do momentu powrotu PO do władzy. Podczas wizyty
w mieszkaniu warszawianki próbował zakleić pękniętą szybę w drzwiach taśmą, co wywołało falę memów
i prześmiewczych tweetów.

Mimo wpadek po obu stronach można uznać, że nie przełożyły się one szczególnie na ogólne notowania. Były szeroko komentowane, ale głównie w gronie wyborców, którzy i tak zamierzali zagłosować na kontrkandydata.

Inicjatywy

W początkowej fazie kampanii wyborczej to Patryk Jaki regularnie wychodził z inicjatywami, które starał się opisać i uzasadnić. Rafał Trzaskowski po kilku godzinach próbował na te inicjatywy reagować, dlatego pośpiesznie zwoływał konferencje, które – często nieodpowiednio przygotowane – nie przynosiły mu niczego dobrego. Jaki komunikował: „Mam następujące pomysły na moje miasto”,
a Trzaskowski: „Zastanawiam się, czego moje miasto, którego nie znam, może potrzebować”.

Jeszcze na dwa miesiące przed głosowaniem Trzaskowski zdawał się zapominać, że w wyborach lokalnych nie liczy się wielka polityka i kwestie globalne, ale konkretne sprawy codzienne związane
z życiem danej społeczności lokalnej. – Mówiąc obrazowo: „Równość, wolność, braterstwo” to oderwane od życia frazesy dla mieszkańców, którzy chcą bezpiecznych ulic, przyjaznych urzędów, sprawnego transportu itp. – zauważył Zbigniew Lazar.

Znamienne było, że gdy Patryk Jaki ogłosił swoje plany ułatwień dla kierowców, aby uczynić ulice Warszawy bardziej przejezdnymi, Rafał Trzaskowski odpowiedział planem zbudowania dziesiątków kilometrów zielonych ciągów pieszych mających łączyć wszystkie dzielnice, aby warszawiacy mogli przejść pieszo
z jednego krańca stolicy na drugi. Nie ulega przecież wątpliwości, że największym marzeniem warszawiaków od zawsze było to, by móc bez przeszkód spacerować np. z Ursynowa na Bielany. Zwłaszcza w listopadzie.

Komunikacyjne niepowodzenie kandydata opozycji wzmacniane było niezręcznymi wypowiedziami np. tą dotyczącą bezużyteczności CPK, bo budowane jest lotnisko w Berlinie. Takie deklaracje pokazywały nieprzygotowanie polityka do kierowania miastem. Wina za takie zachowania rozkłada się po równo na sztab podejmujący nietrafne decyzje i samego kandydata, który – chcąc zabłysnąć niebanalnym pomysłem – gubił się na obranej wcześniej kampanijnej ścieżce.

Aktywność w sieci

Zaskoczeniem była nieporadność Trzaskowskiego w prowadzeniu kampanii w sieci. Wcześniej znany był raczej z niebanalnych i skutecznych pomysłów komunikacji z wyborcami w Internecie. Jednak kampanię pt. „wybory samorządowe 2018” przegrał. Zwolennicy Jakiego byli dużo bardziej zmobilizowani, a sam Trzaskowski popełnił kilka błędów np. zmieniając notkę biograficzną na stronie internetowej, by „schować” Kraków i uwypuklić Warszawę.

źródło: twitter/Patryk Jaki

Według analizy socjologa Pawła Matuszewskiego w trakcie kampanii wyborczej na Facebooku pojawiło się 550 tys. wzmianek o Patryku Jakim, podczas gdy Trzaskowski został wspomniany na platformie zaledwie 160 tys. razy. Jaki lepiej angażował także użytkowników, którzy śledzą jego poczynania na Facebooku – jego posty lubiło, komentowało oraz udostępniało średnio dwa razy więcej użytkowników niż wpisy Trzaskowskiego. Inaczej prezentowała się aktywność polityków na Twitterze. Patryka Jakiego obserwuje 201 tys. osób, z kolei Trzaskowski może liczyć na uwagę ponad 150 tys. internautów. Jednak jeśli chodzi
o zaangażowanie pod postami, ekspert wskazuje na niewielkie różnice. Średnio tweety Jakiego i Trzaskowskiego otrzymywały „serduszko” od 250 osób ,
a podawało je dalej co najmniej 60 użytkowników. W przeciwieństwie do Facebooka, Trzaskowski na łamach Twittera był wspominany częściej.

źródło: twitter/Rafał Trzaskowski

Naznaczony

Kiedy spojrzy się na wybory samorządowe w Warszawie na chłodno i spróbuje odpowiedzieć na pytanie, dlaczego Patryk Jaki, mimo teoretycznie lepszej kampanii, ostatecznie poniósł klęskę, można dopuścić się stwierdzenia, że od początku był skazany na porażkę. Kandydat konserwatywny, związany z innym miastem (poseł z Opola, jeżdżący samochodem z opolską rejestracją i płacący podatki w Warszawie zaledwie od roku) ma małe szanse na zwycięstwo w liberalnej stolicy.

Warto także zwrócić uwagę na nieudaną końcówkę kampanii kandydata Solidarnej Polski. Kilkoma – być może niewystarczająco przemyślamymi – ruchami, Patryk Jaki odsunął od siebie niezdecydowaną część wyborców.  Wskazał niecieszącego się dużą sympatią warszawiaków Piotra Guziała jako wiceprezydenta miasta, zaproponował, by usuwać słupki, które są jedynym efektywnym sposobem na dyscyplinowanie kierowców parkujących
w nieodpowiednich miejscach, aż wreszcie zrezygnował z członkostwa w partii. Ogłoszenie tej decyzji podczas telewizyjnej debaty wyglądało na akt desperacji. Miarka przebrała się w momencie, kiedy sztab polityka wypuścił spot przedstawiający uchodźców jako agresywne bestie.

Polityk pogrążył się jeszcze bardziej, kiedy porównał wyborców, którzy nie powinni zostawać w domach, tylko pójść głosować do powstańców warszawskich, którzy poszli do boju. Wykorzystanie tak ważnego elementu warszawskiej historii mogło wręcz urazić niejednego mieszkańca stolicy.

– Patryk Jaki bardzo mocno spolaryzował kampanię w stolicy: albo Jaki, albo Trzaskowski. W ten sposób zmobilizował warszawiaków do głosowanie na swojego konkurenta. Nie grał na rozproszenie głosów opozycji na Jana Śpiewaka, Andrzeja Rozenka i pozostałych kandydatów – oni uzyskali śladowe poparcie. A przecież do sukcesu Jakiego, czyli doprowadzenia do II tury, wystarczyłoby, gdyby peleton zgarnął w sumie ok. 5 pkt. proc. więcej – zauważył publicysta Jacek Gądek.

Patryk Jaki miał dobry przepis i wysokiej jakości składniki: obecność premiera Morawieckiego na konwencjach wyborczych, silne wsparcie Jarosława Kaczyńskiego i bogate doświadczenie samorządowe. Jednak to Rafał Trzaskowski gotował w restauracji cieszącej się lojalnością oddanych klientów i jego dania skosztowało ostatecznie więcej mieszkańców Warszawy.