Duda może dużo. Kaczyński już stracił twarz — bezpowrotnie.

Prezydent silnym ciosem zwalił z nóg giganta, który kroczył po sądy. Siła popłynęła z jednego z dwóch źródeł. Albo od samego giganta, który pozwolił sobie podbić oko, albo wprost z ulicy. Jeśli nurt z najszerszych ulic i największych placów Polski wlał się do gabinetów prezydialnych urzędników i choć na chwilę był w stanie ich podtopić — zadziałały protesty pokojowe. Jeśli to gra, to trzeba pamiętać, Panie Prezydencie, że umierająca żmija kąsa najmocniej.

Opadł już pył, więc można bez emocji rozliczyć decyzję Prezydenta Dudy. Możliwe, że jest to element konformizmu politycznego. Tego należy bać się najbardziej. Może okazać się, że weta miały na celu wybrnięcie z trudnej sytuacji, w której znalazła się Polska wobec Unii, a nawet Polska sama wobec siebie. Byłaby to najgorsza możliwość, która prawdopodobnie popchnęłaby pokojowo protestujących w stronę bardziej radykalnych rozwiązań.

Najbliższe miesiące pokażą czy Andrzej Duda faktycznie wykazał się podmiotowością. Jest jednak kilka znaków, które świadczą o „uczciwości” Prezydenta w przypadku podjętej decyzji. Bijące jadem i pewnością siebie wystąpienie Krzysztofa Łapińskiego (od razu po decyzji o zawetowaniu ustaw) — rzecznika głowy państwa — może świadczyć o świadomości silnej pozycji kancelarii prezydenta. To wtedy powiedział, że minister Jaki nie jest partnerem do dyskusji. Dodatkowo „podwójne” orędzia świadczą o swoistym konflikcie, który powstał w obozie prawicy. Zdają się one potwierdzać autentyczność decyzji o zawetowaniu dwóch ustaw. Co więcej, przytyki kierowane w stronę Andrzeja Dudy oraz mina Jarosława Kaczyńskiego przed wejściem do siedziby Prawa i Sprawiedliwości uspokajają, że nie był to element politycznych szachów.

Jarosław Kaczyński kalkuluje. Może liczyć tak długo jak tylko chce. Akolici prezesa również będą liczyć, jednak rachunek wychodzi ten sam. PiS, Republikanie, WiS i niezrzeszeni dysponują w Zgromadzeniu Narodowym łącznie 313 głosami. Do postawienia Prezydenta przed Trybunałem Stanu potrzeba głosów 2/3 członków ZN, zatem Kaczyńskiemu nie wystarczy. Poza tym to byłaby opcja konfrontacyjna i niekorzystna dla obozu prawicy.

Opcja siłowa nie wchodzi w grę, grożenie palcem podobnie, gdyż jak widać nie działa to najlepiej. Pozostaje polubowne porozumienie z głową państwa, choć Jarosław Kaczyński jest pamiętliwy, więc atmosfera się nie oczyści. Musi jednak przełknąć dumę, wszakże PiS nie ma realnego wpływu na decyzje Prezydenta. Rzecz jasna poza jego dobrą wolą i sympatiami wewnątrzpartyjnymi. Dlaczego? Dlatego, że przy obecnym układzie parlamentarnym PiS i satelici mają 246 głosów. Jarosław Kaczyński musiałby obiecać Kukizowi góry złota, żeby ten zgodził się przełamać weto oraz ewentualne przyszłe weta Andrzeja Dudy.

Tak więc bardzo możliwe, że głowa państwa zacznie teraz grać pierwsze skrzypce w swojej prezydenturze. PiS sam naciskał. Gdyby nie upokarzające paragrafy ustaw o SN i KRS, umieszczające Prezydenta w roli „długopisu” Zbigniewa Ziobry, być może mielibyśmy dzisiaj podpisane 3 ustawy i obsada Sądu Najwyższego pakowałaby manatki. Podobnie sędziowie sądów powszechnych. Tymczasem możemy mieć jedynie zastrzeżenia do ustawy o Sądach Powszechnych. Ta jednak nie jest tak drastyczna jak pozostałe. Środowisko sędziowskie może podjąć z nią wewnętrzną walkę. Z pozostałymi dwoma polemizować by nie mogło.

Co jeszcze powodowało Andrzejem Dudą? Prezydent zrozumiał, że na wizycie Donalda Trumpa zbił ogromny kapitał polityczny. Właśnie wśród elektoratu PiS, który widzi w Trumpie najpotężniejszą postać na świecie. Trzeba przyznać, że sukces należy się wyłącznie Dudzie i jego kancelarii. Uścisk dłoni na placu Krasińskich dodał parę dobrych punktów procentowych Prawu i Sprawiedliwości i nie był to efekt ani błyskotliwej polityki kadrowej, ani zapowiedzianych reform. To był efekt utożsamiania Dudy z Kaczyńskim.

Po wtóre Prezydent przyjrzał się badaniom poziomu zaufania do polityków. Zrozumiał, że prezes Kaczyński nic nie może. Zrozumiał, że to on, Prezydent, zatrzymuje część elektoratu przy prawicy. Pod koniec maja głowie państwa ufało 58 proc. ankietowanych, Beacie Szydło o 5 proc. mniej, zaś Jarosławowi Kaczyńskiemu nie ufa niemal 50 proc. badanych. To dosyć jasno pokazuje, kto jest dobrą twarzą reformy państwa.

Mogło to wynikać w dużej mierze z tego, że Prezydent trzymał się przez bardzo długi czas na uboczu, podpisując ustawy, nie wychylając się. Podczas prezydentury, jego najjaśniejszymi punktami — dla elektoratu — były „płomienne” mowy, gadzie spojrzenie i gotowość do podpisywania ustaw, których słuszność urosła na antykomunistycznej narracji.

Teraz, po manifestacji niezależności, można spodziewać się wzrostu poparcia lub, w najgorszym przypadku, utrzymania go na stałym poziomie. I w jednym, i w drugim przypadku Andrzej Duda wygrał starcie. Można różnorako oceniać sytuację, w której znalazł się Prezydent. Jednak nie będzie przesadą stwierdzenie, że został on umieszczony w wybitnie trudnej sytuacji, może nawet najtrudniejszej w historii III RP. Dlatego, że sytuacja była napięta wewnątrz PiS, w państwie i za granicą. Każda z naciskających stron dostała po kawałku z prezydenckiej tacy. Żadna się nie najadła, ale żadna nie jest śmiertelnie głodna.

To wraz z kalkulacją parlamentarną pozwala stwierdzić, że Andrzej Duda może bardzo dużo. Rozłam na prawicy nie zaszkodzi Prezydentowi, zaszkodzi Prawu i Sprawiedliwości. Kaczyński to rozumie, nie rozumie tego otoczenie Ziobry. Wypowiedzi ministra Jakiego zostały szybko ukrócone, wszakże mogą szkodzić naprawianiu stosunków.

Jeśli Andrzej Duda ma choć odrobinę zdrowego rozsądku, zagra na starcie. Zagra na starcie i w żadnym wypadku nie przegra. Po pierwsze, jeśli Prezydent obejdzie się szorstko z PiS-em, ten co najwyżej może publicznie go potępiać i nie poprzeć w wyborach. Kapitał, który zbije Duda na silnej prezydenturze być może pozwoli mu wygrać drugi raz. Nawet jeśli nie, zachowa twarz. Zbrodnie, których się dopuścił przez pierwsze dwa lata prezydentury, ciężko jest wybaczyć, jednak w obliczu zagrożenia, jakim jest PiS, każdy, kto studzi zapały prezesa, zasługuje na taryfę ulgową.

Można więc powiedzieć, że dynamit, jakim jest system „paraprezydencki” w końcu wybuchł. Kaczyński promując Dudę, zdawał sobie sprawę z potęgi mandatu głowy państwa i szukał kogoś, kto będzie łatwy do kontrolowania. Przeliczył się i jeśli nie zwiesi głowy, straci dawną siłę. Kaczyńskiemu zostały dwie opcje, żeby zachować władzę, ale już nie twarz. Albo bardzo dokładnie obcałuje stopy Kukiza, albo mocno ucałuje sygnet Prezydenta. Panie prezesie, sam pan się postawił w takiej sytuacji. Wybór należy do pana.

Adam Pawluć

Dodaj komentarz